1 maja 2017

02. To the stars through dif­fi­cul­ties.







„Czy jest coś gorszego niżeli śmierć? Życie, jeśli pragniesz umrzeć.” 

Hermiona wpatrywała się w słowa Seneki, powtarzając je cicho. Czarny atrament rozmazał się, gdyż od dłuższego czasu, nie odwracała wzroku od tych wyrazów. Oblizała spierzchnięte wargi, przesuwając palcem po sentencji rzymskiego filozofa.                                                                

Jak dużo prawdy o niej samej ukryło się w tej jednej myśli?

Potrafiła od razu odpowiedzieć na to pytanie w inny sposób. Czy jest coś gorszego niż śmierć? 

Owszem. Spoglądanie w puste oczy rodziców, których twarze zamarły na zawsze w wyrazie bólu oraz krzyku. Za każdym razem, gdy nie uważała, pojawiał się obraz ciała matki, zwiniętej na podłodze. Krew lśniła wokół niej, niczym groteskowe płatki róży. Włosy opadały na posiniaczone ramiona,  które wygięte były pod dziwnym kątem. Jednak kierowała głowę w kierunku swojego męża. Ojciec... wyglądał jeszcze straszniej. Krew sączyła się z wielu ran, palce skurczyły, a nadpalone opuszki u nogi wydawały okropny zapach. Włosy pozlepiane były od czerwonej mazi. Widziała ich dosłownie przez trzydzieści sekund. Pół minuty. Tyle wystarczyło, by zapamiętać szczegóły. Później pochłonął ich ogień, a Harry wyciągnął ją z zawalającego się domu. Trzydzieści sekund.

Wszystko wydarzyło się sześć lat temu. Voldemort nie żył już od roku. Chaos jednak nie opuszczał Anglii, przeciwnie, jeszcze bardziej się wzmocnił. Aurorzy polowali na zbiegłych śmierciożerców, a Harry towarzyszył im w espadach. Ron nie opuszczał Nory, spędzając czas ze swoją rodziną, w okrutnych chwilach żałoby po stracie Freda. Ona sama powróciła do Hogwartu, pragnąc dokończyć naukę.   Nie był to może normalny rok szkolny, często była wzywana do Ministerstwa, ale wierzyła, że Hogwart ją uleczy. Status przyjaciółki Harry’ego Pottera okazał się bardziej zawikłany niż się spodziewała. Kingsley zaprosił ją do Rady, która składała się z zaufanych członków Zakonu oraz Rządu. Ich zadaniem było przeprowadzenie Novi, znanej bardziej jako Czystka. Wszyscy pracownicy przeszli szczegółowe prześwietlenie, zeznawali przed Wizengamotem, a później dostawali przydział. Novi miała wyłapać szpiegów pokonanego Czarnoksiężnika i pozwolić Ministerstwu powrócić na drogę sprawiedliwości oraz dobra. Kingsley dość szybko zdobył szacunek społeczeństwa, a czarodzieje coraz chętniej współpracowali. Hermiona proszona była również, o stawianie  się na najważniejszych procesach, jednak nie musiała zeznawać. Była nietykalna, co zauważyła po jakimś czasie. W Hogwarcie uczniowie patrzyli na nią z ciekawością, szacunkiem oraz niepokojem. Nauczyciele starali się traktować ją jak wcześniej, jednak nie upominali jej, gdy się zamyśliła, bądź nie uważała na zajęciach. Przechodząc przez Pokątną, ludzie pozdrawiali ją, zdarzało się, że wyciągali ręce chcąc dotknąć skrawka jej ubrania. Dzieci szły za nią, a stare kobiety szeptały podziękowania.

Nie rozumiała ich. Kim dla nich była?




– Hermiono, jesteś symbolem wolności. – wyjaśnił Bill Weasley, gdy prowadził ją w stronę gmachu Ministerstwa. Zakon Feniksa na życzenie, niemalże rozkaz, Harry’ego, miał zapewnić jej obstawę. Potter obawiał się ataku ukrytych śmierciożerców, którzy wciąż wymykali się władzy.

- To Harry jest Bohaterem. – zauważyła, przystając, kiedy starszy mężczyzna stanął im na drodze. William trzymał cały czas różdżkę w dłoni, a idąca za nimi dwójka aurorów, przysunęła się bliżej. Nie tylko jej przyjaciel czekał na zemstę popleczników Riddle’a. Kingsley oraz przewodniczący Wizengamotu, również starali się chronić Trio. Staruszek jednak, nie rzucił się na nią, nie wyciągnął różdżki. Uchylił kapelusza, kłaniając się jej i zerkając na nią zmęczonymi oczami.

 - Dziękuję. – wyszeptał, sprawiając, że znów poczuła się nie na miejscu. Ludzie pragnęli spotkać Wybrańca, a że ten był pod ścisłą ochroną, oddawali niemalże cześć im. To nie ona pokonała człowieka, którego się tak lękali. To nie ona. Bill pociągnął ją dalej, ignorując biegnące dzieci, które wykrzykiwały imię Wybrańca, jakby licząc, że zaraz do niej dołączy.

- Nie rozumiem. – powtórzyła, przyglądając się grupom czarodziejów, którzy odbudowywali ulicę Pokątną. Pracowali w zgodzie, ciężko, a jednak zacięcie. Chcieli przywrócić dawny urok pięknej uliczki.

- Harry jest Bohaterem, fakt. – najstarszy syn Weasley’ów wzruszył ramionami, rozglądając się wokół.  – Jednak to ty, stoisz po jego prawicy. To ty, ratowałaś mu życie. To ty, mu pomagałaś. Ludzie szepczą, że jesteś jego aniołem stróżem. Nie wiedzą, jak wiele wycierpiałaś, ale się domyślają. Widzą odwagę w twoich oczach. Odwagę oraz... przeszłość.

- Każdy, kto walczył zasłużył na wyróżnienie. – mruknęła, wchodząc do budki i wykręcając numer. Przedstawiła się oraz podała cel wizyty – wezwanie przed sąd. Odebrała przepustkę, przyglądając się, jak Bill powtarza te same czynności. Zjechali do głównego holu, który zapełniony był czarodziejami. 
W centrum ogromnego pomieszczenia pracowali znakomici artyści, a wspomnienie okropnego posągu „Magia to potęga” powoli zanikało. Wraz z przyjaciółmi namawiała Radę, by powróciła Fontanna Magicznego Braterstwa, ale ludzie pragnęli posągu Bohatera. Harry wykłócał się o to przez wiele dni, nim w końcu wygrał z własnym pomysłem - rzeźbą ukazującą grupę czarodziei oraz innych magicznych stworzeń, stojących ramię przy ramieniu. Chcieli, by pamięć o ich walce, o śmierci młodych, jak i starszych, czarodziejów, jak i chociażby elfów, nie odeszła w zapomnienie. Szczególnie rzeźba skrzata domowego, była zrobiona na wzór znanego im Zgredka.

- Jednak to przywódcy przechodzą do historii. – Weasley skierował się do windy, rzucając nieprzyjemne spojrzenie paru osobom, które niemalże stłoczyły się za nimi. – W końcu zrozumiesz, Hermiono. Ty, Harry, Ron i Kingsley jesteście teraz znani, prawie tak jak Dumbledore. Jesteście teraz ikonami, symbolami nowej przyszłości, którą wywalczyliście.



Nie rozumiała. Sześć lat temu, tłumy krzyczące jej imię, dzieci łapiące za ręce oraz kobiety żarliwie jej dziękujące, ją dziwiły. Nazwisko pojawiało się w każdej gazecie, zdjęcia ukazywały twarz uczennicy, którą kiedyś była. Powstawały artykuły, wychwalające jej odwagę, lojalność oraz poświęcenie, wobec przyjaciela. Pojawiały się sondy oraz spekulacje, z kim powinna się związać. Co będzie robić w przyszłości. Widzieli w niej zastępcę Kingsleya. Była osiemnastoletnią dziewczyną, ale oni tego nie dostrzegali. Nie zauważali, że nie ukończyła jeszcze szkoły. Liczyło się, że była Hermioną Granger. Mimo licznych przepustek do Londynu, Hogwart jej pomógł. Rozumiała niechęć Rona do powrotu. Zginął tu jego brat, widziałby wszędzie jego cień, słyszał odległy śmiech oraz ostatni żywy obraz brata. Harry’ego też pojmowała. Zginął tu jego opiekun, zginęło tu tysiące osób walczących za swojego Wybrańca i wolność. Jednak zielonooki powracał, raz za razem, po każdej misji zjawiał się na błoniach. Chciał ją zobaczyć, chciał zobaczyć Hogwart. Ale do środka nie wchodził. To też rozumiała. Sama miała problem, gdy wysiadła z pociągu. Pierwszy raz jechała sama. Jack Poddis – auror, wyznaczony do jej ochrony – stał przed drzwiami, biorąc powierzone mu zadanie, za swój najistotniejszy cel. Miała być bezpieczna. Inni uczniowie przechodzili przed jej przedziałem, czasem zaglądali do środka, ale nie wchodzili. Ona sama, również nie miała ochoty wychodzić i szukać towarzystwa. Przesiedziała całą podróż sama, z otwartą książką na kolanach oraz paczką żelków. Wpatrywała się w obraz za oknem, podziwiając widoki i zastanawiając się, co teraz robią inni.
Co robiliby martwi, gdyby ich uratowali…



- Pora wysiąść, panienko. – auror zastukał w drzwi, gdy po paru minutach ani drgnęła, pozwalając pociągowi opustoszeć. Podniosła się niemrawo, przyglądając się, jak ściągnął jej kufer oraz przerzucił go sobie przez ramię. – Nie musisz tego robić.

- Owszem, muszę. – westchnęła, poprawiając założoną niedawno szatę i sięgając po torbę. Wysiedli z Hogwart Express, przyglądając się, jak uczniowie zaczęli się grupować. Wysoki gajowy trzymał wysoko latarnię, a jego głos przywodził wspomnienia, kiedy zwoływał pierwszorocznych. Hagrid złapał jej spojrzenie, unosząc dłoń oraz salutując lekko, co zwróciło mnóstwo spojrzeń w ich kierunku. 

- Nikt cię do tego nie zmusza. – kontynuował Jack, mierząc uważnym spojrzeniem otoczenie. – Wręcz namawiali podobno, panienkę, by zmieniła panienka plany. Wspomnienia bywają bolesne.

- Tak, bolesne. – przytaknęła, kierując się w kierunku stojących powozów. Zatrzymała się przy przerażającym stworzeniu, którego starał się opisać Harry. Testral. Wyciągnęła dłoń, pozwalając palcom pogładzić zapadnięty pysk stworzenia o bezdennych oczach. – Jednak czasem zostają tylko one.

- Mogę spytać czemu, panienka, zdecydowała się wrócić? – Jack wrzucił jej kufer do pojazdu, opierając się o drzwiczki i przyglądając jak rozgląda się wokół. – Nikt się chyba tego nie spodziewał…

- Hogwart zawsze będzie naszym domem. – wyszeptała, wchodząc do powozu i siadając na twardej ławie. Zerknęła za siebie, na tlące się daleko światła zamku, który oczekiwał na swoich uczniów. – Chcę znów przejść korytarzami, Jack. Poczuć tę magię... magię domu.

Hogwart po odbudowie i remoncie, wciąż wyglądał jak ich szkoła. Widoczna jednak była niewielka różnica. Pierwszoroczniacy pochłaniali widoki głodnymi spojrzeniami. Kolejny chaos zapanował, kiedy wysiadali z powozów bądź łódek i szli w kierunku bramy. Oczekiwał ich tam profesor Flictwick, pilnując porządku oraz witając się z paroma osobami. Hermiona zignorowała nauczyciela, wiedząc że jego uważny wzrok, spoczął na niej ze współczuciem. Nie chciała litości.

Hogwart był. Był i jest. Drzwi otworzyły się, a tam przywitała ich profesor Sinistra – nauczycielka Astronomii – czekająca na pierwszorocznych. Starsi uczniowie skierowali się do Wielkiej Sali, rozglądając wokół i wchłaniając aurę zamku. Hermiona stanęła przed schodami, prowadzącymi do ogromnych drzwi, drżąc na wspomnienie leżących na stopniach ciał. Nagle pomysł powrotu zdawał jej się być bezmyślny. Jak mogła oczekiwać od siebie twardości oraz nonszalancji, kiedy stanie przed zamkiem? Przecież też tu była, kiedy krew plamiła błonia, krzyki odbijały się echem od korytarzy, a bezwładne ciała opadały na ziemię. Pamiętała zapach dymu, smak krwi i lodowatą dłoń chłopca, któremu zamknęła powieki. Zrobiła krok do tyłu, przeklinając w myślach własną, głupią brawurę i fakt, że poprosiła Jacka by poszedł z kadrą, a nie z nią. Teraz chciała zawrócić. I już nie wracać.

- Nie wiedziałem, że wracasz.

Drgnęła, unosząc wzrok znad czubków własnych butów i przenosząc go na ciemne trampki, które przystanęły przy niej. Przyjrzała się obojętnie chłopakowi, który przystanął obok. Czarną szatę założoną miał niedbale, co było zupełnym przeciwieństwem jej, na której nie było najmniejszego zagniecenia. Niespodziewany intruz był o głowę wyższy, ale szczupły oraz smukły. Blade dłonie wsunął nonszalancko w kieszenie, a butami kopał grunt. Czarne, jak krucze skrzydła włosy, opadały na bladą twarz. Miał ostro zarysowaną szczękę, z lekko wystającymi kośćmi policzkowymi. Pełne wargi zaciśnięte były w wąską linię, a prosty nos wydawał się wyrzeźbiony. Głęboko osadzone oczy, wpatrywały się w zamkowe wieże, a długie rzęsy rzucały cienie na policzki.

- Ja chyba też nie. – mruknęła, szukając w pamięci imienia ucznia, który należał do Slytherinu, o czym świadczył wyszyty na szacie wąż. – Do tego momentu, nie wiedziałam co robię.

- Intuicja jest dobrym zmysłem. – odezwał się po dłuższej chwili, odrywając wzrok od jaśniejących gwiazd i kierując czarne tęczówki na nią. Mierzyli się spojrzeniami, a Hermiona poczuła jak jej serce  zaczęło zwalniać. Zerknęła na szkołę, zastanawiając się mimochodem, co ją jeszcze zaskoczy.

- To dziwne. – szepnęła, machając ręką wokół, jakby odganiając na nowo nachodzące ją wspomnienia. – Wrócić tu. Po tak krótkim czasie, ale po tylu... wydarzeniach. Hogwart niby jest ten sam, ale też…

- Inny. – przytaknął, marszcząc brwi. – Krew wsiąknęła w mury. Po co wróciłaś?

- Wszyscy o to pytają, a ja sama nie umiem odpowiedzieć. – westchnęła ciężko, słysząc pierwsze głosy nadchodzących pierwszoroczniaków. – Żeby zdać egzaminy.

- Odpowiedź Granger Wiem-To-Wszystko. – prychnął, przysuwając się do niej i z ciekawością badając jej twarz. – A co ma do powiedzenia Hermiona? Hermiona Granger?

Theodore Nott. Odnalazła w końcu w pamięci szczupłego kolegę Malfoya, który zwykle intrygował ją swoją inteligencją oraz tajemniczością. Rzadko się odzywał, zwykle zajmując miejsca na końcu, jednak jego stopnie były ponad Zadowalające. Trzymał się cieni, a nawet pieprzony Draco Malfoy do niczego go nie zmuszał. Theodore był... samotnikiem. Dzikim chłopcem, o czarnych oczach oraz nieprzeniknionej aurze.

- Właśnie po nią wróciłam. – wzruszyła ramionami, poprawiając odruchowo włosy. – Wróciłam po siebie.

Wróciła do Hogwartu z Theodorem Nottem u boku. Rozdzielili się dopiero przy wejściu do Wielkiej Sali, gdzie on dołączył do ślizgonów, a ona do własnego domu. Usiadła na stałym miejscu, witając się z siedzącym obok Nevillem oraz przyglądając się  ukradkiem innym znajomym. Dean Thomas uśmiechnął się do niej, a zajmujący obok niego miejsce Seamus jedynie skinął głową. Ginny nie odrywała spojrzenia od sztućców, a jej ręce drżały delikatnie. Dziewczyna bardzo się zmieniła przez ostatni rok, a jej zwykła pewność siebie zniknęła. Szata wisiała luźno na szczupłych ramionach, a poobgryzane paznokcie świadczyły o nerwowości. Oczy były smutne, usta zapomniały jak się wyginać w uśmiechu, a włosy zebrane w prostego warkocza zdawały się być zaniedbane. Młoda Weasley straciła brata, co odbiło się na jej wcześniejszym beztroskim podejściu do życia. Również ta przedwojenna niewinność zniknęła, zastąpiona zgorzkniałym naburmuszeniem. Ginny odtrąciła znajomych, odtrąciła również ją, pragnąc stoczyć samotną walkę z szarą rzeczywistością żałoby. Większość uczniów, która powróciła, zmieniła się. Gryfoni wciąż opłakiwali zmarłych, a ich sławna brawura zniknęła, przysłonięta żalem oraz bólem. Krukoni, którzy walczyli zaciekle, również ponieśli straty. Jeszcze bardziej ukrywali się za książkami, odpychając wspomnienia. Puchoni starali się podnosić innych na duchu, a nieliczni płakali za bliskimi. Największa zmiana zaszła jednak w ostatnim domu.

Slytherin.

Jak niecodziennym widokiem była niepewność, malująca się na ich twarzach, smutek oraz gorzki wstyd. Ślizgoni poruszali się w grupkach, nie pozwalając nikomu na samotne wędrówki, w obawieo napad. Co się już zdarzyło, a Hermiona z szokiem słuchała opowieści Deana o Krukonach, którzy doprowadzili czwarto roczniaka do wstrząsu mózgu. „Jego wujek zabił mi matkę”, powiedział na swoją obronę lider grupki, bez cienia smutku, na wieść o krytycznym stanie chłopca. Nie docierało do niego, że mały Ślizgon nie miał z tym nic wspólnego. Był dzieckiem! Niewinnym chłopcem! 

Wtedy Hermiona to zauważyła. A raczej ich. Ślizgoni bali się powrotu, jednak większość z nich, na nowo zawitała w Hogwarcie. To był też ich dom, ich przeszłość oraz bezpieczna przystań. Jednak nienawiść innych uczniów, zdawała się ich przytłaczać, a zemsty nie dosięgały jedynie starszych, ale również młodszych.

– Wiem, że dużo przeszłaś, Hermiono. Jeśli potrzebujesz porozmawiać, to pamiętaj, że tu jestem. – dziewczyna czuła się dziwnie siedząc w gabinecie Dumbledore’a, gdzie jego wszystkie magiczne skarby, wciąż zagracały pokoik. Odczuła jednak szok oraz smutek, kiedy to nie mentor Pottera na nią czekał, a profesor Transmutacji. Minerwa została dyrektorką szkoły, jeszcze przed wakacjami, ale widocznie miała problem z uprzątnięciem pokoju po Albusie. Nawet nie usiadła w starym fotelu dyrektora, przystając jedynie przy biurku. Hermiona mimo chodem zastanawiała się, czy również dokumenty na blacie były ostatnią pracą byłego dyrektora, a profesor miała opory, by je dotknąć.

- Każdy z nas dużo przeszedł, pani profesor. – chrząknęła, przyglądając się wiszącym nad nimi obrazom. Dwa nowe przyciągały spojrzenia, ale Albus Dumbledore, jak i Severus Snape, pogrążeni byli we śnie. Nowe portrety potrzebowały więcej odpoczynku oraz czasu, by powróciły do nich wspomnienia. Harry w ostatnim okresie bardzo dużo czytał na ten temat, gdyż czekał z niecierpliwością, na pierwszą rozmowę z Dumbledorem.

- Owszem, każdy z nas. – przyznała kobieta, a poorana zmarszczkami twarz, poszarzała na przykre wspomnienia. Szczupłe palce dyrektorki musnęły jedno z urządzeń zmarłego przyjaciela czarownicy. – Wojna nie oszczędza nikogo. Widzisz, Hermiono, nie tylko Gryfoni ponieśli starty…

- Wiem, pani profesor, zginęło również wielu Puchonów i Krukonów. – przytaknęła, prostując się, pod uważnym spojrzeniem ulubionej nauczycielki, która uniosła wymownie brwi. – Ślizgoni.

W ten oto sposób, zaczęła przyglądać się uważniej czwartemu z Domów. Zwróciła uwagę, jak nerwowo wzdrygali się na większy hałas, jak uciekali spojrzeniami w dół. Młodsi nie rozumieli zupełnie odrzucenia, a niemiłe komentarze nie znikały. Fala złości wśród uczniów rosła, a prośby nauczycieli i surowe szlabany nie pomagały. Hermiona, chodź początkowo ignorowała złe zachowania znajomych, poczuła, że jej zawiść odchodzi. Wystarczył jeden spacer przed ciszą nocną, gdy zauważyła, jak trzech Puchonów oraz jeden Gryfon, pastwią się nad małym chłopcem. Zatrzymała się zdziwiona, obserwując jak strach maluje się na twarzy dziecka. Leżał skulony na podłodze, a jego rzeczy rozrzucone były wokół. Ernie Macmillan, Zachariasz Smith, Justin Finch-Fletchley oraz Joe Reaid trzymali różdżki, żartując między sobą z małego Ślizgona.

– Co wy robicie? – spytała chłodno, podchodząc do nich powolnym krokiem. Chłopcy zerknęli na nią, nie przejmując się zupełnie jej towarzystwem.

– To syn Jugsona. – splunął niemalże Smith, marszcząc brwi. – Tego przeklętego sługusa 
Sama-Wiesz-Kogo.

– Masz na myśli Voldemorta? – zaakcentowała ostatnie słowa, unosząc brwi i pierwszy raz zwracając na siebie ich uwagę. Dopiero po chwili zdali sobie sprawę, że tą dziewczyną z półmroku, jest ona. Zauważyła jak Joe opuszcza różdżkę, a Ernie traci zapał. – Wiesz, nawet poznałam osobiście Jugsona. Niestety, nigdy nie odbyliśmy dłuższej pogawędki. Co ma z tym wspólnego chłopiec?

– To jego syn, a…

– Syn. – powtórzyła, machając ręką na dalszą część wypowiedzi. – Dodajmy, że drugoroczniak. Co takiego uczyniło to dziecko? Każesz go za czyny rodzica? Nie miał wyboru, jaka będzie jego rodzina. Jakie decyzje podjął jego ojciec…

 – Hermiono, posłuchaj. – Justin wystąpił z szeregu, unosząc rękę z różdżką. Gryfonka instynktownie wyciągnęła swoją własną różdżkę, stając pomiędzy nimi a dzieckiem. Widziała zdziwienie, malujące się na ich twarzy oraz złość i zawód. Czemu nie widzieli własnego absurdu? To tylko dziecko. Dwunastoletni chłopiec.

– Nie, to wy posłuchajcie. – lodowatym tonem sprzeciwiła się, unosząc lekko rękę w geście ostrzeżenia. – Nie jest winny, zbrodni swego ojca. Jugson jest martwy. Widziałam jego ciało, a to co teraz wyprawiacie… jest potworne. Walczyliście za wolność, a teraz bawicie się w sędziów?

 – Po prostu stąd odejdź. – poprosił Ernie, unosząc w końcu głowę. Hermiona spojrzała w jego oczy, pełne zagubienia oraz wstydu, ale z iskierkami determinacji. Od razu zrozumiała, że nie pojęli jej słów. Przypomniała sobie wzrok dyrektorki i słowa, że Slytherin też cierpi. Widziała właśnie na własne oczy, jak jej dobrzy znajomi, każą małe dzieci. Katują. A ich jedyną winą było nazwisko.

– Naprawdę jestem zmęczona. – mruknęła, zastanawiając się, czy miała na myśli tą sytuację, czy też całokształt. Owszem, walki ją wymęczyły, ale zasób zaklęć zwiększył się ogromnie, poprzez ostatnie dwa lata. Wszyscy liczyli, że wszystko zakończy się w czasie ich siódmego roku. Jednak Druga Bitwa 
o Hogwart, odbyła się pół roku później, po ich licznych wędrówkach, z kryjówki do kryjówki. Spędzili długie tygodnie, w ciasnych pokojach, z wieloma rannymi czarodziejami. Dopiero po kolejnym roku od zniszczenia horkruksów – z wyjątkiem Nagini – Harry stoczył walkę z Voldemortem. Dwa lata. Dwa lata spędziła w ciągłym strachu, obserwując zmieniających się znajomych, martwych przyjaciół 
oraz słuchając poważnego głosu Kingsleya, o ich kolejnych poczynaniach.

– Czy…

– Idźcie stąd. – syknęła, marszcząc brwi i prostując się. Czwórka uczniów popatrzyła na siebie, a potem wyklinając ją pod nosem, odeszła. Dopiero, gdy zniknęli za rogiem, odwróciła się w stronę chłopca. Duże, zielone oczy, spoczęły na niej ze strachem oraz niepewnością. Jasne loki sterczały na wszystkie strony, gdy uniósł głowę. Różowe wargi drżały, ale dzielnie utrzymywał srogi wyraz twarzy. Kucnęła przed ślizgonem, kładąc uspakajająco rękę na jego ramieniu i ściskając pocieszająco. Wciąż czuła otumanienie na widok soczystych tęczówek. Przypominały aż za bardzo oczy Harry’ego i pojawiła się w niej niechciana troska. – Już dobrze. Jak masz na imię?

– Caleb. – szepnął, zaskakując ją, gdy przysunął się bliżej i objął ją za szyję. – Dziękuję.




Caleb. Uśmiechnęła się, na wspomnienie dzieciaka, który nie opuścił jej przez cały rok. Wszędzie się za nią szwendał, nawet przesiadywał niezliczone godziny w bibliotece. W końcu, zaakceptowała fakt, że zdobyła małego przyjaciela wśród Slytherinu. Zaczęła pomagać chłopcu w nauce, ale również z chęcią prowadziła rozmowy na inne tematy. Caleb okazał się mieć niebywały talent do eliksirów i z entuzjazmem podchodził do ich ważenia. To chyba właśnie ta przyjaźń sprawiła, że zaczęła naprawdę rozumieć problem Minerwy z uczniami. Młody Jugson przestał być zaczepiany, a wręcz obchodzono się z nim, tak jak z innymi uczniami z pozostałych domów. Żaden uczeń nie mówił nic niemiłego, a strach przed samotnymi wędrówkami u chłopca, zniknął. Uśmiechali się do niego oraz witali z nim, zupełnie obcy mu ludzie. A to tylko dzięki jej widocznej sympatii. Właśnie wtedy postanowiła, że ta wojna między Domami musi zniknąć.



– Cześć. – powiedziała pogodnie, siadając na trawie obok chłopaka. Z ciekawością zerknęła na jego szkicownik oraz pojawiający się na nim obraz Zakazanego Lasu. – Nie wiedziałam, że masz taki talent.

– Dwa lata temu nie wiedziałaś nawet, jak mam na imię. – zauważył z przekąsem, przyglądając jej się krytycznie. – Czemu zaszczyciłaś mnie swoją osobą?

– Chyba znalazłam sposób, jak odnaleźć coś z dawnej siebie. – powiedziała szczerze, zrzucając trampki z nóg oraz zsuwając skarpetki. Trawa przyjemnie łaskotała ją w palce, kiedy położyła się wygodniej obok Ślizgona. – Ty mi nie zdradziłeś powodu, dla którego wróciłeś.

– Mój powód jest bardzo prosty. – stwierdził, znów skupiając się  na rysunku. – Mój dom jest pełen aurorów, którzy z braku miejsca zaczęli tam przechowywać znalezione artefakty, przygotowane do nowego spisu.

– Jak to? – zamknęła powieki, wyciągając głowę w stronę słońca. – Co robią aurorzy u ciebie?

– Udostępniłem im Silva Manor, moją rodzinną posiadłość, którą odziedziczyłem jako głowa rodu. – uniósł rękę, pokazując jej duży pierścień rodowy Nottów. Hermiona szukała w głowie informacji o mniemanej śmierci ojca Theodore’a, ale nie przypominała sobie by czytała artykuł o tym.

– Co na to reszta twojej rodziny? – zapytała z ciekawością, zastanawiając się, czemu inni nie zauważają, że i wśród ślizgonów są sieroty wojny.

– Nie ma reszty mojej rodziny, Hermiono. Wszyscy są martwi. – szepnął, odwracając od niej czarne spojrzenie, pełne bólu oraz smutku. W końcu sens powrotu stał się prosty. Theo nie chciał być samotny, a właśnie takim by był w swojej posiadłości. Wyciągnęła odruchowo rękę, oplatając swoje palce wokół jego. Ślizgon przyjrzał się jej z ciekawością, ale przyjął uścisk, a kąciki jego ust wygięły się do góry.

– Chcesz mi pomóc wrócić do normalności? – spytała.



Chciał. I pomógł, a oboje zyskali w tym czasie swoją szczerą przyjaźń. Theodore okazał się niesamowicie zajmującym rozmówcą, o rozległej wiedzy, a jego poczucie humoru mimo, że dość złośliwe, wywoływało u niej rzadki śmiech. Zapominała już, jak to jest być wesołym i beztroskim, ale Nott z pomocą Neville’a, Luny oraz Caleba, byli cudownymi przyjaciółmi. Ślizgon tłumaczył jej zawiłości, dotyczące wojny od strony Slytherinu. Nie mieli wyboru. Albo jednak mieli, jednak wahanie oznaczało śmierć. Dopiero później, po miesiącach służby u Czarnego Pana, rozumieli swój błąd. Odczuwali ból, patrzyli na cierpienie bliskich, a w myślach błagali o ratunek. Theo przedstawił jej paru przyjaciół z wężowego domu, a ona odpłaciła się tym samym. Uczniowie przestali terroryzować Slytherin, a Hermiona dostrzegła ulgę na twarzy dyrektorki. Ona sama przypominała sobie jak czerpać radość z życia, a uśmiechający się do niej Harry, był słodkim przypomnieniem, o wywalczonej wolności. Potter szybko nawiązał dobry kontakt z Nottem, a Ron mimo początkowej niechęci, okazał się idealnym towarzyszem do oglądania Quiddicha wraz z arystokratą. Wszystko szło ku dobrej drodze, a Kingsley powiadomił ją, że odnaleźli jej rodzinę. Jednak okazało się, że się spóźnili. Dosłownie o parę godzin, ale czasu już się cofnąć  nie dało.



Dom płonął, a ona nie mogła nic zrobić. Zadrżała, opierając się całym ciężarem o trzymającego ją Pottera. Harry, w ostatniej chwili, wyciągnął ją z zawalającego się domu, ale starała się do końca mu wyrwać. Tam byli jej rodzice, jej kochani mama i tata. Ale zielonooki okazał się silniejszy i trzymał ją jeszcze dłuższy czas, gdy krzycząc oraz płacząc opadła na ziemię. Śmierciożercy odebrali jej kolejny raz, to co kochała. Znaleźli rodziców Hermiony przed nią, urządzając niewinnym, dobrym ludziom, horror.

- Znajdę ich. – przyrzekł Harry, gdy posadzili ją, w dobrze strzeżonym mieszkaniu Wybrańca. Harry kucał między jej nogami, ściskając lodowate dłonie przyjaciółki. Ronald okrył ją kocem, przytulając mocno, a Theodore wpatrywał się niemrawo w ścianę. Wiedział jakie uczucia nią targały, bo sam przecież został sierotą.

- Myślałam, że ich ochroniłam. – szepnęła chrapliwie, opierając czoło o ramię rudzielca i mocniej ściskając zielonookiego za palce. – Że są bezpieczni.

- Znajdę ich, Hermiono, znajdę i zabiję. – wszyscy zerknęli na Gryfona, który z determinacją pokręcił głową. Dziewczyna widziała powagę w zielonych oczach, a groza na myśl o wściekłym przyjacielu, zabijającym oprawców jej matki, ją zaskoczyła. Harry nabył hardości w czasie wojny. Zbyt wiele śmierci oglądał, zbyt wiele osób zabił.



Ludzie nie widzieli, że mały chłopiec, którym niegdyś był, dorósł. Dwa lata bezustannego strachu, ukrywania się oraz walki, zmieniły ich wszystkich, a ona czuła, że to Harry stał się inny. Niewinność jedenastoletniego malca, przekształciła się w gorycz oraz smutek, a oczy zmieniły w bardziej stanowcze. Kiedy walczył, były obojętne, bił od nich chłód i determinacja, a tajemnicze błyski dodawały mu drapieżności. Zaczął się poruszać z jeszcze większą gracją, a ciało nabrało mięśni po wielu trudnych wędrówkach. Kości policzkowe wyostrzyły się, a od jego osoby biła stanowczość i… potęga. Wciąż pamiętała jego ostatnią walkę z Voldemortem. Na środku Wielkiej Sali, skąpanych w promieniach słońca, stało dwóch najsłynniejszych czarodziejów. Harry, ku jej zaskoczeniu uśmiechał się, gdy uskakiwał od zaklęć, by po chwili rzucić własne. Nie potrafiła odwrócić wzroku od przyjaciela, który wydawać by się mogło, bawił się ze swoim przeciwnikiem. W tym momencie mogła dostrzec nawet podobieństwo do Bellatrix, która, tak jak młody Potter, również cieszyła się z walki. Harry poruszał się płynnie, zbliżając oraz odskakując od swojego wroga. To był ich taniec śmierci. 

Lord Voldemort oraz Wybraniec. Tom Marvolo Riddle i Harry James Potter.



- Harry…

Dziewczyna obróciła się zdziwiona, gdy stojący obok niej Ron zamarł. Spojrzała w tym samym kierunku, zaciskając mocniej palce na różdżce. I oto stał tam. Jej najdroższy przyjaciel. Najukochańszy brat. Żywy.

- Niech nikt nie próbuje mi pomagać! – głos Wybrańca poniósł się po Wielkiej Sali, sprawiając, że walczący zamarli na chwilę. Hermiona westchnęła cicho, wiedząc, że te słowa były kierowane właśnie do nich. Skinęła głową, obiecując w myślach, że zareaguje jedynie, gdy będzie musiała. Oczywiście, Harry nie widział jej teraz wśród tych wszystkich ludzi. Szturchnęła lekko Rona, przesuwając się bliżej kręgu, który wytyczył pole dla Czarnego Pana oraz Złotego Chłopca. Śmierciożercy na nowo rozpoczęli atak, a uczniowie, aurorzy oraz Zakonnicy wrócili do walki.

- Expulso! – Gryfonka drgnęła, gdy Ron pociągnął ją mocno w swoją stronę, szepcząc zaklęcie. Mierzący w jej stronę Carrow, poleciał do tyłu, uderzając mocno głową o mur. Jego ciało zwiotczało, a różdżka upadła na podłogę.

- Mało brakowało. – uśmiechnęła się, wywołując krzywy grymas, na twarzy piegowatego. 
Weasley ponownie rzucił wokół nich tarczę, ale po chwili wahania, ruszył w stronę walczącej siostry. Hermiona odprowadziła go wzrokiem, upewniając się, że nikt nie zaatakuje go od tyłu. Sama wciąż przepychała się między innymi, chcąc zobaczyć lepiej zielonookiego. Stanęła za jednym z nielicznych filarów, który nie został uszkodzony, przyglądając się bitwie. Wyłapała wzrokiem większość Weasleyów, jak i Kingsley’a oraz Lunę. Drgnęła, przesuwając spojrzeniem, po licznych ciałach, leżących bez ruchu na ziemi, młodszych jak i starszych, ubranych w szkolne szaty, jak i peleryny śmierciożerców. Ile jeszcze zmarłych musiała oglądać? Walka w Dolinie Godryka, walka w mugolskiej wiosce, a teraz Hogwart. Dwa lata pełne śmierci, bólu i strachu. 

- Czy ty mnie nie słuchasz?

Odwróciła się w stronę przyjaciela, który unosił obie brwi do góry, wciąż poruszając się płynnie, wokół obracającego się Voldemorta. Chyba nikt nie nadawał się bardziej na przeciwnika Riddle’a, niż Harry, który niemalże papugował jej karcący głos, kierując go do najpotężniejszego czarnoksiężnika.

- Snape nigdy nie pokonał Dumbledore’a! Razem tę śmierć zaplanowali!

Plan dyrektora naprawdę był dobry. Niestety, nie udało się dopiąć ostatnich nieścisłości, a oni mieli większy problem. Potrzebowali czasu, by uwierzyć, że Severus był po ich stronie. Harry spotkał go raz w domu Syriusza, gdzie wymknął się mimo zakazów Kingsleya. Dziewczyna nie znała szczegółów z przebiegu spotkania, ale Potter wrócił z zupełnie inną opinią o Mistrzu Eliksirów. Okazało się, że nie każdy śmierciożerca, chciał być sługą Czarnego Pana. A na prośbę profesora, Harry spotkał się z innym, młodszym – z Draco.

- Avada Kadevra!

Harry odbił zaklęcie, łapiąc jednocześnie różdżkę, która wyleciała przeciwnikowi. Wężowata twarz Toma Riddle skurczyła się z szoku, a ciało zwiotczało. Upadł na podłogę z łoskotem, wprawiając ludzi w euforię, a śmierciożerców - w chaos. Większość z nich uciekła, inni się poddali. Hermiona przyglądała się przyjacielowi, który wciąż ciężko oddychał, nachylając się, nad martwym już czarnoksiężnikiem. Nikt nie miał odwagi podejść do niego bliżej, ludzie wbijali w niego wzrok, ale nie zbliżali się do Wybrańca.

- Czy to już koniec?

Zerknęła przez ramię, na podchodzącego chłopaka, którego dłonie drżały. Blade palce zaciskały się na różdżce, a czerwona maź brudziła rękawy szaty. Jasne pasma włosów opadały na szczupłą, zmęczoną twarz czarodzieja, a na policzkach osiadł kurz. Dopiero teraz zwróciła uwagę, na trzy leżące niedaleko osoby w maskach śmierciożerców, które chciały zapewne zakraść się do niej od tyłu. Skupiła znów wzrok na swoim obrońcy, którego twarz oświetliły wpadające do sali promienie.

- Nie, to dopiero początek. – uśmiechnęła się, przeszukując tłum wzrokiem. Harry wciąż stał w środku kręgu, wciąż samotnie, wciąż wpatrując się w martwego Toma. Ron stał przy swojej rodzinie, obserwując ją oraz zielonookiego czujnie.

- Zajmij się nim, Granger. – chłodna dłoń opadła na jej ramię, lekko je ściskając – Idź po Bohatera.

- A tobą ma się kto zająć? – spytała odruchowo, obracając się ostatni raz w stronę towarzysza. 
Szare tęczówki spoczęły na zbliżającej się do nich młodej dziewczynie, gdy skinął potakująco głową. - W porządku. Nie zmarnuj szansy, którą dostałeś, Malfoy.

Odeszła szybkim krokiem, uśmiechając się do mijanych osób. Ludzie odsuwali się, szepcząc do siebie, gdy przechodziła obok. Pozwalali jej przełamać tłum, by dojść do samego środka, gdzie czekał na nią chłopak. Zwolniła, przyglądając się przyjacielowi z uwagą oraz troską. Zatrzymała się, krok od Wybrańca, który uniósł głowę i spojrzał wprost na nią. Jego policzek przecinała czerwona rysa, a we włosach zbłąkały się okruszki ziemi oraz kurzu. Uśmiechnęła się, pokonując dzielącą ich odległość 
i mocno go obejmując. Ramiona Pottera zadrżały, ale również ją przytulił, chowając twarz w burzy włosów przyjaciółki.

- Nigdy więcej tak nie rób. – poprosiła, muskając nosem szyję chłopaka. – Nie umieraj już, okej?

- Okej. – zgodził się, prostując, przez co uniosła się ciut nad ziemię. I w momencie, gdy ją puścił, 
a Ron do nich dołączył, ludzie zaczęli krzyczeć oraz płakać. Padać na kolana, wyciągać dłonie w ich stronę, wrzeszczeć imię Wybrańca.



Naprawili świat, zdaniem niektórych. Uratowali. Pokonali zło.

Prawda była taka, że poświęcili wszystko. Zaufali sobie. Przeszli przez prawdziwe piekło.

A na koniec wszystko stracili.

Czy to była wygrana?

Seneka miał rację. Najgorsze jest życie, kiedy chce się umrzeć.













 Cześć!


Jak mijają Wam wolne dni? Może znajdziecie chwilę by przeczytać i skomentować? A może polecicie jakiś super film? Lupi ostatnio spędza czas na pisaniu o Pansy (kto jak ja czeka na miniaturki o pannie Parkinson?^^), a już wkrótce pojawi się pierwsza część poświęcona ślizgonce. 


Mam nadzieję, że pogoda się poprawi i będzie wciąż słonecznie! 


Ściskam Was,
Lupi♥


Rozdział zbetowany przez Kitty i Rogacza, bardzo Wam dziękuję!


PS. Jak mówiłam Mia naprawi kursywę by nie raziła tak po oczach :) 















Szablon