15 lipca 2017

05. If you are going through hell, keep going




Londyn nie zmienił się ani trochę od czasu jego wyjazdu. Ludzie wciąż szybkim krokiem przemierzali chodniki, samochody śmigały po ulicach, a chmury przysłaniały słońce. Z melancholią obserwował  kamienice i witryny sklepów, a teraz wzgórza i mieściny, które mijali.

- Scorpius znów urósł.

Uniósł koniuszki ust, zerkając przez ramię na synka, który zapięty w odpowiednim foteliku, spokojnie drzemał. Chłopiec bardzo przeżywał podróż, a później spotkanie z ukochanym wujkiem. Kiedy jednak tylko ruszyli samochodem blond główka opadła na bok, a mały znowu przysnął. Ominął go widok miasta, a teraz pięknych widoków. Przesunął spojrzenie z dziecka na przyjaciela, który palcami wybijał rytm jakieś ostatnio popularnej piosenki. Nie tylko Pius się zmienił. Harry również wyrósł od czasu, gdy ostatnio się widzieli. Z żalem obserwował te niewielkie różnice, które on zauważał, a które zapewne w codziennym kontakcie z mężczyzną nie były tak zauważalne. Zwykle, gdy ich odwiedzał był rześki i radosny, a tym razem zdawał się być rozproszony i zmęczony. Czarne, zmierzwione od ciągłego poprawiania ręką włosy zdawały się dłuższe niż zazwyczaj. Zielone, podkrążone przez sińce oczy wciąż stawały się zamglone, gdy Potter na nowo pogrążał się we własnych myślach. Kilkudniowy zarost dodawał temu obrazowi rozpaczy kolejnej gorzkiej nuty, ale najbardziej uderzyła go bladość Wybrańca. Harry nigdy nie mógł pochwalić się opalenizną godną Włocha, jednakże jedynie w stanie całkowitego wykończenia, można było ujrzeć niebieskie żyłki przebijające delikatną, mleczną cerę. Teraz Harry wyglądał jak duch. Bardzo zmęczony i zdenerwowany duch.

- Ciężki dzień? – stwierdził bardziej niż spytał, opierając się wygodniej o zagłówek i wciągając delikatnie malinowo-miętowy zapach, który unosił się w samochodzie. – Nie wyglądasz, jak okaz zdrowia.

- Ciężki okres – przyznał, przewracając oczami i cicho wzdychając. – Prowadzę ostatnio nieciekawą sprawę.

- Tajne przez poufne? – domyślił się, a krzywy grymas na twarzy Harry’ego potwierdził jego słuszność. Znów wyjrzał przez okno, przyglądając się, jak  wyjeżdżają z miasta Devon. – Twojej żonie nie będzie przeszkadzał nasz kilkudniowy pobyt? Naprawdę, moglibyśmy zatrzymać się w hotelu i…

- Nie – uciął stanowczo zielonooki, płynnie wyprzedzając zieloną toyotę jadącą przed nimi. – Moja żona… to dość skomplikowana sytuacja. Nie… no cóż, nie wie.

- Nie wie o naszym przyjeździe? – zdziwił się, parskając cicho na kolejną skwaszoną minę przyjaciela. – Merlinie, Potter! Czy nie jesteś już na tyle dojrzały, by pamiętać o takim detalu, jakim jest poinformowanie małżonki o przylocie zagranicznego gościa?

- Nigdy nie rozmawialiśmy o mojej żonie. – Harry zacisnął usta, wypuszczając powoli powietrze. – Posłuchaj, Draco, to nie jest normalna sytuacja. Ty… nie chciałeś nic wiedzieć i uszanowałem to.Nie wspomniałem w żadnej rozmowie o nikim. Nie wiesz nic o moim życiu czy kogokolwiek, kogo wcześniej mogłeś znać.

- To prawda. – Skinął głową, czując nie pierwszy raz ukłucie w sercu. Umówił się z Astorią, że odejdą od przeszłości całkowicie. Nigdy z nikim nie poruszą tego tematu, nie będą starali się dowiedzieć czegokolwiek o swoich dawnych znajomych, o przyjaciołach, o rodzinie. Pani Malfoy lubiła Harry’ego, który umożliwił im ucieczkę i nie narzekała na jego odwiedziny, ale również za każdym razem przypominała im obu o pakcie. Reasumując, Harry miał rację. On naprawdę nie wiedział nic o swoich najbliższych. Co się z nimi działo, czy założyli rodziny, bądź czy spełniły się ich marzenia.

- Znam ją?

- Naprawdę teraz zamierzasz nadrobić siedem lat nieobecności? – Ciemnowłosy uśmiechnął się blado, zatrzymując samochód i wyłączając światła. Oparł się ciężko o swój fotel, przyglądając budynkowi po drugiej stronie ulicy. Draco również przyjrzał się domkowi, który od razu przypadł mu do gustu. Składał się z dwóch pięter oraz poddasza, a ogród otoczony był żywopłotem. Ciemny bluszcz wspinał się po ścianach omijając okna, a kończąc przed krawędzią pochyłego dachu. Trawnik przed głównym wejściem był świeżo skoszony, a ozdobne kwiaty przy dróżce od furtki do schodków dodawały swojskiego uroku. Dostrzegł kilka drzew oraz sadzonek, a zza rogu widać było część huśtawki. Światła na piętrze były zgaszone,  natomiast na dole widać było ruch domowników. Przez firanki mógł dojrzeć jedynie sylwetkę kogoś, kto najprawdopodobniej właśnie przebywał w salonie.

- Dolina Godryka – szepnął, gdy w końcu jego zmęczony mózg połączył fakty. Był tak zaaferowany przyjazdem tutaj oraz rozmyślaniem nad własną osobą, że zupełnie nie przyjrzał się miejscu ich pobytu. Lasek otaczający dom, który pamiętał jako ruinę. Trawa sięgała im wtedy ramion, żywopłot  dziko się rozrósł, a pokoik na piętrze był całkowicie zniszczony.

Stali przed domem Potterów. I to nie pierwszy raz.



- Podobno ten dom należał do Potterów od wieków – mruknął, gdy w końcu milczenie zaczęło mu uwierać. A może poczuł tą przygnębiającą aurę, bądź ukłucie, na widok załamanego Pottera? Rzucił okiem na stojącą obok Hermionę, która nie odrywała wzroku od pleców stojącego kilka metrów przed nimi Harry’ego.

- Tak łatwo jest mi wyobrazić ich sobie tutaj… - szepnęła, zagryzając wargę i rozglądając smętnie wokół. Nie mógł się powstrzymać i wyciągnął rękę by pokrzepiająco dodać otuchy. Ich palce splotły się, a on odruchowo odnotował jak zimne miała dłonie. Minęło osiem miesięcy od kiedy przysypały ją gruzy, a uzdrowiciele spędzili przeszło cztery godziny na ratowaniu jej życia. Gdyby nie była TĄ Granger od TEGO Pottera, już dawno by odpuścili. Ale wystarczyło nazwisko Harry’ego by cała uwaga skupiła się na bladej i zakrwawionej dziewczynie w jego ramionach. Wciąż czuł to przerażenie jak tego dnia, gdy wygrzebaną z ziemi i całą ubłoconą niósł do bazy. Czuł jak życie z niej ulatywało, gdy wysuwała się bezwładnie z jego ramion. Następnie leczenie, jej ciągłe lęki oraz trudności z powrotem do dawnej sprawności fizycznej. Nie brakowało przy tym problemów psychicznych. Ale przez te miesiące jego zażyłość z dziewczyną jeszcze bardziej się pogłębiła. Nauczył się już, że gdy zaciskała szczękę, to przygotowywała się do karcenia ich dziecinnych wybryków, gdy prawy kącik ust drżał, to z całych sił starała się udawać poważną przy żartach Rona, a kiedy mrużyła oczy, to po to, by nie mógł wyczytać z nich jej uczuć. Była otwartą księgą. I przy tym najciekawszą oraz najbardziej fascynującą, jaką miał okazję spotkać.

- Harry był niewiele starszy od Teddy’ego, gdy jego życie legło w gruzach – powiedział cicho, czując nieprzyjemne ciarki, gdy zrozumiał własne słowa. I jak prawdziwe były. Jego mały kuzyn, był najsłodszym dzieckiem jakie kiedykolwiek widział, a przy tym niewinnie radosnym. Nie rozumiał, gdzie znikał jego tatuś, bądź czemu z mamusią nocą zmieniali kryjówki. Cieszył się za to, na każdym zdjęciu jakie zdobyli od Remusa, bądź cioci Andromedy.

- Czy to nie robi ze mnie potwora, że jakaś mała część mnie nie chciałaby, by to się zmieniło? – zmarszczył lekko brwi, gdy Gryfonka mocniej ścisnęła jego rękę. – Skąd mam wiedzieć, że wtedy wszystko by było takie, jakie jest? Że Harry byłby moim przyjacielem?

- Największą tajemnicą jest właśnie to, jakby wyglądało nasze teraz – odpowiedział spokojnie, zerkając w smutne, brązowe oczy o złotych cętkach, które często przykuwały jego wzrok. – Nie robi to z ciebie potwora. Ja też czasem zastanawiam się, co by było, gdyby mój ojciec nie kazał Severusowi mnie zabrać. I nie trafiłbym do was. Kim bym był? Potworem. – zadrżał na taką wizję, gdzie nigdy nie poznałby całej trójki Gryfonów. Czy istnieje rzeczywistość, gdzie nie spędzałby długich godzin na ciekawych rozmowach z Harrym? Na ciągłym graniu w szachy z Ronem? Na niepowtarzalnie interesujących go dyskusjach z Hermioną? Byliby dla niego po prostu Bliznowatym, Wieprzelejem i Szlamą? 

Nie. 

Nie chciał nawet roztrząsać takich alternatyw.

- Skoro ty jesteś potworem, to ja też. Jak mamy się pogrążyć to razem. – Uśmiechnęła się do niego tym delikatnym półuśmieszkiem, który ostatnio rzadko witał na jej buzi. – Dla mnie nigdy nie będziesz potworem.

- A tym bardziej ty dla mnie, panno doskonała – mruknął prychając, gdy wymierzyła mu kuksańca w żebra. Nie mógł powstrzymać kolejnej kąśliwej uwagi, ale dziewczyna zwyczajowo rzuciła mu ironiczny uśmiech nim pociągnęła go dalej. Ruszyli za zielonookim, który wszedł na terem cmentarza. Kolejny raz poczuł nieprzyjemnie gorzki posmak, gdy oczami wyobraźni ujrzał, zamiast przypadkowych wyrytych nazwisk te, które były mu bliskie. Astoria Greengrass, Theodore Nott, Pansy Parkinson, Blaise Zabini, Tracey Davis. Codziennie prosił założycieli o łaskę i ochronę dla swoich przyjaciół. Wyrwał się z ponurych wizji, gdy poczuł spiętą nagle Granger obok. Najpierw jego serce przyspieszyło, gdy przez sekundę obawiał się, że któraś z kontuzji powróciła, bądź dziewczynę coś boli. Dwa uderzenia później, ta obawa przesunęła się na Pottera, ale później dostrzegł ich smutne spojrzenia. Grób jak wiele w takim miejscu, a jednocześnie całkowicie wyjątkowy.

Lily i James Potter.





- Ściąłem trawę. – Harry przerwał ich milczenie, drapiąc się po karku z zadumą i w końcu odpinając pas. – Gotowy?

- Mam złe przeczucia… - mruknął, wychodząc wraz z zielonookim. Rzucił okiem na śpiącego synka, postanawiając najpierw poznać się z przeuroczą panią Potter, nim wniesie chłopca do środka. Harry już czekał na niego przy furtce i bez namysłu kopnął piłkę w kierunku drzewa.

- Masz dzieci? – spytał odruchowo, nim zdążył ugryźć się w odpowiednim momencie w język. Poczuł się znów niczym dureń, szczególnie na kapryśne spojrzenie Harry’ego, który powstrzymał się od komentarza i jedynie skinął krótko głową. Stanęli przed dębowymi drzwiami, a ciemnowłosy ostatni raz niepewnie na niego zerknął. 

- Bywa bardzo wybuchowa… - szepnął, wyciągając rękę w kierunku klamki, ale w tym momencie drzwi się otworzyły, a oni zmrużyli powieki przez jasne światło padające ze środka. Draco usłyszał muzykę płynącą z radia, z któregoś z pomieszczeń oraz lecące reklamy w telewizorze.

- Coś się stało? Czemu nie zaparkowałeś w garażu? – zapytała od razu młoda kobieta, rzucając Potterowi zaciekawione spojrzenie i wciągając z sykiem powietrze. – Masz minę winowajcy, Harry.

- Cóż, mamy gościa? – Harry skinął na niego głową, a wciąż uśmiechająca się kobieta wyjrzała by na niego spojrzeć. W końcu przyzwyczaił oczy do blasku ze środka i korzystając z chwili, przyjrzał się damie, która skradła serce jego przyjacielowi. Miała długie nogi oraz drobną sylwetkę, a czarne, długie włosy opadały na ramiona. Delikatne rysy twarzy, błyszczące malinowe usta oraz duże, migdałowe, brązowe oczy. Niewielka blizna przecinała kawałek jej skóry tuż za lewym uchem, czego nie było widać, ale on wiedział.

Widział przecież, jak się jej nabawiła.

- Potter – wykrztusiła w końcu, a ciepły uśmiech, którym dopiero co obu obdarzyła zniknął. Zacisnęła usta w wąską linię, a chłód jej oczu mógłby zmrozić całą Anglię w przeciągu sekundy.

- Mogę to wyjaśnić? – zaproponował Harry, ale już po zmęczonym i znużonym tonie, Draco domyślił się, że mężczyzna wiedział, iż odpowiedź nie będzie zadowalająca.

- Tak. Ale nie dziś – odpowiedziała stanowczo ze stalową nutą w głosie pobrzmiewającą złowrogo. Oderwała wzrok od Malfoya, kierując lodowate spojrzenie na małżonka i zaciskając mocniej dłoń na klamce. – Od kiedy?

- Nigdy nie straciliśmy kontaktu – wyznał po chwili, przymykając powieki oraz pocierając kciukiem
i palcem wskazującym nasadę nosa. – Miałem kontakt z Draco przez cały ten czas.

- Draco. Widzę, że bardzo dobry kontakt, jeśli mówisz o nim Draco – prychnęła, ale bardziej przerażający wydawał się jej spokój, niż gdyby zaczęła krzyczeć. – Tak więc, Harry Potterze, spędzisz dzisiejszą noc wraz z Draco. Ale na pewno nie w tym domu.

- Kochanie, czy możemy to jeszcze omówić? – zaproponował zielonooki, krzywiąc się, gdy tym razem kobieta zmarszczyła brwi. W jej oczach pojawiły się iskierki dobrze ukrytej wściekłości i,  co bardziej zabolało Wybrańca, bólu oraz zdrady.

- Nie. Wynoście się. Obaj – wycedziła szorstko, trzaskając drzwiami tuż przed ich nosami i głośno zamykając na zamek, by dać im do zrozumienia, że decyzji nie zmieni. Harry przyjrzał się chwilę klamce, a potem z cichym przekleństwem, odwrócił się i ruszył do samochodu. Blondyn bez słowa zachęty udał się za nim, zajmując z powrotem swoje miejsce i zapinając pas. Ciemnowłosy odpalił silnik i wykręcił z uliczki, przyspieszając dopiero na jej końcu.

- Poślubiłeś… ty i… - Nie wytrzymał w końcu, wypuszczając powietrze oraz starając się uporządkować myśli. Rzucił okiem na prowadzącego samochód przyjaciela, który uniósł jedynie brew na próbę jego wysłowienia się.

- No, złotko, wykrztuś to z siebie – zachęcił go złośliwie, nie racząc nawet na niego spojrzeć.

- Twoją żoną jest Pansy Parkinson?! – syknął, nie chcąc tego wykrzyczeć i niepotrzebnie budzić śpiącego wciąż synka. Tym razem zielone oczy skupiły się na nim na chwilę, nim z powrotem wróciły na drogę, a licznik przesunął się bliżej setki.

- Naprawdę nawet nie spojrzałeś na zaproszenie, co? – Harry przewrócił oczami, nawiązując do kremowej, eleganckiej koperty, którą kiedyś zostawił na stole w mieszkaniu Dracona. Pamiętał, że walczył długo z pokusą, by chociaż zerknąć na ukryte w niej zaproszenie na ślub zielonookiego. Nim jednak zdecydował się na ten krok, Astoria zgarnęła ją i wrzuciła do kominka.

- Nie mam nic na swoje wytłumaczenie – westchnął w końcu, opadając na oparcie i zgrzytając zębami. Dopiero teraz tak naprawdę, zaczął odczuwać konsekwencje dawnych uczynków.
On naprawdę nic nie wiedział. O nikim. Nawet o przyjaciołach. Zniknęli z jego życia, a ten nagle powrócił tu i przewraca ich świat do góry nogami.

- Jeżeli cię to pocieszy, to miałeś jakiś tam jednak powód. Chciałeś wymazać przeszłość, ale wraz z nią wymazałeś kilka osób. – Wybraniec zwolnił, kiedy znów pojawiło się kilka domów, ale nie zatrzymali się. Wjechali na leśną ścieżkę, która prowadziła w głąb lasu i w którą on sam, by raczej nie skręcił. Ale widać Potter znał lepiej ich cel podróży, więc postanowił zignorować nowe pytania cisnące mu się na usta.

- Czy to odpowiednia chwila by zapytać, jak do tego doszło? – zapytał cicho, wskazując palcem złotą obrączkę chłopaka i krzywiąc się, gdy jedno koło wjechało w dziurę.

- W sumie, to sam nie jestem pewien. Po prostu… ją pokochałem? – Harry zaśmiał się cicho, ale więcej w tym śmiechu było smutku, niż prawdziwej radości. – Sama ci z ochotą to opowie. Uwielbia to robić. Oczywiście, większość faktów przekręca, ale nie mogę znów jej podpaść i zdradzić ci prawdę.

- Nie wydaje mi się, bym miał w najbliższym czasie usłyszeć jej wersję – przypomniał ponuro, zerkając przez ramię na Scorpiusa, ale ten wciąż spał. Wyciągnął się, by poprawić chłopcu kocyk oraz misia, a potem znów wygodnie wyciągnął się na fotelu pasażera. – Wywozisz nas do lasu i…?

- Plan B – mruknął, wzdychając i znów na niego popatrując z ukosa. – Przejdzie jej szybciej, niż myślisz. Za bardzo cieszy ją fakt, że żyjesz, by miała cię teraz znienawidzić. Jest twarda, tylko nie była przygotowana na taki… szok.

- Wiem – szepnął, spuszczając wzrok na swoje dłonie. – Kiedyś była dla mnie jedną z najbliższych osób.

- Wiem. – Teraz powiedział to Harry, wjeżdżając z powrotem na twardą drogę i powoli mijając kilka domków. Draco przyglądał się im mało zainteresowany, ale w końcu zamrugał, kiedy stanęli przed ostatnim. Był najbardziej oddalony, na samym końcu drogi, a z każdej strony otaczał go las. 

Jeżeli miałby użyć jednego słowa, by opisać stojący przed nim budynek, użyłby zapewne słowa urokliwy. Miał w sobie bowiem coś z bajki. Może to, jak kwiaty oraz różne rośliny otaczające go dodawały mu  tajemniczości, bądź stara wierzba, na której wisiała samotna huśtawka. Zamrugał,
bo zauważył dopiero teraz, że przy furtce stoi już Harry, rzucający mu niecierpliwe spojrzenia. Wyszedł z ciepłego samochodu, wdychając chłodny i przyjemny zapach lasu po deszczu. Dołączył do przyjaciela, który znów otworzył furtkę i poprowadził go pod drzwi, w które dość głośno zabębnił. Dzień powoli chylił się ku końcowi i niebo ściemniało już całkowicie, a Draco nie był pewien, czy mają w zanadrzu plan C.

- Och, Merlinie, otwórz te przeklęte drzwi!

I nagle, jak za pomocą magicznej różdżki, drzwi naprawdę się otworzyły. Jednak osoba, która w nich stanęła nie przypominała ani wiekowego, legendarnego Merlina, ani nie wyglądała na zaskoczoną, że o tak późnej porze ktoś dobija się do jej domu.

- Harry. – Brązowe spojrzenie przesunęło się po ciemnowłosym czujnie, a potem spoczęło na nim. Wciągnął powoli powietrze do płuc, bo przez chwilę zapomniał jak się oddycha. Wpatrywał się zaskoczony w tak znajome oczy, które nawet nie błysnęły zdumieniem na jego widok.

- Pansy wykopała nas z domu – oświadczył stoicko Potter, wzruszając bezradnie ramionami i machając w kierunku samochodu. – A tam mamy małe, niewinne dziecko.

- W porządku – stwierdziła w końcu, uchylając szerzej drzwi i obrzucając po raz ostatni beznamiętnym spojrzeniem ich obu zniknęła w głębi domu. Draco nie mógł nawet drgnąć wciąż oszołomiony miejscem w jakim się znalazł. Dopiero mocne szarpnięcie zielonookiego, pozwoliło mu ruszyć się z ganku i pójść po syna. Lekko otępiony wyciągnął małego z fotelika, a potem czekając na załadowanego ich bagażami Pottera ruszyli do środka. Przedpokój był mały, parę kurtek i płaszczy wisiało na wieszakach, a kilka par butów stało w kącie. Niepewnie przesunął się za ciemnowłosym, który bez słowa poprowadził go schodami na piętro, a potem do pokoju na końcu korytarza. Ułożył Scorpiusa na dużym łóżku, rozglądając się ciekawie po pomieszczeniu. Ściany miały przyjemny kremowy odcień, a brzozowe panele dodawały swojskiego uroku. Przy jednej ścianie stała dębowa ściana, a tuż przy niej wygodnie wyglądający fotel i stolik do kawy. Pod oknem ustawiono biurko, na którym zapalona była lampka.

- Śpij, kochanie – szepnął do Piusa, ściągając z małych ramion kurtkę, a później buciki i ułożył na środku posłania. Okrył chłopczyka kołdrą, a potem zrzucił własny płaszcz na krzesło od biurka i po krótkim namyśle, postanowił wrócić na dół.

- Gdzie moja koszulka, ta… - Harry pomachał ręką wokół siebie, stojąc na najniższym stopniu i marszcząc brwi. – No, wiesz która, H.

- Robiłam ostatnio pranie, sprawdź tam. – Hermiona przewróciła oczami, dorzucając kawałek drewna do kominka i wpatrując w płomienie z zamyśleniem. Potter pokiwał głową, wbiegając znów na górę i zostawiając go samego z dziewczyną. Czując się zaskakująco swobodnie, przeszedł po miękkim dywanie i opadł na kanapę, rozluźniając się powoli. Nie mógł powstrzymać się, by nie spojrzeć kolejny raz na swoją gospodynię, która pozwoliła im u siebie dzisiaj zostać.

Zmieniła się. Nie podobało mu się to ani trochę, ale wyglądała inaczej. Oczywiście, nie spodziewał się by na nowo spotkać osiemnastoletnią Hermionę Granger, której oczy błyszczały uporem, a usta wykrzywiały się w ciepłym uśmiechu. Nie spodziewał się, ale i tak poczuł rozczarowanie oraz ukłucie żalu, gdy o to stała przed nim, ta nowa Hermiona.

- Często się to zdarza? – zapytał z ciekawością, ale bardziej chodziło mu o to, by znów usłyszeć znajomy głos niż poznać odpowiedź. – Pansy wywalająca Harry’ego z domu?

- Czasem. – Wzruszyła beznamiętnie ramionami, przechylając lekko głowę w zamyśleniu. – Kiedy zachowuje się jak kretyn to nie ma co się dziwić. Chociaż częściej kończy się, że i ona się tu stawia.

Nie mógł przestać ich porównywać. Tamtej i tej. Starej i nowej. Tamta miała okrąglejszą twarz z zarumienionymi policzkami. Ta miała bardziej widoczne kości policzkowe. Włosy tamtej, były nieujarzmioną burzą. Loki tej, wyprostowały się troszkę, tak, że sprężynki się nie kołtuniły. Tamta miała najbardziej błyszczące uczuciami i życiem oczy, jakie kiedykolwiek miał szansę zobaczyć. Spojrzenie tej, było chłodne, oceniające i ponure. Głos tamtej, nawet gdy unosił się w gniewie, miał w sobie pewne niepowtarzalne ciepło. Ten był cichszy, smutniejszy.

Co się stało z jego Granger? 

Tak. 

Jego.

- Gapisz się na mnie – wytknęła mu w pewnym momencie, obracając gwałtownie twarz w jego kierunku i marszcząc nieznacznie brwi. Drgnął, bo przez chwilę dostrzegł ten sam blask w jej oczach, co kiedyś, a sytuacja ironicznie przypomniała mu inną.







- Gapisz się na mnie, Malfoy.

W pierwszym odruchu miał ochotę zaprzeczyć i ją wyśmiać. On miałby się na nią gapić? Nie oszukujmy się. On to on, a ona to ona i na pewno żadne z nich na siebie nie patrzy dłużej niż trzeba. Ale tak. Gapił się na nią, jak brzydko i głupio, to nie brzmiało. Bo nie mógł przestać spoglądać na dziewczynę, która z taką niechęcią przebywała w jego towarzystwie. Która miała czelność okazywać mu w tak ordynarny sposób brak sympatii i odrazę. Nikt. Nikt do tej pory, aż tak go nie irytował swoim charakterem jak ta niewielka osóbka przed nim. Bo jak dopiero teraz zauważył Granger nie była wielka. Na jego wprawne oko mogła mieć z metr sześćdziesiąt osiem, co czyniło ją trochę niższą od Pansy. Miała duże oczy, które, gdy tylko go zauważały, zaczynały lśnić niechęcią i złością. Zaciskała usta, bądź wydymała dolną wargę w zabawny według niego sposób. I zawsze, ale to zawsze, musiała mu się odgryźć. A jego coraz bardziej bawiła zacięta nienawiść dziewczyny.

 - Tak – przyznał, uśmiechając się krzywo, gdy zdumiona tak szczerą odpowiedzią, uniosła jedną brew.

- To z łaski swojej przestań – warknęła, odwracając się z powrotem w stronę książki, którą położyła na stole. Draco zdążył się ugryźć w język nim wykrztusił niezbyt uprzejmą odpowiedź. W sumie zastanowiło go na chwilę to, że wciąż tu była. Zazwyczaj, co zdążył zauważyć po trzech tygodniach obecności tutaj, Granger uciekała z pomieszczenia, kiedy tylko pojawiał się w nim również on. Do tej pory mu to nie przeszkadzało w końcu nie potrzebował jej akceptacji. Jednak było to niespotykanie upierdliwe dla jego podświadomości. Z Potterem jego relacja rozwinęła się gładko na kształt dobrego koleżeństwa. Jasne, Potter mu nie ufał i z częściową wzajemnością. Ale w końcu miał Wybrańca przy sobie, czego kiedyś tak pragnął. I nie marnował czasu. Chciał poznać znanego chłopca, który kiedyś odrzucił jego przyjaźń. Bardziej zdumiała go zmiana w zachowaniu Weasleya. On i rudzielec utrzymywali kruchy rozejm, który diametralnie umocnił się podczas wspólnego grania w szachy. W sumie obaj chłopcy, chociaż najpierw niechętnie, to jednak teraz z uśmiechem wprowadzili go w rytuał dnia. Jedynie ona, Hermiona Granger, nie była nawet w jednej części przychylna jego obecności.

- Nie – powstrzymał uśmiech, kiedy wstrzymała oddech nim znów uniosła na niego mordercze spojrzenie brązowych oczu. Nikt nie powinien mieć do niego pretensji, jeśli skromnie miałby coś powiedzieć. W końcu jak dużo rozrywek można znaleźć na pieprzonej polance w lesie. W samym centrum lasu, gdzie postawili namiot i rozpalili przed nim ognisko? Co mieli robić? Ciągła tułaczka zaczynała być żmudna. Potter albo czytał książki o Czarnej Magii, wykradzione z kamienicy Blacków, albo namawiał go na pojedynki. Z racji jednak jego trwającego leczenia nie nadawał się jeszcze na poważniejsze sparringi. Weasley natomiast albo ślęczał nad szachami – co stanowiło akurat miłą odmianę szarego dnia – albo uciekał do kąta z radiem. Jak teraz. Potter siedział w środku i wertował książkę, a jego rudy towarzysz słuchał kolejnej audycji. Pozostało mu więc zacne oraz w miarę fascynujące zajęcie jakim było irytowanie i doprowadzanie do szewskiej pasji Hermiony Granger. Nie oszukujmy się, ale mało kto, dorównywał mu w tej dziedzinie.

- Oczywiście. Wybacz, zapomniałam, że Malfoyowi obce jest słowo łaska – wypluła niemalże słowa nasączone jadem, a jej policzki kolejny raz zarumieniły się od gniewu. – Czy ty masz jakiś problem?

- Wybaczam ci, Granger. – Teraz na jego twarzy pojawił się perfidny uśmieszek pełen samozadowolenia oraz rozbawienia. – I nie. Nie mam żadnego.

- Gdyby nie to, że Harry cię potrzebuje, to wierz mi, że zostawiłabym cię gnijącego w tamtej piwnicy, Malfoy – burknęła, zatrzaskując książkę i podnosząc się z ziemi. Skrzywiła się, kiedy on również wstał z konara, na którym siedział i otrzepał nonszalancko spodnie.

- Kłamiesz, Granger. – Podszedł bliżej, zatrzymując jednak, gdy w pewnym momencie zrobiła krok w tył. Przesunął spojrzeniem po jej sylwetce zatrzymując wzrok na chwilę na zaciśniętych pięściach oraz groźnych oczach.

- Słucham? – Normalnie nie powstrzymałby śmiechu na takie zapowietrzenie się, pomieszane z oburzeniem, ale tym razem się zawahał.

- Nie skrzywdziłabyś skrzata domowego, a co dopiero zostawiła kogoś na zgnicie w piwnicy. – Uniósł brew, gdy zgrzytnęła zębami, gotowa jak zawsze, bronić swoich racji. – Zdejmij to.

- Że co? – Zamrugała na tak nagłą zmianę tematu, nie nadążając za jego myślami. Wykorzystując jej rozproszenie, podszedł jeszcze bliżej, tak, że spokojnie mógł wyłapać w brązowych tęczówkach złote plamki. Gryfonka znieruchomiała zaskoczona, rozszerzając oczy, gdy zrobił jeszcze jeden krok. Wyciągnął rękę chwytając między palce solidny łańcuch i bez wahania rozpinając go. Uniósł wzrok znad medalionu, który teraz migotał w jego dłoni na twarz dziewczyny. Zamiast odrazy czy złości, które spodziewał się zastać, dostrzegł zamyślenie i wciąż zdumienie. Dopiero spostrzegł, jak blisko siebie stali. Jak nigdy dotąd.

- Lepiej? – Nie czekał na odpowiedź. Wsunął medalion do kieszeni, a potem minął dziewczynę i wszedł do namiotu. Dla niego ten moment również był niecodzienny, więc nie dziwił się, że genialna podobno czarownica się zawiesiła. Zignorował pytający wzrok Pottera oraz pytanie Weasleya o szachy. Zamiast tego wszedł do klitki, która podobno była jego pokojem i opadł na kilka koców, które służyły mu jako posłanie. Wbił wzrok w zielony sufit, wypuszczając powoli powietrze z płuc.

Nie zamierzał się przyznać sam przed sobą, że właśnie z własnej woli uwolnił dziewczynę z ciężkiego brzemienia, jakim było noszenie wisiora. Gdyby ktoś zapytał go o to w tym momencie bez wahania odparłby, że zrobił to dla dobra Pottera i Weasleya. Zdenerwowana i pod wpływem cząstki duszy Voldemorta Granger, była gorsza niż normalnie irytująca Granger.

Nawet nie zdawał sobie sprawy, że to pierwszy raz, gdy okazał troskę wobec dziewczyny.

I że kolejne miesiące, odmienią jego spojrzenie na całą tą sytuację.

Bo skąd miał wiedzieć, że w którymś momencie to samopoczucie tej upartej złośnicy stanie się jego priorytetem?






- Tak – powiedział kolejny raz, unosząc nieznacznie kącik ust, gdy rzuciła mu nieodgadnione spojrzenie. W końcu wyprostowała się, podchodząc do drzwi prowadzących zapewne do ogrodu i uchyliła je delikatnie. Drgnął, gdy nagle z ciemności wyłoniły się dwa psy. Dwa bardzo duże i wyglądające na bardzo głodne psy.

- Koniec spacerku – odezwała się tym razem delikatniejszym głosem, kucając i drapiąc czarnego, ogromnego psa po uszach. Tuż za ciemnym pomiotem szatana, kręcił się niecierpliwie drugi, równie duży, ale o biało czarnym umaszczeniu, a w jego głowie od razu pojawiła się nazwa rasy. Husky.

- To…

- To Cerber. – Wskazała na rottweilera, który przeniósł spojrzenie z dziewczyny na niego. Wypuścił powoli oddech, gdy przenikliwe i zadziwiająco inteligentne oczy psa skupiły się na nim. – A tamten,  to Diego.

- To…

- Spokojnie, nic ci nie zrobią. – Przewróciła oczami, przechodząc obok husky’ego i opadając na sofę obok niego. Poklepała dłonią kolano zachęcając tym samym Cerbera do podejścia. Rottweiler bez sprzeciwu od razu się przybliżył, układając pysk na nogach swojej pani i przymykając powieki na kolejną pieszczotę. Diego również się podniósł i przydreptał, wskakując na miejsce obok Granger i tym samym zmuszając dziewczynę do przysunięcia się bliżej niego. Przyglądał się, jak jedno błękitne, a drugie brązowe oko psa przewierca go, ale po chwili i on stracił zainteresowanie zbyt zaabsorbowany palcami kobiety, gładzącej jego futro.

- To duże pupile – dokończył w końcu, napinając się, gdy Hermiona nawet na niego nie patrząc, złapała jego dłoń i przeniosła na swoje uda. Cerber musnął jego rękę nosem, za to Diego, obrzucił go zaintrygowanym spojrzeniem.

- Chciałam tylko, by zapamiętały twój zapach… - wyjaśniła, wyczuwając jego zmianę nastroju. 

Draco skinął głową, nie chcąc wyjaśniać, że jego reakcja nie miała nic wspólnego z dwoma bydlakami, które w innej sytuacji przyprawiłyby go o zawał. Nie. To przez znajome chłodne palce, zaciskające się na jego nadgarstku, gdy podtykała jego rękę swoim ulubieńcom. Przesunął wzrok na jej twarz, unosząc kąciki ust na widok błyszczących oczu.

- Tęskniłem za tym – szepnął, wykorzystując chwilę, gdy poluźniła uścisk i zmienił ich układ. Tym razem jego palce oplotły jej tak by mogli trzymać się za ręce. Nie wzdrygnął się nawet, pamiętając, że zawsze miała chłodne dłonie. Jego jaśniejsze, a jej lekko brązowe.

- Za tułaniem się, od domu do domu? – Uniosła brwi, rzucając mu nieodgadnione spojrzenie brązowych oczu. Znów czuł nieprzyjemny ucisk w sercu, bo zamiast iskierek dostrzegał jedynie odbicie jej emocji.

- Nie. – Ścisnął mocniej jej dłoń, sprawiając, że spojrzała na ich złączone ręce, jakby dopiero zauważając, że wciąż się trzymają. – Za trzymaniem cię za rękę.

Dziewczyna otworzyła usta, ale po sekundzie zacisnęła je mocno. Jej kciuk, niemalże bezwiednie, zrobił niewielkie kółeczko na wierzchu jego dłoni, tak jak kiedyś. Uniosła trochę głowę, przesuwając zamglone spojrzenie na niego. Znów chciał zatracić się we wspomnieniach. Wrócić do tamtych chwil, gdy ich dłonie same się odszukiwały, a palce szybko splatały. Wtedy nie zastanawiali się, co to znaczy. To był odruch. Szukali siebie w ciemnościach, bądź kiedy biegli. A czasem po prostu idąc obok.

- Ja…

Nigdy się nie dowiedział, co chciała wtedy powiedzieć. Jej oczy nagle błysnęły bardziej, a on dostrzegł w nich przez chwilę dawną siłę oraz ciepło. Jednak, nim cokolwiek powiedziała, usłyszeli trzask, a po schodach zbiegł Harry. Dziewczyna od razu wyprostowała się, wyszarpując swoją rękę, a dopiero co żyjące oczy na nowo się zasępiły. Hermiona zacisnęła drugą rękę na karku Diego, który drgnął, ale widząc Pottera na nowo wygodnie się ułożył.

- O, widzę, że poznałeś już większość mieszkańców. – Zielonooki opadł na wolny fotel, wyciągając przed siebie nogi i wzdychając ze znużeniem. Przeczesał leniwie dłonią wilgotne po kąpieli czarne pukle, a spojrzenie wbił w rottweilera.

- Wybacz – mruknął, marszcząc brwi oraz nie spuszczając wzroku z przyjaciela. – Przeze mnie ty i Pansy macie problemy.

- Daj spokój, gwiazdko, to nie twoja wina – Harry uniósł kąciki ust w nieznacznym uśmiechu, przechylając głowę i wbijając w niego lekko rozbawione oczy. Blondyn skrzywił się na słodki przydomek, którego użył chłopak, a którym kiedyś wraz z Ronem go gnębili. Niepotrzebnie starał się pokazać im na niebie gwiazdozbiór smoka. Uśmiechnął się na wspomnienie ich droczenia się oraz wzajemnego przedrzeźniania, coraz to bardziej wymyślnymi ksywkami. Potter również wydawał się wrócić na chwilę do wspomnień, ale po sekundzie znów się uśmiechał i przyglądał mu ciekawie.

- No? – Były Gryfon machnął ręką, podnosząc się i przechodząc na chwilę do kuchni. Po chwili wrócił do salonu z trzema butelkami piwa postawił je na stole i zaczął z wprawą otwierać. – Nie masz już żadnych durnych pytań?

- Mam. Bardzo dużo. – Powstrzymał się od nieprzyjemnego komentarza, przesuwając znacząco spojrzenie na siedzącą obok Hermionę. Granger nie poruszyła się i nie odezwała, myślami będąc bardzo daleko. Machinalnie gładziła miękkie futro Diego, a czasem schylała się by i Cerbera podrapać za uchem. Znów zerknął na Harry’ego, czując lekkie zaskoczenie oraz ledwo odczuwalny strach na widok nagle poważnych oczu przyjaciela. Auror stanowczo pokręcił głową, dając mu do zrozumienia, że ten temat jest zabroniony. 

- Myślę, że najlepiej będzie, jak powoli sam zaczniesz odkrywać wszystko po trochu. Zbyt wiele informacji może być… przytłaczające – wyjaśnił w końcu, upijając łyk uśmiechając się tym razem
z mniejszym entuzjazmem. – Może lepiej opowiedz, co słychać w odległych stanach?



*.*.*


Hermiona nie znosiła luster. Za każdym razem widząc osobę po drugiej stronie miała ochotę zacisnąć powieki i zniknąć. Nie umiała na siebie patrzeć. Nie widziała siebie. Widziała osobę, która powinna nie żyć. Wykradła się śmierci zbyt wiele razy by zasługiwać na tak błahą sprawę jaką było przeglądanie się w lustrze.

A jednak. Każdego poranka po porannej toalecie oraz rozczesaniu włosów stawała tutaj. Przyglądała się swojemu ciału. Twarzy. Oczom zbyt mdłym, nijakim. Ustom spierzchniętym, popękanym. Przyglądała się złamanej kobiecie i jej współczuła.

- Jestem Hermiona Granger. Jestem Hermiona – szepnęła, obracając się na pięcie i wyrzucając z głowy obraz powtarzającej po niej postaci w lustrze. 

Była Hermioną Granger. 

Teraz pozostał po niej tylko cień. Złapała zwisającą z krzesła bluzę i wymknęła się z pokoju. Przeszła obok kilku pokoi, zatrzymując się na chwilę pod jednymi drzwiami i zaciskając palce na klamce. Miała ochotę zajrzeć do Harry’ego by szepnąć, że idzie biegać, ale wiedziała, że chłopak uparłby się by jej towarzyszyć. Zbiegła po schodach, nasuwając na stopy buty oraz cicho nawołując oba psy. Ostatnio popełniła błąd, że pozwoliła im zostać w domu. Zamknęła za sobą drzwi, wciągając do płuc chłodne, rześkie powietrze, które od razu ją rozbudziło. Pochyliła się, rozciągając mięśnie i przyglądając z rozbawieniem jak Cerber stara się przeskoczyć przez furtkę. Po krótkiej rozgrzewce wyszła na ulicę, a potem w towarzystwie obu czworonogów, ruszyła powolnym truchtem na brzeg lasu. Bez dłuższego namysłu, ruszyła przed siebie. Kochała ten las. Ostatnio był jedną z najprawdziwszych rzeczy w jej życiu. Kochała ten spokój, a jednocześnie chaos, który w nim panował. Przyspieszyła kroku, zerkając tylko raz przez ramię, gdy Cerber się zatrzymał. Nie czekała jednak na swoje pupile, bo i Diego, i Cerber umieli ją odnaleźć w lesie, a tym bardziej drogę do domu.

Bieganie pozwalało jej wyrzucić z głowy wszystkie myśli. Nie musiała znów odtwarzać ostatnich godzin, gdy o to spotkała kolejny raz Draco Malfoya. Co więcej, pojawił się on po siedmiu latach milczenia. I jakby nigdy nic, stał pod drzwiami jej domu z Harrym u boku oraz dzieckiem w samochodzie. Nie zadawała pytań. Oczywiście od razu domyśliła się, że Pansy nie była zadowolona z męża, który zachował się bezmyślnie. I nie było opcji, by Harry udał się gdziekolwiek indziej. 

Jej dom, był jego domem.

Wróciła dopiero, gdy mięśnie zaczęły ją palić, a oddech rwał się w piersiach. Uwielbiała doprowadzać swoje ciało do tej niebezpiecznej krawędzi. Wystarczyłoby jeszcze bardziej przyspieszyć, dłużej biec i upadłaby z wyczerpania. Zamiast tego wychodząc już z lasu, zwolniła kroku do szybkiego marszu, rozciągając ramiona i przyglądając, jak równie zadowolone zwierzęta, dostosowują się do jej tempa. Kopnęła furtkę by ją zamknąć i w trzech susach przecięła odległość do drzwi. Cerber pobiegł na około, by po drodze zahaczyć o schowany za domem ogród, a Diego bez zawahania wszedł za nią do domu. Zrzuciła buty, zastanawiając się przez chwilę, czy ich nie schować, ale tym wzbudziłaby w Potterze jeszcze większe podejrzenia. Wolała wmawiać sobie, że nie zauważy świeżego błota.

- Kim jesteś?

Uniosła zaskoczona głowę, odnajdując wpatrujące się w nią niebieskie oczy.













 Cześć, kochani!

Jak tam u Was z pogodą? Bo jakoś słoneczko stroi sobie z nas żarty w te wakacje. Nowy rozdział, nowe retrospekcje. 

Ale wszystko się kiedyś wyjaśni! Nie mogłam się doczekać już spotkania H i D. I bam. Spotkali się. 

Ściskam mocno,
Lupi♥





















2 komentarze:

  1. Hej, tak jak sobie obiecałam, komentuję każdy nowy post ;))
    Nie mogłam się doczekać spotkania Draco i Miony. Genialnie to opisalas, ale spodziewałam się większej ilości emocji. Pansy nie zadajaca pytań, tylko od razu wyrzucająca Pottera i Malfoya z domu. Hermiona przyjęła wszystko bardzo "nijako". Kurde, liczyłam na coś innego, ale może nadal mam w głowie charaktery postaci z Twojego poprzedniego opowiadania. Niemniej jednak rozdział mi się podobał. Bardzo lubię fanfiction, których akcja dzieje się w Hogwarcie, lub gdy bohaterowie są w wieku 16-20, wiec retro sekcje, które pojawiają się u Ciebie bardzo mi się podobają.
    Czekam na więcej
    Ściskam
    Ania

    ps. U mnie bardzo słonecznie, można powiedzieć, że zaczęły się prawdziwe wakacje ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Powroty bywają bolesne...
    Wygląda na to, że i dla Draco taki się okaże. Nie tylko zresztą dla niego. Decyzja o odcięciu się od przeszłości działała w dwie strony, które teraz przeżywają swoisty szok w zetknięciu z teraźniejszością każdej z osób.

    Przyznam, że zaintrygował mnie status związku Harry'ego z Pansy. Cóż takiego jest między nimi, że sam Harry określa ten układ jako trudny? Mam nadzieję, że nieco nam rozjaśnisz te wszystkie tu i teraz - z biegiem rozdziałów.
    Podobnie jak i ja do tej pory, teraz Malfoy miał okazję zderzyć się z teraźniejszą Hermioną i poczuć rozczarowanie, smutek (swoją drogą, Granger zachowała się tak, jakby w ogóle jej nie obeszło, że Draco pojawił się po latach; zero emocji, brak nawet wyraźnego zainteresowania jego osobą - jakby wczoraj sobie powiedzieli "cześć" - to najdobitniej pokazuje, że z nią jest coś mocno nie tak). Wielka szkoda, bo z retrospekcji jasno i wyraźnie wynika, że między Granger a Malfoyem było przyciąganie, chemia, z której nie urodziło się nic więcej. Jednocześnie gdzieś tam, w którymś momencie, zostało wspomniane, że Draco już wtedy kochał Astorię, wszystko zatem pozostało w sferze poszukiwania swoich dłoni i oczu, rozmów i wspólnych wojennych przeżyć. Jak to wyglądało w rzeczywistości, szczególnie od strony Hermiony - tego też chciałabym się dowiedzieć. Czy czuła do Malfoya coś więcej niż sympatię i pewną bliskość?

    Sporo intrygujących pytań, stąd mocno liczę na retrospekcje z jednej, a na jakieś szczere rozmowy z drugiej strony. Tyle, że te ostatnie nie będą raczej prostą sprawą w obliczu tego, jaka teraz jest Hermiona...

    Pozdrawiam i życzę weny do tworzenia dalszego ciągu tej coraz bardziej interesującej historii :)

    Margot

    P.S. Zerknęłam na poprzedni komentarz, zatem dodam jeszcze, że akurat ja ogromnie się cieszę, że piszesz o dorosłych bohaterach, po latach. Od nastolatków dzieli mnie już taka przepaść wiekowa, że coraz trudniej czyta mi się ficki hogwarckie - mam ochotę nieraz pourywać łby tym nabuzowanym bachorom xD

    OdpowiedzUsuń

Szablon