6 marca 2018

12. Fear not for the future, weep not for the past.











- Powiedziałaś mu?

- Oczywiście, że nie.

- A zamierzasz powiedzieć?

- Tak. Ale jeszcze nie teraz…

- Rozumiem.

Hermiona wbiła wzrok w elegancką filiżankę, z której popijała herbatę. Przyglądała się misternym wzorom namalowanym na porcelanie, które zapewne były starsze, niż się wydawały.
Wciąż zachwycała się ich kunsztownym pięknem.

- Wrócił.

- Miałaś rację – przyznała z rozbawieniem, opuszkiem obrysowując kształt róży. – Nie spodziewałam się, że wróci.

- Powiedziałaś mu o…

- Nie – przerwała szorstko kolejne pytanie, a potem zacisnęła powieki, by wypuścić ciężkie westchnienie. – Jeszcze nic mu nie powiedziałam. Ale powiem w odpowiednim momencie.

- A…

- Wie o Poecie. Tyle, póki co, wystarczy – mruknęła, biorąc łyk chłodnej już herbaty, a potem skrzywiła się na myśl o brzydkiej pogodzie czekającej na nią za murami domu. – Dziękuję, że mu nic nie wspomniałaś o… tym.

- Obiecałam.

- A ja obiecuję, że gdy nadejdzie odpowiedni czas, powiem mu o wszystkim, dobrze? – Hermiona oblizała spierzchnięte usta, zerkając na zegarek, którego wskazówki przesuwały się coraz bliżej ósmej. – Muszę iść. Zaraz wstaną.  

- Wierzę, że mu powiesz. Po prostu, przypominam, że ostatnim razem nie wyszło wam przez unikanie szczerości, pamiętasz? Nie chcę, by to się powtórzyło i…

- Nie chodzi teraz o szczerość, a niebezpieczeństwo. Wiesz, jak kończą osoby, które zaczynają się tym interesować! Nie narażę ich! – burknęła, bez irytacji, ale ze zmartwieniem. Podniosła się z miejsca, sięgając po bluzę wiszącą na fotelu i założyła ją przez głowę. Wyciągnęła z kieszeni flakonik eliksiru, który błysnął w porannym świetle wpadającym przez okno. Kolor substancji był srebrzysty, jakby przechwycony blask księżyca uwięziony w szkle. – Masz zapas składników?

- Jestem równie dobra w warzeniu eliksirów, co sam Severus! – obruszyła się kobieta, a potem uniosła z pobłażaniem brew. – Co najwyżej zubożeje moja fryzura.

- Dziękuję – powtórzyła kolejny raz, nasuwając kaptur na głowę i przystanęła w drzwiach. – I proszę…

- Nic mu nie powiem o twojej porannej wizycie, przyrzekam. Idź, bo naprawdę się spóźnisz.

Hermiona skinęła lekko głową, a potem opuściła pokój, jak i posiadłość i przystanęła przed bramą,
by zerknąć ostatni raz za siebie. A potem skupiła się na teleportacji, a jej ciemna sylwetka zniknęła sprzed Malfoy Manor.

***

Theodore Nott obudził się we własnym domu, we własnym pokoju, we własnym łóżku. Za to bez własnej żony. W pierwszych sekundach wyciągnął rękę, by upewnić się, że pościel obok nie ukryła nigdzie ciała blondynki, ale nawet znajome ciepło zniknęło. Jęknął, przewracając na drugi bok i wyciągnął rękę, by znaleźć telefon.

- Bardziej w prawo i do góry  – usłyszał podpowiedź, a po chwili śmiech. – Nie, to jest lewo, kochanie.

- Merlinie, jest ósma – jęknął, gdy tylko odblokował ekran, a potem obrócił się na plecy i uniósł na łokciach, by odnaleźć wzrokiem żonę. Gdy jego spojrzenie padło na nią nie powstrzymał uśmiechu oraz cichego gwizdu. Luna uniosła brwi, nieprzejęta zupełnie, że o poranku paraduje przed nim w samej bieliźnie. Koronkowej bieliźnie. Bieliźnie, którą najchętniej ujrzałby teraz na podłodze. Oderwał wzrok od jej ciała, zgrzytając zębami, bo dobrze wiedział, że dziewczyna nie zgodzi się na nic ze świadomością obecności chłopców w domu.

- Przecież nie każę ci wstawać – zauważyła z delikatnym uśmiechem, wsuwając na zgrabne nogi spodnie, a potem zasłaniła blade ramiona materiałem koszulki. Przyglądał się, jak siada przed toaletką, by rozczesać jasne pasma włosów, a ich oczy napotkały się w lustrze. – Pośpij jeszcze, Thedro, przecież cały tydzień czekasz na sobotnie lenistwo.

- Już mi się nie chce spać – odpowiedział leniwie, wstając z łóżka i szukając pobieżnie wzrokiem spodni. Kiedy w końcu się ubrał, a nawet załatwił poranną toaletę, ruszył korytarzem na dół,
by znaleźć Lunę. Nie zaskoczył go widok dziewczyny siedzącej na sofie z podkulonymi nogami
i dokumentami, które przeglądała. Pstryknął palcem po Smutka, który ochoczo obiecał przynieść im śniadanie.

Usadowił się na fotelu, włączając pilotem telewizor i nastawił MagicInfo, gdzie Penelope Tinkle zapowiadała pogodę na najbliższe dni. Zerknął zatem na Lunę, która z dobrze znanym mu grymasem, podkreślała poszczególne zdania na kartkach. Przez ostatnie lata zmieniła się z wiecznie zamyślonej dziewczyny w cudowną kobietę. Uwielbiał wpatrywać się w jej bladą twarz, szare oczy oraz jasne pukle, które spięła w niechlujnego koka. Uwielbiał to, jak z jego leniwej, ubranej w dresy żony potrafiła przybrać postać eleganckiej i zdecydowanej pani kierownik. Uwielbiał tę kobietę.

- Nie rozmawialiśmy od paru dni o Draco – powiedziała w pewnym momencie, odkładając teczkę na stolik, dzięki czemu mógł zauważyć, że pracowała nad ugodą między elfami, a krasnalami. Sekundę później pojawił się Smutek i ostrożnie ustawił tackę ze śniadaniem i dzbanuszkiem herbaty na blacie. Podziękowali szybko, a Luna dodatkowo wymieniła parę uprzejmości. W końcu skrzat ich zostawił,
a zamglone, acz przenikliwe oczy Luny utkwiły w nim na nowo.

- Chcesz mi coś powiedzieć? – zapytał głupio, bo dobrze wiedział, że to on powinien coś wyznać. Pewnie o chaosie w swojej głowie, który wywołał powrót starego przyjaciela.

- To przerażające, jak jedno nieporozumienie potrafi zmienić nasze życia, prawda? – westchnęła, znów pozwalając mu uciec od rozmowy o uczuciach. – Wyobrażasz to sobie? Ile jest takich sytuacji na świecie? Sami sobie tworzymy konflikty.

- A potem płacimy za własne błędy – mruknął, krzywiąc się, bo wciąż irytował się na los, że aż tak zranił Hermionę i zniszczył życie Draco. Wystarczyła jedna szczera rozmowa. Nie umiał sobie wyobrazić, by jedna kłótnia, jedno niedomówienie rozdzieliło go na tak długo z Luną.

- Przeszłości już nie zmienisz, Thedro – Luna podniosła się z miejsca, a potem bezceremonialnie usiadła na nim okrakiem, opierając ich czoła o siebie. – Przejdziemy przez to. Jak zawsze razem.

- Razem – przytaknął, pochylając się, by złączyć ich usta. Przesunął językiem po dolnej wardze żony, smakującej poranną kawą, a potem objął dłońmi jej policzki. Nigdy nie przestanie go zadziwiać własna reakcja na zwykłą pieszczotę czarownicy. Wystarczyło lekkie muśnięcie jej ust na jego wargach, by zapominał o wszystkich troskach i problemach, a skupiał na jej smaku, zapachu, cieple. Miał dwóch synów, a zachowywał się równie niedojrzale, co na początku ich związku, gdzie nie umiał utrzymać rąk przy sobie.

- Kocham cię – szepnęła, pozwalając mu zsunąć się pocałunkami na szyję i wygięła się rozkosznie na jego kolanach. Theodore uśmiechnął się, jak głupek, bo wciąż nie potrafił przyzwyczaić się do tych słów, chociaż słyszał je codziennie. Wbił palce w biodra blondynki, przyciskając ją do siebie, a ustami zjechał na jej dekolt.

- Mamo? Tato? Co robicie? – ciemnowłosy podskoczył do góry, a Luna zdumiona wylądowała na podłodze, gdy cienki głosik przerwał ich pieszczoty. Rozejrzał się po salonie, odnajdując w końcu dwóch małych chłopców stojących w drzwiach. Lorcan i Lysander mieli duże oczy, gdy niepewnie zerkali na rodziców.

- Mama się uderzyła i musiałem dać jej buzi, żeby nie bolało – wykrztusił w końcu, bo blondynka zajęta była poprawieniem ubrania i włosów, by wymyślić lepszą wymówkę. – To nic takiego…

- Jesteście dziwni – stwierdził Lorcan, drapiąc się po blond czuprynie, a potem rzucił swojej kopii znaczące, dziecięce spojrzenie. – Mówiłem ci, że nie chcesz dorosnąć.

- Nie, to ja mówiłem tobie! – zaprotestował Lysander, łypiąc na nich podejrzliwie spod równie roztrzepanej grzywki, co u jego bliźniaka. Theodore nie mógł się powstrzymać od parsknięcia,
gdy bliźniaki oburzone ruszyły do jadalni, domagając się śniadania, a Luna przewróciła oczami wciąż siedząc na podłodze.

- Na dobroć Helgi, ty to umiesz kłamać – prychnęła, wstając, a potem niemalże w podskokach wybiegła, by dogonić dzieciaki. Theo rozparł się wygodnie, wsłuchując w śmiechy oraz melodyjny głos żony, gdy nawoływali go do siebie.

- Idę, idę – odkrzyknął, podnosząc się powoli, by dołączyć do swojej rodziny. I nagle troski przestały mieć znaczenie. Bo miał ich.

***

Pansy zawsze uważała, że świat sobie z niej zakpił, gdy miłością jej życia okazał się Potter.
Przeklęty Wybraniec od siedmiu boleści, Złote Dziecko Hogwartu, zapowiedź nowego Szefa Aurorów oraz znakomity agent FBA. Ona, Pansy Rayna Parkinson, dziedziczka Domu Parkinsonów, jedyna córka, wybitna Ślizgonka oraz oddana tradycjom arystokratka, wyszła za tego… Potter’a.

Teraz znów wbiła podejrzliwe spojrzenie w swojego małżonka, który krążył niespokojnie po kuchni, wywołując u niej ból głowy. Przyjrzała się mężczyźnie, który przeglądał jakieś papiery, a jednocześnie  mruczał pod nosem uwagi. Nie powstrzymała jednak lekkiego uśmiechu na widok roztrzepanej, ciemnej czupryny i błyszczących oczu, teraz skupionych i jeszcze bardziej przenikliwych niż zwykle.
W tym wydaniu, gdzie miał na sobie jedynie wyciągnięty sweter od Molly, szare dresy i gołe stopy, nie przypominał tej chodzącej legendy.

- Potter – warknęła w końcu, zirytowana brakiem poszanowania jej kuchni, jej sanktuarium, w którym tworzyła właśnie śniadanie dla chłopców. Kochała swoją pracę, gotowanie początkowo było dla niej wyzwaniem, potem zabawą, a teraz nie dość, że zarobkiem, to i hobby. Nigdy nie zdoła wyrazić wdzięczności pani Weasley, która zaraziła ją kulinarnym kunsztem. I mimo swoich wybitnych zdolności, jak twierdzili krytycy, ona miała wrażenie, że nie przebije talentu teściowej. Bo mimo jej obaw Molly i Arthur, którzy byli rodzicami dla Harry’ego, przywitali ją z otwartymi ramionami.

- Co jest, Potter? – inteligentnie odpowiedział wybitny auror, spoglądając na nią z rozbawieniem. Pansy uśmiechnęła się odruchowo, bo nie umiała powstrzymać się od szerokiego banana, gdy tak na nią patrzył. Salazarze, jak nic poił ją eliksirem miłosnym!

- Wkurzasz mnie – mruknęła złośliwie, odrywając wzrok od przygotowywanych naleśników, by tym razem obdarować go zirytowanym spojrzeniem. – Możesz iść wydeptywać dziurę gdzie indziej?

- Ale mi się łatwiej myśli przy tobie! – zaprotestował, odrzucając akta na blat i westchnął ze zmęczeniem. – Może pójdę po dzieciaki, co?

- O, a jednak umiesz czasem wpaść na dobry pomysł – pogratulowała, kiwając głową w stronę wyjścia, by poszedł po synów. Kiedy po kolejnej uszczypliwej uwadze wyszedł i pobiegł na górę, Pansy wróciła do patelni. Jednak jej wzrok znów padł na pozostawione dokumenty, a ona poczuła nagły ścisk w żołądku na widok znajomego zdjęcia. Wbrew sumieniu i rozumu podeszła bliżej, wyciągając kartkę ze znajomym imieniem. Przesunęła wzrokiem po tekście zatrzymując wzrok na zdjęciu, przez które poczuła mdłości. Wróciła zatem spojrzeniem do tekstu, gdzie podkreślone zostało parę słów.

- A dziś to wolne masz? Super! A pójdziemy na spacer? Super! A pobawimy się i… SUPER!

Odłożyła szybko kartki na swoje miejsce, gdy głos Jamesa zabrzmiał niebezpiecznie blisko kuchni. Akurat zdążyła przerzucić naleśnika, gdy do pomieszczenia wparował gang Potterów. James, z już pobrudzonymi od kredek palcami – Merlinie, kiedy zdążył się dorwać do zabawek? – i śladami flamastrów na policzkach oraz zaspany Regulus w ramionach ojca.

- A pokazać ci coś super? – Jamie machał wesoło nogami, które nie sięgały podłogi, wpatrując swoimi dużymi oczami w tatę i nim Harry zdążył odpowiedzieć chłopiec zrobił zeza. – Super, co?

- No super, super – przytaknął rozbawiony zielonooki, wsadzając Regulusa w specjalne krzesełko,
a potem poklepał starszego synka po czuprynie. – Nie rób tak za często, bo ci tak zostanie.

- To by było… super – westchnął młody Potter, który od tygodnia nie przestawał być super dzieckiem. Super były zabawki, super był Teddy, super było dokuczanie Regulusowi, super był telewizor, a i sam James był po prostu super. Pansy uniosła kąciki ust, całując obu chłopców w policzki, a potem podrzuciła naleśnika do góry. – Wow, mamuś! To było…

- Super – dokończyli chórem Harry i Teddy, który właśnie wszedł do kuchni. Pansy odruchowo zmierzyła go wzrokiem, ale chłopiec wciąż miał czarno niebieskie loczki oraz zielone tęczówki.
W piżamie z logo jakiegoś super bohatera usiadł przy stole, a potem ziewnął przeciągle.

- Co dziś robimy? – zapytał najstarszy z ich synów, krzywiąc się, gdy i jego pocałowała w czoło. Edward uważał, że był wystarczająco duży, by unikać tych krępujących powitań. Jak wyjaśniał,
był prawie dorosły. Ale nie mogła się powstrzymać, by i nad nim się nie rozczulać.

- Nic – ucieszył się Harry, przykuwając znów uwagę trójki chłopców. – Dzisiaj niczego nie robimy!

- Czyli obejrzymy bajkę! – ucieszył się James, przybijając piątkę z wciąż na wpół śpiącym Reggym,
a potem zaczął trajkotać, którą bajkę by obejrzał. Na pewno jakąś super.

- I zagramy w jakąś grę! – dodał Ted, ukazując w uśmiechu brak poszczególnych zębów oraz urocze dołeczki. – Mogę ja wybrać?

- Nie, bo ja! – zaprzeczył od razu James, a sekundę później obaj chłopcy zaczęli wykłócać się, któremu przypada kolej. Pansy pokręciła głową, bo niedawną ciszę zastąpił nagły chaos, a ona nie umiała się nawet przez to denerwować. Znów spojrzała na patelnię, ale zamiast śmiechów
i docinków rodziny, miała przed oczami dokumenty.

Martwa. Samobójstwo. Samotny ojciec z dzieckiem. Brak dowodów. Morderstwo.

- Pansy? – wzdrygnęła się, gdy zauważyła, że Harry stoi nagle blisko niej i uważnie się jej przypatruje.

- Tak? – zamrugała, by odgonić sprzed oczu obraz nieżywej Astorii. Zielone spojrzenie zdawało się prześwietlać ją całą, a ona poczuła delikatny rumieniec na bladych zazwyczaj policzkach. Westchnęła, bo zaskakiwało ją, że do tej pory ten głupi Gryfon wywoływał u niej takie reakcje. Myślała, że po tylu latach nie powinna była czuć hipogryfów w brzuchu, a także mocno bijącego serca, które wyrywało się do chłopaka. Harry uniósł jedną brew, jakby dobrze wiedząc, że grzebała w jego rzeczach.
Pochylił się nagle, muskając ustami jej policzek i obdarzył ją rozbawionym uśmiechem.

- Przypaliłaś naleśnika.

***

- Nie!

- Ależ to nie podlega dyskusji. Idź do pokoju i przemyśl swoje zachowanie, a potem…

- NIE! Nie będę z tobą rozmawiać! Nie lubię cię! Jesteś głupi!

- Tak, zdążyłeś już to powiedzieć. Marsz do pokoju. Już.

- Nie, nie, nie, nie… NIE.

- Liczę do trzech. A potem porozmawiamy inaczej, zrozumiano? Jesteś niegrzeczny, Pius.

- Ale…

- Scorpius. Liczę do trzech. Raz… dwa…

Hermiona podskoczyła, gdy rozległ się nagły huk. Cóż, jak na takiego szkraba, to Scorpius potrafił nieźle trzasnąć drzwiami. Spojrzała w kierunku własnych drzwi od sypialni, zastanawiając,
czy warto było się ruszać z łóżka. Zerknęła na laptop, na którym obecnie pracowała, a także na drugi komputer przy biurku, gdzie od dobrych paru godzin starała się złamać hasło. Niestety, w tych systemach komputera, nie miała dostępu do przechowywania haseł i kont użytkownika, więc nie mogła odczytać nic z plików systemu ani konfiguracji. Nie pozostało jej nic, jak czekanie aż jej ofiara na nowo się zaloguje, a jej wirus przechwyci kod i udostępni sekrety dysku.

- Mogę?

Hermiona odwróciła się, odnajdując głowę Draco, który dopiero po chwili przypomniał sobie
i zastukał knykciami o drzwi. Tysiące myśli przemknęło przez jej głowę, ale nie mogła nic z nich zrozumieć, więc jedynie uśmiechnęła się leciutko. Blondyn wyglądał, jakby mu ulżyło, a gdy wszedł do środka obrzucił pokój zaciekawionym spojrzeniem. Zatrzymał wzrok na dłużej na otwartych drzwiach jej szafy, które służyły, jako mapa myśli. Liczne wycinki gazet, zdjęcia paru osób oraz jej notatki na kolorowych karteczkach.

- Co się stało? – zapytała, gdy opadł na łóżko obok niej, a potem zakrył ramionami głowę.

- Nie chciał posprzątać zabawek… czasem nawet on jest nieznośny, a…

- A ty czasem jesteś zmęczony byciem odpowiedzialnym, surowym rodzicem – dokończyła płynnie, zmuszając go tym samym do łypnięcia na nią uważnym wzrokiem. – Wiele razy widziałam to u Theo, czy Harry’ego. Rodzicielstwo nie jest zabawą. To duży obowiązek. Ale moim skromnym zdaniem, dajesz sobie świetnie radę. Nawet sam.

- Zawsze byłem sam – westchnął, znów przymykając powieki. – Toria nie chciała dzieci. Ona… niemalże bała się być matką. Na początku staraliśmy się, ale nie udawało nam się. Zrobiliśmy badania… okazało się, że Astoria nie może dać mi dziecka – przerwał na chwilę, by wziąć uspakajający wdech, a ona wbrew sobie naprawdę zainteresowała się tym tematem. – I gdy straciliśmy nadzieję… zaszła w ciąże. Nie cieszyła się. Od początku widziałem, że straciła energię i humor, ale sądziłem, że to te ciążowe humorki… a potem zrozumiałem, że ona nie chce. Kiedy wróciłem z pracy ona połknęła tabletki… gdyby nie magia i fachowa pomoc, stracilibyśmy dziecko, a nawet ona mogłaby umrzeć…

- A jednak urodziła – zauważyła spokojnie Hermiona, wyciągając rękę i kładąc ją na jego ramieniu.

- Urodziła, a od kiedy pojawił się na świecie nie chciała go wziąć na ręce. Podobno depresja poporodowa, a potem… zasugerowali psychologów i terapię. Nie chciała go trzymać, karmić, pomagać, nawet patrzeć na niego nie mogła! Błagała mnie, byśmy go oddali, zostawili gdzieś… - pokręcił głową z niedowierzaniem, prychając ze złością. – Nie mogłem ich samych zostawić, bo ona go nie karmiła nawet butelką. Ignorowała jego płacz, tłumaczyła się pracą i ambicjami. Mały rósł bez matki, którą miał obok siebie – urwał na chwilę, splatając ich palce, jakby potrzebował wsparcia. – Wiele razy myślałem o powrocie. Wziąć Piusa i wrócić do matki, do was. Ale potem patrzyłem na nią, widziałem jej strach, paranoję, panikę i nie mogłem. Przepraszam, ale nie mogłem porzucić tak rozbitej osoby.

- Rozumiem – szepnęła szczerze, bo w końcu zrozumiała. Słuchając historii o perfekcyjnej Astorii, która okazała się popsutą Astorią, zrozumiała. Też nie potrafiłaby porzucić tak zniszczonego człowieka i pozostawić go samemu sobie. Uśmiechnęła się leciutko, odkładając laptop na podłogę i ułożyła się na łóżku obok Draco.

- Więc trwałem u jej boku. Dawaliśmy sobie siłę i pogrążaliśmy jednocześnie… - mruknął, zerkając na nią ze zmartwieniem. – Sam przyczyniłem się do jej upadku. Zbyt wiele razy ją zraniłem.

- Nie pleć głupstw – mruknęła Hermiona, przymykając powieki i wsłuchując w jego oddech. – Jesteśmy ludźmi. Jeden mały błąd może zmienić wszystko.

Błąd. Draco wbrew sobie powrócił do chwili, w której zrozumieli, że to był błąd. Jeden, wielki błąd.





- I just wanna feel real love! Feel the home that I live in!

Draco westchnął, gdy usłyszał śpiew Astorii, a potem ostatni raz upewnił się, że Scorpius słodko śpi
i wyszedł. Rzucił zaklęcie wyciszające, bo zbyt wiele razy budzili małego swoimi krzykami.
Wziął głęboki wdech nim zszedł na dół, gdzie zastał małżonkę przy barku, robiącą sobie jakiegoś drinka.

- I don't wanna dieeee! But I ain't keen on living either… - nuciła wesoło dziewczyna, chwiejąc się na niebotycznie wysokich obcasach. Draco przesunął wzrokiem po kusej sukience, wymalowanej buzi oraz misternie uplecionym warkoczu, na koniec spoglądając w zamglone oczy Astorii. Znów się upiła.

- Chyba ci na dziś wystarczy – zauważył chłodno, opierając się biodrem o kanapę i przyglądał,
jak stara się wycisnąć cytrynę, a jednocześnie nie skręcić kostki. Rzuciła mu słodkie spojrzenie,
a rzęsami zatrzepotała niczym laleczka, dopiero dostrzegając jego obecność.

- Kochanie, możesz mi pomóc? – wyjęczała, ale gdy nie drgnął fuknęła z irytacją. – Jesteś totalnie drętwy. Nie tak mieliśmy żyć! Mieliśmy się bawić i szaleć i nic nie pamiętać. Och, Darrenie…

- Draco. Jestem Draco, Ria – mruknął, dzięki czemu znów oberwał wściekłym spojrzeniem. – Miałaś dziś nie szaleć.

- Heidi miała urodziny, he, więc musiałam wypić jej zdrowie – burknęła, mając na myśli jedną ze swoich przyjaciółek. Opadła w końcu na fotel, odrzucając cytrynę za siebie i wzięła łyka czystej wódki prosto z butelki. – Chcesz trochę?

- Dziękuję – odparł krótko, zastanawiając się, kiedy doprowadzili się do tego stanu. Kiedy zakończył się dobry etap ich życia? Przecież dopiero je zaczynali!

- Sztywniak. Kiedyś byłeś inny… ironia losu, co? Tyle na siebie czekaliśmy, by teraz się rozczarować – mruknęła, nachylając się ku niemu i uśmiechnęła się seksownie. – Pociągam cię jeszcze?

- Oczywiście – stwierdził niemalże odruchowo, siadając na sofie i próbował odebrać jej butelkę. – Jesteś piękna i…

- Przestań kłamać – skarciła go, rozkładając się na fotelu i uniosła brew. – Odrzucałam prawdę zbyt długo, by teraz znów udawać radosną. Piękna, piękna. Wciąż to słyszę! I wiesz co? Fakt, jestem piękna. Jestem jedną z najpiękniejszych kobiet na tym świecie. A jednak – uniosła palec do góry, jednocześnie znów przytykając szyjkę butelki do ust i pociągnęła solidnego łyka. – A jednak, to ci nie wystarcza.

- O czym ty mówisz? – wyciągnął przed siebie nogi, opierając brodę na dłoni i wpatrywał się w pijaną żonę, która z trudem podniosła się i stanęła przed nim. Odruchowo wyciągnął ręce, by pomóc jej zachować pion, samemu wstając. Astoria wzgardziła jednak jego pomocą, odpychając jego ramiona i znów napiła się alkoholu.

- Powiedz to – zażądała w pewnym momencie, spoglądając mu w oczy z dziwną przenikliwością. –
No, nie bądź tchórzem. Już dawno tego nie mówiłeś. Dwa słowa, Draco.

- Toria… - zamarł, gdy zmroziła go spojrzeniem. Westchnął przeciągle, przesuwając palcami po jasnych włosach i znów wbił w nią chłodny wzrok. – Kocham cię.

- Kłamca  – policzek zapiekł, gdy uderzyła go na tyle mocno, by odrzuciło jego głowę na bok. Zacisnął powieki, zgrzytając zębami na piekące ciepło rozlewające się po jego  bladej skórze. – Jeszcze raz.

- Kocham cię – tym razem oberwał z drugiej strony, a jego żona przypadkiem zahaczyła o jego policzek ostrymi paznokciami. Wciągnął z sykiem powietrze, rzucając jej oceniające spojrzenie, gdy znowu przechyliła butelkę, by po sekundzie z dzikim wrzaskiem, rozbić ją o ścianę.  

- Jak jestem trzeźwa, łatwiej mi udawać, że w to wierzę – poinformowała go nagle spokojnie, kierując się w stronę schodów i powoli zaczęła wspinać się na piętro. Przy trzecim stopniu odwróciła się, by obdarować go smutnym, ale szczerym uśmiechem. – Spokojnie. Ja też cię nie kocham.

Draco opadł z powrotem na sofę, ignorując głośny huk zamykanych drzwi od sypialni. Przez godzinę po prostu siedział i patrzył przed siebie. W jego głowie panowała burza. Wojna myśli. Wojna między logiką, a sercem. Między tym, co chciał zrobić, a tym, co powinien. Astoria wypalała się na jego oczach. Widział, jak jej oczy gasną, stają się zimne, jak jej usta zapominają, jak uśmiechać się inaczej, niż sztucznie. W jej żyłach często krążył alkohol, a o innych specyfikach nie chciał myśleć.

Zdradzała go. Wiedział o tym, wiedział również, że nie przestanie. Kiedy jeden raz spytał, czy nie chce tego zakończyć… tamta kłótnia okazała się katastrofą. Astoria płakała i błagała, by nie zostawiał jej, by nie porzucał, by nie wymyślał bzdur o rozwodzie. Bo co im pozostało?

Byli tylko on i ona. Tchórzliwy uciekinier i złamana arystokratka. Malfoy i Greengrass. Dwie zagubione dusze, które nienawidziły się równo mocno, co kochały.

Jak zatem mógł pozostawić ją na pastwę losu? W tym świecie pełnym rekinów, czekających tylko na samotną ofiarę? Modeling dawał jej radość, a on nie mógł zabronić dziewczynie odrobiny przyjemności. Wystarczająco dużo już wycierpiała. Porzucenie rodziny, ucieczka na inny kontynent, problemy z zajściem w ciąże, depresja, a teraz kolejne załamanie.

Ona była złamana. Była popsutą laleczką, która wciąż umiała owijać go wokół palca. Była zbyt piękna od zewnątrz, by być prawdziwa i zbyt brzydka w środku, by istnieć.

Podniósł się, poszedł do kuchni, a potem powoli posprzątał pozostałości po wybuchu dziewczyny.

Nie chciał, by Pius się skaleczył o jakiś odłamek szkła. Gdy upewnił się, że nic nie przeoczył, pogasił światła i ruszył na górę. Zerknął do pokoju chłopca, gdzie ten wciąż smacznie spał, a potem skierował się do ich sypialni.

Astoria leżała na łóżku, wciąż ubrana z butami na nogach i dłonią pod policzkiem. Nie wiedział, czy płakała nim usnęła, czy to alkohol, aż tak ją zatruł. Kucnął przed łóżkiem ściągając z jej drobnych stóp obcasy i odrzucił je do kąta. Potem przewrócił ją na plecy, rozpinając sukienkę i uwalniając ciało od opinającej, czarnej skóry. Została przed nim w koronkowej bieliźnie z roztrzepanymi brązowymi włosami i rozmazanym makijażem na twarzy. Mruknął coś, gdy na chwilę otworzyła oczy, by rozejrzeć się wokół niewiadomym wzrokiem. Wyciągnął jej piżamę, pomagając zrzucić bieliznę i założył delikatny, chłodny materiał. Kiedy już ją ubrał, poszedł do łazienki i z wacikami oraz płynem do demakijażu rozpoczął powolny proces pozbywania się tony produktów z jej oczu, policzków i ust.
Toria oddychała spokojnie, pozwalając mu na wszystko, nie skarżąc na nic.

- Przepraszam…

- Kocham cię – szepnął, okrywając ją kołdrą, niczym ojciec utulający małe dziecko, a potem ułożył się na boku obok niej, muskając opuszkami palców jej policzek.

- Po prostu nigdy mnie nie zostawiaj, dobrze? – poprosiła, wpatrując się w niego z niesamowitym błaganiem w zielonkawych tęczówkach. – Nigdy, Draco, nigdy.

- Nie zostawię cię – obiecał, łamiąc sobie tym serce kolejny raz z rzędu. Spojrzał na złamane oblicze swojej towarzyszki, która z westchnieniem przymknęła powieki.

- Ja też cię kocham – mruknęła nim na nowo usnęła, a on przyglądał się jej, już spokojnej, twarzy. Miłość. Jakże niebezpieczna była i jak łatwo można było się w niej zagubić. Oboje wiedzieli, że ich uczucie wygasło z chwilą rozstania. Ona ruszyła do Hogwartu, on z ojcem do Voldemorta. A jednak te obsesyjne myśli dawały im siły i nadzieję. Teraz mówiąc te słowa nie czuł ogarniającej go euforii,
nie czuł ciepła i troski. Czuł spokój.

Kochali się. To było szczere uczucie, ale nie między dwójką kochanków, małżeństwem, czy zakochanymi duszami.

To była bezpieczna przystań.





Hermiona przyglądała mu się z niepokojącym spokojem. Przesunęła wzrok z jego oczu na nos, usta,
a potem czoło, nim znów wbiła w niego te przeklęte, czujne spojrzenie. Jak można było uważać, że jest szalona?

- Wolałam wierzyć, że ułożyłeś sobie dobre życie – przekręciła się na plecy, a potem zaczęła wpatrywać się w sufit, na którym poprzyklejane były małe gwiazdki świecące w ciemności. Miała wielkie problemy, by przestawić się ze spania pod gołym niebem na ciasne pomieszczenia. Luna, jak zwykle, umiała zaradzić jej dziwnym troskom.

- Ja też. Wyobrażałem sobie spotkać panią Weasley z dwójką dzieci. Z mądrą, oczytaną córeczką o jakimś bzdurnym imieniu… na przykład Rose. I synku z rudą czupryną, który byłby równie wielką fleją, co jego ojciec – parsknął, kreując sobie w głowie idealny model rodziny Weasley’ów, w który długo wierzył. – Byłabyś szanowaną pracownicą Ministerstwa, może nawet kandydatką na Ministra, a twój małżonek uznanym aurorem. Gazety rozpisywałyby się o wzorowym zachowaniu Hermiony i Ronalda, bohaterów z idealnym życiem.

- Poważnie? Nie uważasz, że mogłabym się zanudzić takim życiem na śmierć? – prychnęła, chichocząc bo ta wizja równocześnie ją przerażała, jak i  śmieszyła. – W takim razie, Harry poślubiłby Ginny i miał równie perfekcyjny byt, co?

- Jak to się stało, że nie skończyli razem? – zainteresował się szczerze, bo małżeństwo jego Harry’ego z jego Pansy, wciąż było tematem o niewyczerpanie długiej liście pytań. – Zakład? Ustawka od prasy?

- Oni sami byli zaskoczeni, że się w sobie zakochują – zachichotała, przygryzając wargę z namysłem. – Pansy i Harry nie trawili się od samego początku. On irytował się jej starannie wystylizowaną elegancją, a ona jego beztroskim podejściem. Ale znaleźli w końcu wspólny język.

- Język ciał? – zażartował słabo, ale gdy zobaczył uśmiech Gryfonki, jęknął i zamknął powieki. – Nie…

- Och, taak – zamruczała w odpowiedzi, ciesząc się, jak głupia z jego zażenowanej miny. – Tak to się zaczęło. Nieobowiązujący romans zakończył się dwójką dzieci i wielką miłością.

- Co na to Parkinsonowie? Od razu go zaakceptowali? – podpytywał, starając się wyrzucić z głowy myśli o romansie tamtej dwójki.

- Tak. Zdecydowanie od razu sprzedali ją w jego lepkie rączki – znowu parsknęła śmiechem, bo irytacja Pansy w tamtym okresie była doprawdy urocza. Spodziewały się większej nieufności ze strony jej rodziców, ale oni oboje pokochali Harry’ego, jak własne dziecko.

- A Weasley’owie?

- Pansy bardzo się bała spotkania z Molly i Arthurem. Wszyscy liczyli na rychłe weselisko Gin i Harry’ego, a ich rozstanie traktowano, jako przejściowe. Cóż, byliśmy zaskoczeni ogłoszeniem, że teraz to Ślizgonka prawdopodobnie stanie się panią Potter – uśmiechnęła się do tych wspomnień pod nosem. – Ale nie miała czego się obawiać. Rodzice Rona przywitali ją z uśmiechami, a Molly ze wszystkich sił starała się udowodnić, że nie ma jej za złe odbicia zięcia. Zamiast tego, zmieniła od razu podejście i jej celem stało się zaprzyjaźnić z przyszłą „synową”.

- Spodziewałem się większego dramatu – stwierdził w końcu, drapiąc po nosie i robiąc durną minę. – Rzucania nożami, walki na wałki albo krzyków.

- Nie znasz Weasley’ów. To dobrzy ludzie… kochają Harry’ego jak syna, a Pansy traktują niczym prawdziwą synową – zrugała go, trzepiąc jego dłoń, gdy sięgnął po jej rękę. – Opowiedz mi coś jeszcze.

- Nie oszukuj. Twoja kolej – wskazał na nią palcem, pstrykając w nos i uśmiechnął się delikatnie,
gdy fuknęła na niego. Hermiona również na niego spojrzała, a w brązowych oczach zamigotało coś delikatnego, ledwo uchwytnego, co wprawiło serce Draco w szybsze bicie.

- Draco, rozumiem czemu zostałeś. Rozumiem też, czemu uciekłeś i mnie… nas zostawiłeś. Zgadzam się z tym, że to nasza wina. Twoja i moja. I naszej dumy, ale… nie popsujmy tego znów – poprosiła łagodnie, przesuwając palcem po jego szczęce i stukając opuszkiem w jego dolną wargę. – Większość naszych błędów wynika z faktu, że emocje przysłoniły nam rozum, a w rezultacie sami doprowadziliśmy do tej sytuacji.

- Nic nie dzieje się bez powodu – stwierdził cierpliwie, przybliżając się do niej na tyle, że poczuła jego pachnący kawą oddech na policzku. – Może już wtedy oboje wiedzieliśmy, że jesteśmy dla siebie właściwymi osobami. Tylko nie był to właściwy czas.

- A co, jeśli tym powodem jest po prostu nasza głupota? – uniosła brwi, zaskakując go, kiedy płynnym ruchem obróciła go znów na plecy, samej sadowiąc się na nim i łokciami oparła się po obu stronach jego głowy. – Jestem przerażona, jak diabli, że wciąż chcę spróbować. Ale jak nie urok, to klątwa, hm?

- Podoba mi się to wydanie pewnej siebie Gryfonki – zamruczał, błądząc dłońmi po jej biodrach,
a jednocześnie parsknął śmiechem, gdy sturlała się z niego, jakby sam troll ją pogonił. – Więc, jaki masz plan?

- Bez pośpiechu – podkreśliła znów stanowczo, wciągając z powrotem laptop na łóżko i przyjrzała się wczytywanemu plikowi. – Ale i bez żadnego planu. Umówmy się, że do trzeciej randki zachowujemy się, jak nowo poznani ludzie, okay?

- Pomijając szczegół wspólnego mieszkania, wspólnej przeszłości i tej rozmowy o planowaniu? – znowu nie powstrzymał uśmiechu, ale po chwili zmarszczył brwi. – Czyli zero całowania do trzeciej randki? Ale my nawet na pierwszej nie byliśmy!

- Cóż, już mówiłam, że to ty masz coś wymyślić – zauważyła uszczypliwie, rzucając mu pełne politowania spojrzenie. – Pamiętaj tylko, by nie wymyślać nie wiadomo czego. Anglia wciąż sądzi,
że się ciebie pozbyła.

- Fakt – mruknął, przyglądając się, jak na nowo pochłania ją praca. Przyglądał się Hermionie niezbyt natarczywie z leciutkim uśmiechem.

Pora zmierzyć się ze światem.

***

- Wychodzę… co wy robicie?

Draco zatrzymał się gwałtownie, wpatrując z zaskoczeniem w syna i Hermionę, którzy urzędowali
w pokoju chłopca. Przyjrzał się pomieszczeniu, w którym ta dwójka właśnie poprzestawiała meble,
bo łóżko zamiast po lewej stronie znajdywało się teraz po przeciwległej. Niewielki stoliczek został przestawiony pod okno, a na nim poukładane zostały kartki i kredki. Nawet szafę, z namalowanymi na drzwiach potworami, przenieśli gdzie indziej. Teraz Hermiona siedziała przed otwartą szufladą, składając ubranka Piusa, a chłopiec leżał brzuchem na łóżku, podpierając brodę na dłoniach
i w zeszycie rysował proste, kolorowe kreski.

- Wybieram kolor na ściany – poinformował go swobodnie dzieciak, przykładając zieloną kredkę do tapety w misie i zmrużył powieki. Widocznie coś mu się nie spodobało, bo kredka trafiła do opakowania, a wybrana tym razem została żółta.

- Gdzie wychodzisz? – spytała Hermiona, wsuwając palec w dziurę koszulki Piusa i odłożyła ją na inną kupkę ubrań. – Myślałam, że to w przyszłym tygodniu widzisz się z Harrym.

- Mam jeszcze parę spraw do załatwienia – mruknął, opierając się ramieniem o framugę i westchnął. – Nie czekajcie na mnie z obiadem. Ani kolacją.

- Uważaj na siebie – odpowiedziała jedynie dziewczyna, posyłając mu lekki uśmiech, a potem bez słowa wróciła do składania koszulek blondyna. Draco pocałował syna w czoło, ale ten niemalże tego nie zauważył, za bardzo skupiony na wyciąganiu błękitnej kredki. 

Hermiona przestała sprzątać w szafie malca dobre paręnaście minut po jego wyjściu, a dwie koszulki
i parę skarpet zabrała ze sobą. Musieli w końcu udać się z młodym na zakupy, bo wciąż brakowało mu paru rzeczy. Takie dzieciaki strasznie szybko rosły. Zostawiła Piusa samego, schodząc do salonu,
gdzie zastała drzemiące psy oraz niewielki bałagan. Jednym ruchem różdżki uprzątnęła wszystko,
a potem z zadowoleniem usiadła na sofie i włączyła telewizor. Przywołała skinieniem ręki aktówkę
z dokumentami podpisanymi jednym słowem.

Sieć.

Sama Hermiona wolała nazywać je „Pajęczyną”, bo chociaż pracowali nad tą sprawą parę dobrych lat, to wciąż umykały im ważne detale. Rozłożyła papiery na stole, przyglądając się paru zdjęciom oraz opisom pod nimi.

Morderstwo, porwanie, sprawa zamknięta. Najczęściej powtarzane słowa. Plus samobójstwo.

- Hermija, mogę pooglądać bajki? – Pius zbiegł na dół, uśmiechając się do niej słodko. Najpierw kazała mu umyć brudne od prac plastycznych dłonie, a dopiero potem podała chłopcu pilot, włączając jednocześnie „Króla Lwa”, którego blondyn uwielbiał. Kiedy historia Simby pochłonęła młodego Malfoy’a, spojrzała ponownie na papiery. Przekładała zdjęcia między palcami, starając się znaleźć w nich jakiś wspólny element. Jednak uchwycone na fotografiach postacie miały ze sobą niewiele wspólnego. Dorosłe kobiety, dorośli mężczyźni – wszyscy uczęszczali do Hogwartu, ale nic więcej ich nie łączyło. Plus dwójka dzieci. Dziewięcioletnią dziewczynkę znaleźli martwą miesiąc przed przybyciem Malfoy’a, a zaginiony od dwóch lat chłopiec, wciąż był tajemnicą.

A pytania się nie zmieniały. Kto, dlaczego, po co?

- Czemu tak bardzo lubisz tę bajkę? – zapytała, kiedy po prawie dwóch godzinach i zjedzonym obiedzie blondyn znów poprosił o obejrzenie historii Simby. Proponowała nawet włączenie innej opowiastki o zwierzakach, bądź safari, ale młody był uparty.

- Simba jest fajny! – krzyknął radośnie Pius, siadając obok niej na kanapie i wzruszył ramionami. – Obejrzysz ze mną? Hemija?

- W porządku, ale nie zdradzaj zakończenia – zażartowała, jednak Scorpius zaczął składać jej przysięgi, że nigdy by tego nie zrobił. Przecież nie powie jej, że Simba będzie duży, a potem zaprzyjaźni się i pokona złego lwa.  - No co ty, Hemija, nic ci nie powiem - podsumował na koniec.
Włączyła znów bajkę, okrywając ich kocem, a kiedy mały wtulił się w nią, zrobiła się senna. Zaskakująco przyjemnie było pozwolić lenistwu wygrać, kiedy pod ciepłym okryciem oglądali tę wspaniałą bajkę. Zaczynała naprawdę wkręcać się w fabułę, a gdy Mufasa rzucił się na ratunek synowi, zadrżała. Scorpius wyprostował się, mrużąc powieki ze skupieniem, a małe piąstki zacisnął
w pięści. Zagryzła wargę, gdy mały lew odnalazł ciało ojca, a potem zerknęła na Scorpiusa. Zaskakująco oczy chłopca stały się zamyślone i oddalone, jakby sam przebywał w innym świecie.
Nie mogła się jednak skupić na niczym szczególnie, bo jej powieki stawały się coraz cięższe. Jak nic, mogła nie jeść tak dużo makaronu, ale z rozkoszą powoli usypiała.

- Hemija? – szepnął Scorpius, a w tle rozbrzmiewała jakaś wesoła piosenka. – Śpisz?

- Tak tylko troszkę, a co? – mruknęła, opierając policzek o oparcie i rzuciła chłopcu łagodny uśmiech. – Też jesteś śpiący?

- Nie – zaprotestował, ziewając przeciągle i zmarszczył brwi. – No, ale tylko trochę, dobra?

- Dobra – zgodziła się, zrzucając z łóżka aktówkę i jego zabawki. Ułożyli się w poprzek, znów okrywając kocem. Oparła brodę o czubek jasnej czupryny, bo Pius wciąż oglądał na leżąco bajkę, a potem przytuliła go mocno. Powoli odpływała w świat własnych fantazji i dobrego wypoczynku. Była coraz bardziej senna, a ciche komentarze Scorpiusa puszczała koło ucha. 

Zbyt zmęczona, zbyt ostatnio zatroskana  i zbyt nieobecna myślami, w końcu prawie usnęła.

- Widziałem ich, Hemija. A potem ona nie żyła…

Hermiona nie wiedziała, czy Scorpius coś powiedział, bo nim jej umysł przetworzył to wyznanie, usnęła. A mały chłopczyk jedynie otarł jedną, samotną łzę i wtulony w nią, zasnął.

***

- Hemjona, tata jest w telewizji.

W ten sposób Scorpius skupił na sobie jej uwagę, gdy po godzinnej drzemce i skończonej bajce układali wspólnie puzzle. Niemalże wypluła wino z powrotem do kieliszka, gdy słowa chłopca okazały się prawdziwe, a na MagicInfo pokazywali zdjęcie Draco. Odstawiła naczynie na stolik, podgłaszając szybko dźwięk, bo reporterka coś mówiła.

- Według pracowników Ministerstwa, zbiegły śmierciożerca, Draco Malfoy, zgłosił się samodzielnie
do Biura Aurorów. Po siedmiu latach nieobecności, pan Malfoy zostanie przetrzymany w areszcie
do wyroku sądu za zbrodnie wojenne. Obecnie pan Malfoy jest przesłuchiwany przez najlepiej wyszkolonych aurorów, a Federalne Biuro Aurorów podejmuje odpowiednie kroki…

- Hemjina, telefon dzwoni – mruknął Scorpius, dopasowujący właśnie pojedynczy kawałek puzzli,
a potem obrzucił ją pełnym wyższości, dziecięcym spojrzeniem. – No, odbierz. Hemija, no!

- Włącz MagicInfo! – wykrzyczała do jej ucha Pansy, kiedy tylko przycisnęła zieloną słuchawkę. – Czemu mi nic nie powie…

- Bo nie wiedziałam! Wyszedł pozałatwiać jakieś sprawy przed południem, ale… nie wiedziałam! Jakbym wiedziała, to bym go nie puściła! – burknęła ze złością, przyglądając się szkolnej fotografii blondyna. Później ukazano tłumy dziennikarzy, kłębiących się pod Malfoy Manor i proszących matkę zbiega o komentarz. – Harry…

- Już tam jedzie – przytaknęła jej przyjaciółka, wzdychając ciężko. – Mogłam się spodziewać,
że postara się wywołać zamieszanie swoim powrotem. Cały Draco i…

Hermiona przestała jej słuchać, kiedy reporterka zaczęła mówić o decyzji chwilowego umieszczenia śmierciożercy w Azkabanie. Miałby przeczekać tam do wyroku, a potem zgodnie z orzeczeniem sądu, odbyć karę. W końcu to zbrodniarz, morderca i poplecznik Czarnego Pana.

- Muszę tam jechać – jęknęła, przeczesując palcami włosy. – Oddzwonię dobra? Potrzebuję kierowcy
i niańki.

- Mogę…

- Poczekaj – poprosiła, rozłączając się, a potem szybko wcisnęła pod szybkim wybieraniem czwórkę. – Powiedz mi proszę, że jesteś niedaleko i mi pomożesz!

- Jestem i pomogę. Będę za dwadzieścia minut – poinformował ją krótko rozmówca, a ona westchnęła z ulgą i opadła na sofę. Po minucie jednak pobiegła na górę odprowadzana zdziwionym spojrzeniem chłopca. Szybko dorwała się do szafy, wybierając bardziej eleganckie ubranie, niż jej luźne dresy i powyciągany sweter. Równo z dzwonkiem skończyła się malować, darując sobie zmienianie fryzury. Pius wychylił głowę z salonu, kiedy otwierała drzwi i z ulgą witała Harpera.

- Muszę lecieć do Ministerstwa – rzuciła, wkładając buty i płaszcz, który już kulturalnie pomógł jej założyć Constantine. – Pobawcie się razem, pooglądajcie bajki albo skończcie układać puzzle. Dobra? Wrócę jak najszybciej i… dziękuję.

- Zawsze do usług – odparł z rozbawieniem Tino, przybijając piątkę na powitanie blondynowi. – Cześć, młody, wujek Tino jestem.

- Jesteś moją nianią? – zapytał niepewnie Pius, wsuwając dłonie do kieszeni spodni. – Hannah była ładniejsza.

- Ale ja jestem fajniejszą nianią – oburzył się Constantine, wyciągając z torby paczkę chrupek,
na widok których dzieciak pisnął z zadowoleniem. – Co powiesz na męski wieczór? Ty, ja, jedzenie
i maraton „Shreka”!

- Dobra! – zgodził się Scorpius, przewracając oczami na pożegnalnego buziaka Hermiony, a potem chwycił dłoń nowego przyjaciela i poprowadził go do salonu. – Ale oglądamy od ostatniej części!

Hermiona odetchnęła, odprowadzając ich wzrokiem, a potem pożegnała psiaki i wybiegła na dwór. Upewniła się, że zaklęcia ochronne działają, nim je opuściła, chowając się na granicy lasu i zaciskając powieki.

Czas rozpocząć przedstawienie.

***

Draco Malfoy doskonale wiedział, że wywoła chaos swoim pojawieniem się w Ministerstwie.
Po szybkich odwiedzinach u matki, która wyraziła zgodę na jego objawienie się społeczeństwu, skierował się do Biura Aurorów.

Bawiły go reakcje mijanych czarodziejów. Niektórzy oglądali się za nim, inni wskazywali palcem,
a paru młodych nie zwróciło początkowo nie niego uwagi. Szepty ciągnęły się za nim, aż do windy,
a potem przez wszystkie piętra, gdy po kolei zatrzymywał się, by zlokalizować odpowiedni Departament. Z pewnością siebie wkroczył w końcu do środka, gdzie pracowało wielu aurorów, nawet nie zwracających na niego uwagi. Kulturalnie skierował się do sekretariatu, gdzie młoda szatynka wpisywała coś do dokumentów.

- Dzień dobry – przywitał ją, zamykając buzię, gdy uniosła do góry palec. Poczekał więc, aż skończy wypełniać jakiś wniosek, a potem ze znużeniem na niego spojrzała. Rozśmieszyła go jej nagła zmiana, kiedy wyprostowała się, odrzucając ciemne włosy na plecy i posłała mu zalotny uśmiech.

- Dzień dobry, jak mogę pomóc? – zaświergotała, odkładając inne teczki na bok i przygotowała pióro. – Chciałby pan złożyć zażalenie? A może zgłosić raport? Jeżeli potrzebne…

- Chciałbym spotkać się z Szefem Robardsem – przerwał jej, opierając się łokciami o blat i nachylił
w jej stronę. – Pilna sprawa.

- Pułkownik Robards jest nieobecny – powiedziała spokojnie, unosząc brwi. – Mogę przekazać wiadomość jeżeli…

- A Potter? – znów wciął się jej w pół słowa, cmokając z dezaprobatą.

- Kapitan ma dziś wolne, proszę pana – mruknęła, przyglądając się mu wnikliwie. – Czy mogę spytać
w jakiej sprawie? Byłoby łatwiej panu pomóc.

- W sprawię mojego powojennego zniknięcia. Nie zdążyłem wpaść na proces i prawdopodobnie złamałem tym samym prawo – rzekł lekkim tonem, przewracając oczami. – Proszę zatem wezwać najwyżej ustawionego teraz aurora. I powiedzieć, że Malfoy Draco, czeka. Dobrze?

Mógł spodziewać się niezbyt miłego przyjęcia. Nie czekał długo, a obecni na sali aurorzy, skierowali na niego różdżki. Parsknął na wspomnienie ich przerażenia, które zrozumiałby chociaż wtedy,
gdyby przyszedł w stroju śmierciożercy. A nie w eleganckim garniturze od Armaniego, który zdążył kupić przed przybyciem tutaj. Przyjrzał się tym imbecylom noszącym odznaki aurorów, opierając się  plecami o ladę za sobą i uniósł z rozbawieniem brwi.

- Och, cudownie. Skujecie mnie, oszołomicie, czy potraktujecie jakąś paskudną klątwą? – zapytał ironicznie, patrząc wyczekująco, gdy żaden z nich nie wysunął się przed szereg. – Spokojnie, nie gryzę.

W końcu chuderlawy chłopak z ulizanymi, mysimi włosami wystąpił z szeregu, ściskając mocno różdżkę w drżącej dłoni. Krok za krokiem ostrożnie zbliżał się do niego, jak do dzikiej i niebezpiecznej bestii, co jeszcze bardziej go rozśmieszyło. Zerknął na sekundę przez ramię na bladą sekretarkę, która wpatrywała się w nich z przerażeniem.

- Czy są tu bardziej doświadczone osoby?

Nie doczekał się jednak odpowiedzi. Mysi auror stanął metr przed nim, oddychając jak po maratonie, a on dosłownie widział pot spływający po jego skroni. Wyprostował się w końcu, mrużąc powieki i nie spuszczając zachęcającego wzroku z chłopaka. Był zapewne ambitnym stażystą albo szaraczkiem, który sam nie wiedział, czemu wyszedł przed szereg.

- W-wyciągnij ręce… przed siebie – niemalże wyszeptał, zacinając się przy każdym słowie z nerwów
i oblizał popękane wargi. Draco posłusznie wyciągnął dłonie, podwijając wcześnie rękawy koszuli. – Nie rób gwałtownych… ru-ruchów. Inaczej… bę-będzie źle.

- Nie zamierzam cię zabijać. To hobby mojego ojca – zażartował, krzywiąc się na nagłą bladość odważniaka, który wyciągnął z kieszeni magiczne kajdanki. Z ciekawością przyglądał się, jak podchodzi bliżej, a gdy dzieliło ich zaledwie dwadzieścia centymetrów, uśmiechnął się drapieżnie i klasnął głośno. – BUM.

Chwilę później leżał nieprzytomny.

***

Obudził się jakiś czas później w dziwnej sali, mniejszej niż schowek w Malfoy Manor. Nie było tu łóżka, ani innego wygodniejszego miejsca, niż kawałek podłogi, na którym leżał. Podciągnął się do siadu prostego, marszcząc niechętnie brwi na widok skutych dłoni. Magiczne kajdanki zaciskały się,
gdy starał się zsunąć imadła z nadgarstków, parząc nieprzyjemnie. Oparł głowę o białą ścianę,
a potem zaczął liczyć sekundy.

Minęła godzina, a potem druga, gdy jego umysł zaczynał powoli się niecierpliwić. Z nudów wypróbował działanie kajdanek, które sprawiały mu ból przy użyciu jakiejkolwiek formy magii,
a nawet wbijały się boleśnie, gdy podchodził do drzwi. Najbezpieczniej było spocząć w rogu po drugiej stronie, gdzie miał widok na równie białe, jak ściany drzwi. Nieruchome.

Zaczynał żałować swojej dość nieprzemyślanej decyzji, gdy klamka w końcu opadła, a do środka wszedł bardziej doświadczony mężczyzna, niż Mysi Auror. Ten oficer miał surowy wyraz twarzy,
a ruchy zdecydowane oraz pewne, kiedy podciągał go do góry. Bez słowa wyszli na korytarz, którego nie poznawał, a potem minęli parę pomieszczeń nim został wepchnięty do innego pokoju.

Ten zdecydowanie bardziej przypadł mu do gustu, bo podłoga nie była taka brudna, a deski wydawały się nawet lśnić czystością. Pokój miał również ciemniejsze ściany, na środku stały dwa krzesła i zwyczajny stolik. Opadł na jedno z siedzeń, pozwalając przykuć sobie kostki do ziemi, a nadgarstki opleść dodatkowym zabezpieczeniem. Czułby dumę ze swojej, jak widać przerażającej reputacji, gdyby nie był już tym zmęczony.

A to przecież dopiero początek.

- Detektyw Jordan – przywitał go po pięciu minutach następny auror, wchodzący do sali z wyraźną niechęcią oraz zniesmaczeniem. Draco wyciągnął do niego rękę, ale kiedy niewidzialne igiełki znów się w nią wbiły opuścił ją. Tyle z jego dobrego wychowania. – Najlepiej będzie, jak zostanie pan, panie Malfoy, nieruchomy.

- No tak. Jeszcze mógłbym pana zabić uściskiem dłoni – zgodził się ironicznie, opierając łokcie
o oparcie metalowego krzesła i zerknął na dwóch, towarzyszących im, aurorów. – Czuję się doprawdy doskonale strzeżony.

- To my staramy się ochronić przed panem – zauważył uprzejmie detektyw, rozkładając przed sobą stertę dokumentów i zaczął przeglądać je z uwagą. – Będzie to standardowa procedura, następnie podamy serum prawdy, bo podobno posiada pan zaawansowane umiejętności mentalne.

- A gdzie moje prawo do adwokata? – uśmiechnął się złośliwie, cmokając z dezaprobatą. – Ktoś już kontaktował się z Potterem?

- To ja tu jestem od zadawania pytań, panie Malfoy – Jordan ułożył dłonie płasko na blacie, wypuszczając ze znużeniem powietrze. – A pan stracił swoje prawa w chwili ucieczki. Najpierw procedura wstępna, potem może się pan ubiegać o obrońcę. Jeżeli… ktokolwiek będzie chciał bronić śmierciożercy.

- Radzę uważać, bo własne spostrzeżenia nie są zbyt profesjonalne – mruknął, opierając się o oparcie
i postukał palcami o udo. – Nie mam nic do ukrycia.

-  To się jeszcze okaże – stwierdził ponuro auror, wyciągając z kieszeni pióro i zaczął oficjalną część przesłuchania. Draco usłużnie podawał swoje dane, datę urodzenia, skład różdżki, ukończone szkoły. Później równie żmudnie przeszli przez część dotyczącą jego edukacji i kontaktów z rodziną,
ale o małżeństwo nie pojawiło się żadne pytanie. Widocznie mieli słabe źródła.

- Na wojnie nie ma czasu na sentymenty – powiedział po kolejnej ciężkiej godzinie, gdy zaczęły padać pytania o wojnę. Wbił zmęczone spojrzenie w niewzruszonego mężczyznę przed sobą, który nawet nie drgnął. – Dużo. Zdecydowanie za dużo.

- Powtórzę pytanie. Ile zabił pan osób podczas Drugiej Wojny Magicznej?

- Nie wiem. Nie wiem, czy wszystkie moje zaklęcia doprowadziły do czyjejś śmierci – warknął, pocierając czoło i zaklął cicho. – Przecież mogli przeżyć. Nie wiem.

- A ile jest pan pewien?

- Trzydzieści dwie osoby – zacisnął zęby, nie spuszczając spokojnego spojrzenia z równie chłodnego oblicza Jordana. – Trzydzieści trzy, jeżeli nie żyje lord Augustine Perrie.

- Daisy Corwin. Zabiłeś ją. Dlaczego? – zapytał lodowatym głosem mężczyzna, a Draco zauważył  nienawiść kryjącą się w ciemnych oczach. – Odpowiadaj!

- Corwin? Nie kojarzę – stwierdził, szukając w pamięci dziewczyny o imieniu Daisy. W końcu przypomniał sobie o trzydziestoletniej agentce, która zamierzała sprzedać ich śmierciożercom. –
Ach, tak. Zdradziła nas i…

Uderzył głową o brzeg oparcia krzesła, gdy Jordan z zaskakującą siłą uderzył go w twarz. Skrzywił się, czując krew w ustach i  przesunął językiem po zębach, by upewnić się, że żadnego nie stracił.
W końcu mroczki opuściły jego oczy, a on dostrzegł dyszącego nad nim aurora. Teraz wściekłość promieniała z mężczyzny, a widoczna nienawiść, powoli przysłaniała racjonalne myślenie.

- Łżesz! Daisy była w Zakonie! – warknął detektyw, opluwając go drobinkami śliny. Kolejny cios sprawił, że z jego nosa zaczęła spływać krew. Prosto na jego nową koszulę. – Jesteś śmieciem, Malfoy! Dlaczego ją zabiłeś?!

- Ta koszula była droga! – westchnął, starając się delikatnie poruszyć głową, by sprawdzić, czy jego nos został złamany, czy jedynie rozkwaszony. – Wiesz, detektywie, jak ciężko jest sprać krew?

- Mów, Malfoy, prawdę! – tym razem przeklął, kiedy pięść mężczyzny niemalże złamała jego szczękę. – Dlaczego ją ZABIŁEŚ?!

- Zdradziła nas – splunął na podłogę, gdy krew znów wymieszała się z jego śliną. Rzucił spokojnym spojrzeniem na wzburzonego oprawcę. – Chciała nas sprzedać śmierciożercom, więc uciekaliśmy. Zaczęła za nami biec. Rzuciłem zaklęcie odpychające… nie moja wina, że uderzyła głową o kamień!

- Nigdy by nas nie zdradziła, plugawy śmierciożerco! Jesteś, jak ojciec, co? – zakpił Jordan, uderzając dłonią o blat. Draco zerknął na stojących aurorów, ale żaden z nich nawet nie drgnął. Wbijali wzrok w swoje buty i ścianę, unikając zerkania w ich stronę. – Zgnijesz w Azkabanie, Malfoy.

- Czemu, kurwa, nikt nie wezwał mnie wcześniej? – nagle do pomieszczenia wparował wkurzony Wybraniec, a Draco dyskretnie odetchnął z ulgą. Potter emanował takim gniewem i siłą, że jego włoski zdębiały. Pilnujący ich aurorzy zasalutowali, a stary auror odsunął się od niego z niechęcią.
Tuż za Potterem szedł Mysi Auror, mówiąc coś z przerażeniem, ale jedno machnięcie dłoni zielonookiego uciszyło go.

- Kapitan Potter…

- Wszyscy śmierciożercy żywi, czy martwi podlegają mi! Nigdy więcej, Jordan, nie próbuj zgrywać twardziela pod moją nieobecność, jasne? – warknął Harry i nawet blondyn musiał przyznać, że jego przyjaciel wydawał się w tym momencie przerażający. Nawet w spranych spodniach i wygniecionej bluzie z plamą po soku porzeczkowym, wywoływał dreszcz niepokoju, a gdy wściekłe zielone tęczówki spoczęły na nim odnalazł w nich duże pokłady mroku i gniewu. Z trudem wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby, bo aż palce go świerzbiły od potęgi magii, która wypełniła pokoik. Zapomniał, jakie to uczucie, gdy wzburzona siła Wybrańca otaczała go z każdej strony. Och, tak, Harry był niezwykle potężny. Fascynujący.

- Ale…

- Jordan, jeszcze jedno słowo, a cię zawieszę – ostrzegł go niebezpiecznie zimnym głosem Harry, machnięciem dłoni składając wszystkie dokumenty leżące na stole. Każda kartka wylądowała
w teczce, nawet notatki detektywa. – Jeżeli ktokolwiek z was piśnie słówko o tym co tu usłyszał, osobiście z nim porozmawiam, rozumiecie?

- Tak – odpowiedzieli chórkiem aurorzy, którzy wciąż stali na baczność. Jordan również skinął powoli głową, odsuwając się na bok, gdy do pokoju przesłuchań weszły kolejne osoby. Draco uśmiechnął się krzywo na widok kolejnych wysoko postawionych aurorów, którzy widocznie zostali wezwani do pracy. Oprócz nich pojawiło się również paru urzędników, nawet sam zastępca Ministra Magii.

- Środki ostrożności wyraźnie wskazują, by tego śmierciożercę…

- Nie pytałem pana o zdanie, panie Abramson – przerwał Harry jakiemuś okularnikowi, który obruszył się na taki brak wychowania. – Ale oczywiście, jeżeli ma pan jakieś mądre uwagi, proszę mówić.
W innym razie, tak jak teraz, proszę o zachowanie milczenia.

- Czemu wrócił do Anglii? – spytał inny urzędnik, a Draco przewrócił oczami. Jego twarz pulsowała bólem, a Potter wciąż przeglądał papiery na jego temat. Naprawdę, jakby nie wiedział, kiedy Draco ma urodziny! Do diabła, Harry pamiętał nawet, na co jest uczulony! Pięciu przedstawicieli Ministerstwa stało pod ścianą blisko drzwi, jakby obawiali się, że będą musieli stąd uciekać. Widząc grymas złości na twarzy Wybrańca domyślał się, że może to nastąpić szybciej, niż myśleli.

- Panie Carver, zasada milczenia obowiązuje również pana – rzucił zirytowany młody auror, a cała piątka skrzywiła się, ale posłusznie uciszyła. Trzech aurorów podeszło do Jordana, z którym rozpoczęli cichą dyskusję. Harry ignorował jednak wszystkich, przeglądając te papiery, a potem jakby z westchnieniem ulgi odrzucił je na stół i rzucił mu przeciągłe spojrzenie. – Malfoy, dzięki za popsucie mi weekendu.

- Przenosimy go do Azkabanu? – zapytał starszy mężczyzna, stając przy Harrym i rzucił młodemu zaskakująco uważne spojrzenie. Draco rozśmieszył fakt, że Harry spośród tych aurorów, był najmłodszy, a oni obchodzili się z nim, jak z samym Szefem. 

- Albo od razu dajmy dementorom! – zasugerował inny z przybyłych aurorów, mrużąc powieki. – Niech skończy, jak ojciec.

- Ale Lucjusz Malfoy żyje – zauważył Mysi, wciąż kryjący się po kątach. Draco uniósł brwi, jednak nim zdążył dodać coś od siebie, drzwi znów otworzyły się z rozmachem, niemalże nokautując nieśmiałego aurora, który go aresztował. Widać, pomieszczenie stało się niezwykle popularne. Nie będąc zbytnio skromnym, uznawał siebie za powód tego rozchwytywania.

Hermiona. Blondyn wstrzymał na chwilę oddech, obserwując z zaintrygowaniem Granger. Widział ją w różnych wydaniach. Wściekłą. Smutną. Płaczącą. Rozbitą. Zirytowaną. Obrażoną. Wesołą. Radosną. Zezłoszczoną. Za każdym razem upewniał się dodatkowo, że w każdym z przypadków wciąż była nieidealnie perfekcyjna. Jednak pierwszy raz, te brązowe oczy spojrzały na niego z żalem i gorzkim rozczarowaniem. Wciągnął z sykiem powietrze, nie zauważając nawet, że na sali zapadła zaskakująca cisza. Wszyscy obecni wbili zdumione spojrzenia w czarownicę, która rzuciła mu tylko przelotne spojrzenie, a potem przyjrzała się aurorom. Również przyjrzał się zdumionym twarzom, wyczytując z nich trochę szacunku i zdumienia. No tak. Grzmotnieta Granger była teraz częściej na językach, niż kiedyś jej genialna wersja.

- Rosomak – Harry przerwał ciszę, unosząc głowę i ze stanowczą miną wskazał drzwi. – Wiecie, co macie robić.

- Rosomak? – zapytał zaintrygowany Draco, gdy w pomieszczeniu został zastępca Szefa Aurorów, detektyw, jakiś stary auror oraz przedstawiciel Ministra. Plus oczywiście Hermiona, która właśnie mroziła go morderczym wzrokiem.

- Dlaczego on krwawi? – zapytała, krzywiąc się na krew, spływającą z rozbitej wargi blondyna.

- Bo jest idiotą – odpowiedział gładko zielonooki, ignorując jego kolejne pytanie o rosomaka.

- To na pewno – zgodziła się z lodowatą nutką w głosie. – Po prostu nie wiedziałam, że bycie idiotą powoduje obfite krwawienie.

- No widzisz, jest ewenementem medycznym – burknął Harry, machnięciem różdżki pozbawiając blondyna łańcuchów. Draco odetchnął, rozmasowując obolałe nadgarstki, a potem wytarł rękawem koszuli nos i usta. Fakt, krwawił bardziej, niż przypuszczał.

- Malfoy nie jest śmierciożercą – odezwała się nagle Hermiona, wsuwając dłonie do kieszeni bluzy. Jego bluzy, co zauważył po chwili, ale nie skomentował tego. – Przesłuchanie i rozprawa, to jedynie formalność.

- Skąd takie wnioski, Granger? – prychnął Jordan, nie zauważając nawet, że człowiek Ministra podpisuje coś na papierach, a po krótkim pożegnaniu z Harrym opuszcza pomieszczenie.

- Stąd, że Malfoy był z nami – wysyczała, piorunując tym razem wściekłym spojrzeniem zdenerwowanego detektywa, który uniósł brwi. Jego mimika wskazywała na brak wiary
w poczytalność dziewczyny, co zirytowało tym razem Draco. Czy ona wyglądała na nienormalną?

- Granger, jeśli można… jesteś chyba zawieszona, czyż nie? – Draco przeniósł wzrok na Gryfonkę, która z dziwną obojętnością wpatrywała się w swojego współpracownika. Dostrzegł w mrocznym spojrzeniu mieszaninę bólu i złości, a malinowe usta zacisnęły się w cienką linię.

- Uważaj na słowa, detektywie – w obronie dziewczyny stanął starszy auror, pocieszająco poklepując zmizerniałą panią auror po ramieniu, a potem podszedł do Wybrańca. – Wydaje mi się, chłopcze,
że mimo solidnych argumentów, nie powinniśmy wypuszczać pana Malfoy’a. Może niech tę noc spędzi u nas w celi, a jutro ustalimy, co dalej.

- Niech tak będzie – westchnął zielonooki auror, spoglądając ze zmęczeniem na przyjaciela. – Hermiono, możesz go odprowadzić? Ja w tym czasie porozmawiam o tej sytuacji z dzisiejszymi uczestnikami jakże niesamowitych wrażeń.

Dziewczyna w odpowiedzi skinęła krótko głową, czekając, aż ociężały Draco stanie obok niej
w drzwiach, a potem zirytowana wyciągnęła go na korytarz. Blondyn obserwował uważnie idącą przy nim Granger, która starała się ze wszystkich sił nie nawiązać z nim kontaktu. Ani fizycznego,
ani wzrokowego. Pozwolił jej na to, dobrze wiedząc, że wciąż była wściekła. Ignorował również ciekawskie spojrzenia innych, które teraz skupiały się na idącej przed nim aurorce. Widać nawet przybycie śmierciożercy nie pobijało jej popularności. Ironia losu.
Śmierciożerca i wariatka.

- Jesteś zła? – zapytał głupio, gdy wepchnęła go do dobrze strzeżonego pomieszczenia. Przyjrzał się marnemu wyposażeniu, które składało się z dość starego łóżka, zużytego koca oraz umywalki. Zatęsknił za hotelami Daniela. Gdyby jego przyjaciel to zobaczył.

- Nie, kipię szczęściem – warknęła, sadzając go stanowczo na posłaniu i machnięciem różdżki przywołała apteczkę. Przyglądał się jej spokojnym ruchom, które przeczyły wściekłości, która rosła
w niej  z każdą chwilą. A potem oczy Hermiony spoczęły na jego zakrwawionej twarzy i cała złość zniknęła.

- Nie patrz tak na mnie. Może nie do końca, to przemyślałem i dałem się ponieść chwili – zażartował słabo, sycząc, gdy przycisnęła do jego twarzy gazę zmoczoną spirytusem. – Kiedyś byłaś delikatniejsza.

- A ty nie byłeś takim idiotą – odpowiedziała jadowicie, ale następną ranę oczyściła trochę delikatniej. –Co to za mina? Uraziłam cię, nazywając głupim? Wybacz. Byłam pewna, że jesteś świadom swojej zanikającej inteligencji.

- Czyżbyś insynuowała, że kiedyś uważałaś mnie za inteligentnego? – przewrócił oczami, gdy ranka zapiekła, kiedy mocniej przycisnęła do niej gazę.

- Przewracaj tymi oczami dalej. Może w końcu znajdziesz ten swój móżdżek i go użyjesz – prychnęła, odgarniając jego włosy do tyłu i ostrożnie oczyszczając jego twarz z krwi. Draco oddychał głęboko, wciągając jej słodki zapach, który zaskakująco szybko go uspokoił. Pozwolił dziewczynie zbadać swój nos oraz posmarować ranki na popękanych ustach jakimś balsamem. Widział, jak brązowe tęczówki w końcu przestają błyszczeć niepokojąco, a tli się w nich troska i zamyślenie.

- Przepraszam – westchnął cicho, patrząc, jak wyrzuca zużyte opatrunki, a potem płucze dłonie w jego umywalce. – Chciałem po prostu… wrócić do normalności.

- A najlepszym sposobem jest dać się pobić na przesłuchaniu, co? – mruknęła, stając znów przed nim
i zmuszając go tym samym do uniesienia głowy. – Przestraszyłeś mnie. Myślałam, że stało się coś
o wiele gorszego, gdy w wiadomościach poinformowali o przechwyceniu groźnego śmierciożercy.

- Przepraszam – powtórzył łagodnie, wyciągając powoli rękę, by spleść ich palce. – Wydawało mi się, że najlepiej będzie, jak się sam stawię i…

- Nie, Malfoy. Ludzie do tej pory uważają cię za diabła wcielonego – rzuciła sucho, wolną ręką przejeżdżając czule po jego policzku. – Jesteśmy jedną drużyną, pamiętasz? Jak chcesz przejść przez to szybko i bez dalszego obrywania po główce, to nie będziesz nas odsuwał. Obiecaliśmy ci kiedyś,
że za twoją pomoc… uratujemy twój tyłek.

- Myślę, że wiele lat temu uregulowaliśmy wszelkie rachunki. Tyle razy mnie ratowaliście, a…

- A ty ratowałeś nas – przerwała mu łagodnie, robiąc jeden krok do tyłu. – Po prostu… chociaż raz bądź grzeczny, dobra?

- Zajmiesz się młodym? Powiedz mu, że mam męski wieczór albo coś – mruknął, podnosząc się, kiedy dziewczyna wycofała się do drzwi. – I ja…

- Wiem – uśmiechnęła się lekko, ale uśmiech nie objął jej zamyślonych oczu. W końcu zniknęła za drzwiami, zamykając je z trzaskiem i blokując odpowiednimi zaklęciami. Draco westchnął cicho, opadając na posłanie i wbił wzrok we własne, blade dłonie. Cóż, może oczekiwał innych konsekwencji przybycia tutaj, ale nie żałował. Trzeba było doprowadzić wojnę do końca. Zamknąć ten bolesny okres na sali sądowej i zacząć żyć tak, jakby chciał.

Teraz czekała go natomiast, ciężka noc w areszcie.

***

- Nie musisz się smutać, Hemija. Tata i Dan czasem mają takie… spotkania.

Hermiona uśmiechnęła się szeroko, nie przestając rozczesywać mokrych włosów i  obdarowała leżącego na jej łóżku chłopca, łagodnym spojrzeniem. Chętnie przystała na prośbę malca o jego dzisiejszym nocowaniu u niej w pokoju, a teraz cieszyła się z podjętej decyzji. Chłopiec bawił się samochodzikiem, przebrany już w piżamkę i popijał z kubka mleko z miodem.

- Kim jest Dan? – zapytała z ciekawością, starając się rozczesać złośliwy, splątany pukiel włosów.

- Daniel to psyjaciel taty – wyjaśnił swobodnie. Budował z poduszek skomplikowany tor i wydawał dźwięki prawdziwej wyścigówki. Cerber obserwował go z fascynacją, jakby czekając na odpowiedni moment, by ukraść dziecku zabawkę. – Jest super. I ma kota.

- Też miałam kiedyś kota – westchnęła, na wspomnienie rudej kulki, a potem uśmiechnęła się znów radośnie do chłopca. – Dobrze się bawiłeś z wujkiem Tino?

- O tak! Jest superaśniejszy, niż Hannah – przytaknął ochoczo, uśmiechając się na wspomnienie zabaw z nowym najlepsiejszym wujkiem! Gdyby miał jeszcze kota… – Hannah była… dziwna, bo wiesz… była dziewczyną. Znaczy no… ty też, Hemija, jesteś dziewczyną – chłopiec rzucił jej oceniające spojrzenie niewinnych oczu – ale jesteś… superaśniejsza.

- Dzięki, Pius – parsknęła śmiechem, przechodząc na łóżko i poprawiła poduszki. Ułożyła się naprzeciw chłopca, który położył policzek na miękkim materiale i zaczął się w nią wpatrywać z uwagą. – Wszystko w porządku?

- Czy ja jestem dobry? – zapytał w końcu, powalając ją błękitem swoich dużych, niewinnych tęczówek.

- Oczywiście, że tak – odpowiedziała delikatnie, zakładając jeden z jaśniejszych pukli za jego ucho. – Jesteś dobry. Bardzo dobry! Czemu o to pytasz? Chodzi o twoją kłótnię z tatą?

- Nie. On jest uparty czasem – westchnął ze znużeniem godnym starca, przewracając oczami na wspomnienie rodzica i skrzywił się. – Ona czasem mówiła… że nie jestem. Że… jestem złem.

- Astoria była chora, Pius. Nie była świadoma swoich słów – wykrztusiła w końcu, gładząc blady policzek, a potem pstryknęła go w mały nosek. – Dla mnie jesteś najlepszy. Jesteś miły, bardzo mądry i zabawny. Masz dużo pomysłów i najpiękniejsze oczy, jakie widziałam!

- Ładniejsze niż taty?

- O wiele ładniejsze! – przytaknęła, a potem powstrzymała się od chichotu, gdy upewnił się, że ładniejsze również od Jamesa, wujka i Regulusa. Przez chwilę pozwalała mu jeszcze mamrotać różne dziecięce anegdotki, aż w końcu znużony paplaniem, przytulił ją mocno.

Hermiona zacisnęła powieki, czując rozchodzące się po jej ciele nieznajome ciepło. Nie pierwszy raz miała przy sobie małe, bezbronne dziecko, które tuliła do snu. Przerabiała już to i z Jamesem, i bliźniakami, jak i młodymi Weasley’ami. Ale pierwszy raz jej serce zadrżało, gdy drobne palce, zacisnęły się na koszulce Gryfonki. Musnęła ustami jasną czuprynę, nucąc cicho starą kołysankę, którą wiele lat temu słyszała od własnej babci.

- Dla mnie, Cory, jesteś definicją szczęścia – szepnęła cicho, a potem kolejny raz wtuleni w siebie, usnęli.

***
- A napiwek? Nie zasłużyłam?

Odstawił pustą szklaneczkę po obrzydliwym trunku na stolik, a potem obejrzał się na leżącą w łóżku kobietę. Wyglądała niezwykle ponętnie na czerwonym materiale pościeli z rozczochranymi brązowymi lokami i zarumienionymi policzkami. Przesunął wzrokiem po długich nogach, płaskim brzuchu oraz jędrnych piersiach, a potem wbił zafascynowane spojrzenie w brązowe oczy. Była tak piękna, że aż czuł powracające podniecenie. Nie tak dawno wiła się pod nim, jęcząc głośno oraz wbijając paznokcie w jego plecy, gdy raz za razem ją pieprzył. Uwielbiał słuchać jej westchnień i sapnięć, kiedy zaciskał dłonie na jej szyi, przyduszając ją.

Ale wciąż nie była perfekcyjna. Była brudna. Była dziwką.

Bez słowa naciągnął na siebie spodnie i bluzę, a potem założył buty i wyszedł z pomieszczenia.
Rzucił dziewczynie dodatkowy banknot, w końcu spełniła jego oczekiwania. Prosiła by ją posiadł, jej słodkie usteczka zapewniały go, że ona – Hermiona – pragnie go i chcę go poczuć.

Szkoda tylko, że za to płacił dodatkowo.

Opuścił burdel nie oglądając się za siebie i zignorował zaczepki koleżanek, jego podrabianej Hermiony. Żadna z nich nie przypominała bardziej dziewczyny niż tamta, którą pozostawił w pokoju. Był sobą obrzydzony, że kolejny raz tutaj wrócił. Do tej szkaradnej podróbki. Ale… miał powód.

Widział ją. Dzisiaj. Od tak dawna nie widział swojej muzy, a ona dzisiaj przeszła obok niego niczym burza. Widział jej loki, jej zaciśnięte usta i błyszczące oczy. Nawet na chwilę na niego nie spojrzała, zbyt zajęta własnymi sprawami, a on miał ją na wyciągnięcie ręki. Tak bardzo podnieciła go ta bliskość, to zakazane napięcie w lędźwiach, to gorąco bijące od niej, że tu wrócił.

Chciał, by wiedziała o jego uczuciu. Kochał ją! Pożądał jej!

Szedł dalej ulicą zastanawiając się, co u diabła, dziewczyna robiła w ministerstwie. Słyszał oczywiście pogłoski, że poleciała do Biura Aurorów, gdzie pojmali Malfoy’a. Ale co jego anioł robił, przy tym diabelskim nasieniu? Czy to prawda, że go chroniła? A może ona pragnęła, tego plugawego śmierciożercy? Wolała go od niego?

Nie. Nie. Nie. Nie. Hermiona Granger, była jego. Jego. Jego. Jego.

Merlinie, jak on pragnął tej kobiety! Chciał ją. Całą. Jej ciało. Jej duszę. Jej oczy wbite w niego.
Chciał jej.

Zatrzymał się w ciemnym zaułku, biorąc głęboki wdech i wydech, zastanawiając się, jak odwrócić jej uwagę od tego przeklętego Malfoy’a! Doskonale wiedział, że nawet nie przybyła na miejsce jego ostatniego podarunku dla niej! Unikała go! Och, przeklęta Granger!

Wbił wzrok w plakat wiszący na śnianie, a jego usta po raz pierwszy wygięły się w zadowolonym uśmiechu.

Może to był dobry pomysł. Może tym zwróci na siebie jej uwagę. Może jego słodki anioł, znów będzie starał się go pochwycić!

Wpatrywał się intensywnie w plakat, planując kolejny podarunek. Może tym razem znajdzie inspirację w Biblii? Albo wróci do dzieł Homera? A może jednak Szekspir?

Tak.

Romilda Vane, gwiazda Narodowego Brytyjskiego Magicznego Teatru, zdecydowanie zasługiwała
na Szekspira.













Szablon