22 września 2017

07. Forgiveness is a virtue of the brave.

Serwus, kochani! 

Październik zbliża się wielkimi krokami, a tym samym zajęcia na uczelni. Wrzesień nie uraczył nas słoneczną pogodą, ale nic straconego! Jeszcze trochę i... winter is coming!

Trochę więcej Scorpiusa, trochę więcej wspomnień, a tym samym dramione... ktoś zamawiał? ;) 

Trzymam kciuki byście nie dali się przeziębieniu i miło rozpoczęli weekend! 

Ściskam ciepło, 
Lupi♥


PS. Dziękuję za odzew pod ostatnim postem! Wierzcie mi, że każdy komentarz jest naprawdę miłym kopem!










- Idę z tobą.

Hermiona zatrzymała się przy furtce i obróciła, odnajdując spojrzeniem chłopca stojącego na ostatnim schodku werandy. Miał na sobie brązowe spodenki, ciemny podkoszulek w jakieś stwory, podwinięte skarpety w duchy oraz czerwone trampki na rzepy, zapewne jakiejś drogiej, markowej firmy. Jednocześnie jego włosy sterczały w różne strony, oczy kleiły się od snu, a na lewym policzku widniał ślad od poszewki.

- Czy mam w ogóle przekonywać cię do zmiany zdania? – westchnęła, przewracając oczami na jego bardzo zadowolony uśmiech. W trzech susach doskoczył do niej, wychodząc za nią na ulicę i przebiegł na leśną ścieżkę. – Uparty jesteś po tacie, co?

- Daniel mówi, że jestem wykąpany tata! – przytaknął z dumą, chichocząc, gdy Cerber trącił go lekko nosem.

- Wykapany – poprawiła go łagodnie, zaczynając się rozciągać. Ukryła rozbawioną minę, gdy chłopczyk zaczął po niej powtarzać. Zwolniła tempo by miał czas zrozumieć jej ruchy, a po parunastu minutach zaczęła truchtać. Już dawno nie biegła tak powoli, ale wolała dostosować tempo do biegu dziecka, którego policzki już zdążyły się zarumienić. Wybrała jedną z prostszych tras, pozwalając Diego prowadzić. Dopiero, gdy stanęli przy zwalonym konarze kilka metrów dalej na krótki odpoczynek zauważyła, że zapomniała o strachu przed Kapturem. Scorpius niezgrabnie wspiął się na drzewo, opierając łokcie o kolana i starał się nie pokazywać, że ma zadyszkę.

- Powoli. Tak jak ja – poprosiła kucając, by znaleźć się na jego poziomie. Przyłożyła małą rączkę blondyna do swojej klatki pokazując, jak wyregulować oddech. Młody szybko załapał o co chodzi, dziękując jej szczerbatym uśmiechem.

- Odpoczęłaś już? – zapytał, jakby to ona potrzebowała przerwy.

- Tak – przytaknęła, prostując się i gwiżdżąc, by przywołać ich towarzyszy. Husky wybiegł zza zakrętu z wywieszonym językiem, a Cerber szczeknął, gdy ją mijał. Pozwoliła dziecku nadać im tempo, śmiejąc się, gdy nagle zaczął przyspieszać. – Spokojnie, Scorpiusie. Pamiętaj, że nikt nas nie goni. Dzisiaj się rozgrzewamy, a jutro przebiegamy cały świat.

- Chcesz już wracać? – Zerknęła na jego spoconą twarzyczkę, kręcąc głową, ale zwolniła do marszu, gdy lekko zmarszczył brwi.

- Nie, ale zmęczyłam się już wystarczająco. – Wyraźnie rozpogodził się, mamrocząc coś o własnej sile, chociaż jego szybki oddech mówił co innego. – Chcesz zobaczyć coś super?

- Tak! 

Poprowadziła ich ścieżką odbiegającą w bok, podnosząc jeden patyk i rzuciła go Diego, który radośnie po niego pobiegł. Scorpius też wybrał kijek, wbijając go w ziemię, by pamiętali skąd idą. Po kolejnych piętnastu minutach doszli do mniej gęstego lasu. Zerknęła na synka Malfoy’a, oglądając malujący się w jego oczach zachwyt, gdy dostrzegł ich cel. Przesunęła wzrok za jego spojrzeniem, przyglądając się najdziwniejszemu drzewu jakie widziała. Staremu dębowi o tak rozłożonych gałęziach, że wydawały się tworzyć jedno duże gniazdo.

- Co to jest?

- Magiczne Drzewo – stwierdziła. Scorpius pokiwał głową, podchodząc bliżej i podciągnął się  na najniższej gałęzi, do której nawet on dosięgał.

- Co ono robi?

- Skrywa tajemnice – wymyśliła na poczekaniu, również wchodząc na gałąź, a potem ostrożnie pokazała chłopcu gdzie postawić nogi, by wejść wyżej. Pozwoliła mu iść pierwszemu, by w razie czego móc go złapać. Weszli na odległość metra od ziemi, siadając na grubej gałęzi okrakiem i przyglądali światu z góry.

- Tata też umie wchodzić na drzewa – powiedział z dumną, spoglądając na nią z radością. – Ale rzadko kiedy to robimy.

- Wiem. Kiedyś wspinał się na nie ze mną – szepnęła, przymykając powieki.







- W górę – wydyszał Ron, gdy przebiegli przez mrożący im kostki w nogach strumyk. Hermiona spojrzała w górę jak pozostali, ciesząc się, że przyjaciel miał głowę na karku. Podbiegli do wyglądających w miarę stabilnie drzew, dzieląc się na dwójki, gdzie jej przypadł Malfoy. Podskoczyła, zahaczając nogami o pień i wdrapała się na gałąź. Draco nie pozwolił jej się patyczkować, chwytając ją za biodra, by podsadzić jeszcze wyżej. Przeklęła, gdy przypadkowo klepnął ją w tyłek i posłała mu jadowite spojrzenie. Nie przejął się nim, co więcej, wyszczerzył się  złośliwie i pogonił ją.

- Wystarczy – szepnęła, gdy ramiona zaczynały odmawiać jej współpracy. Zdążyła znów obetrzeć sobie skórę na dłoniach i łokciach, a paznokcie połamać. Przykucnęła na w miarę grubej gałęzi, łapiąc niezadowolone spojrzenie przyjaciół, którzy kilka drzew dalej wspięli się o wiele wyżej.

- Niestety, słońce, ale jeszcze trochę – sapnęła zdumiona, gdy oplótł swoją szyję jej ramionami, a uda umiejscowił na swoich biodrach. W ten sposób zaskakując ją swoją wytrzymałością oraz uporem, wniósł ich dobre dziesięć gałęzi wyżej. Zacisnęła powieki, wciskając nos w jego szare od popiołu włosy, tym samym wdychając zapach potu oraz dymu.

- Przepraszam – usadowiła się w końcu na grubszej gałęzi, przyglądając towarzyszowi, który oparł się o konar, a potem przysunął ją znów do siebie, by oparła się plecami o jego tors. Rzucili zaklęcie przylepca i na siebie, i na drzewo, żeby nie spaść podczas oczekiwania.

- Jesteś zmęczona, Granger. To nic – szepnął jej do ucha, a ona zadrżała odruchowo. Zacisnęła mocniej pięści, bo poczuła dreszcz nie tylko przez ciepły oddech łaskoczący jej kark. Wyparła szybko okropne myśli, szukając wzrokiem pozostałej dwójki. Jednak prawdopodobnie siedzieli po drugiej stronie poza ich zasięgiem.

- Ty też jesteś zmęczony – zauważyła, zastanawiając się, jak to możliwe, że tak krótkie przez ciągłe łamanie się paznokcie mogły aż tak, wbijać się w skórę. Każdy był zmęczony. Minął rok od rozpoczęcia ich przygody, a oni może zniszczyli i medalion, i puchar, ale wciąż trwali w stanie wojny. 

Ludzie walczyli. 

Umierali. Zdradzali. Cierpieli. 

Ginęli przez nich. 

Za nich. 

Za nadzieję.

- Może tak – zgodził się, wyplątując z jej loków listek. Chciał dodać coś jeszcze, ale właśnie dobiegł ich głos jednego z goniących ich Łowców Głów. Hermiona wyjrzała na dół by dostrzec czterech mężczyzn i jedną kobietę, którzy dyskutowali zawzięcie. Śledzili ich od dobrych kilku dni i  dziś wpadli w ich zasadzkę. Na pewno byli zmęczeni, skoro dali się podejść jak dzieci! Rozpoczął się pościg, w którym to oni byli zwierzyną łowną, a tamci drapieżnikami. To zdumiewające, jak rzadko patrzymy w górę, gdy kogoś bądź czegoś szukamy. Przecież każdy chociaż raz obejrzał jakiś horror, czy thriller, a tam zazwyczaj coś ukrywa się w górze. Ludzie są tak bardzo zadufani w sobie, że wydaje im się, że nie ma nic powyżej czubków ich głów? Czemu rozglądamy się na boki, szukając zdrady? Czemu patrzymy pod nogi, szukając pułapek? Czemu zerkamy przez ramię, szukając sztyletu wbitego w plecy? A co z górą?

- Poszli – szepnęła najciszej jak umiała, kiedy po upływie dwudziestu minut od zniknięcia Łowców cisza nie uległa zmianie. Łowcy Głów byli gorsi niż śmierciożercy. Mogli być w grupie napotkanej w lesie, w karczmie, w miasteczku. Przyjmowali zlecenia, a ich misją było dostarczyć żywych – Harry’ego, bądź martwych – ich, zleceniodawcom. Czyli Voldemortowi i jego poplecznikom. 

- To okres spadających gwiazd – odezwał się po kolejnych minutach ciszy Draco, przesuwając dłonie na jej talię i przytulając do siebie mocniej. – Znajdź jakąś i pomyśl życzenie.

Posłusznie uniosła głowę zaskoczona ciemnym już niebem i milionem gwiazd. Kiedy upłynęły te godziny siedzenia tutaj? Tak łatwo pozwalała okradać się z czasu, gdy ją obejmował i kiedy oddychał równomiernie z nią. Oparła wygodnie głowę na jego ramieniu, spuszczając stopy na dół i machała nimi. 

Spała? Od dawna już nie umiała. 

Może drzemała? A może znów pochłonęły ją ciemne myśli? Zła przyszłość.

Draco był dobry w odwracaniu uwagi. Tak jak teraz, nie przestawała szukać chociaż jednej spadającej gwiazdy, by mu udowodnić, że to nic trudnego. Ich palce splotły się luźno, gdy wspólnie przemierzali oczami może jasnych punktów.

O co poprosić, gdy już jakąś zobaczy?

O zdrowie? Przyda im się, szczególnie Harry’emu po ostatnim przeziębieniu.

O nadzieję? Karmili się nią codziennie i obawiała się, że w końcu skończy się jej zapas.

O wygraną? Gwiazdy tu nie pomogą, to ich zadanie, to ich misja, to ich odpowiedzialność.

O bezpieczeństwo? Nie istniało już. Żyli z dnia na dzień, z chwili na chwilę. Nie było już jutra.

Meteor. Ślad po meteorolicie. Zawieszone w powietrzu. Spadające gwiazdy.

- Widziałeś? – spytała, gdy maleńka gwiazdka zamigotała, przeleciała i zniknęła na wieki.

- Tak – przytaknął, uśmiechając się lekko. – Pomyślałaś życzenie?

- Tak.

- Jakie?

- Malfoy. Jak powiem to się nie spełni – żachnęła się, również się uśmiechając i ściskając mocniej jego ręce. – Ale dobre. Tak myślę.

- Ja też. – Patrzyli na nieboskłon usiany świecącymi diamentami. Hermiona zapomniała w końcu o świecie. O wojnie. O koszmarach. Zapomniała nawet, że boi się usnąć.

I tak utulona przez silne, męskie ramiona oraz licząc wspólnie z Draco gwiazdy, usnęła.



***



- Wciąż jest obrażony – oświadczył bardzo dziecięco-dorosłym głosem Scorpius, przewracając oczami i gryząc znów swojego tosta.

- Przejdzie mu – Hermiona machnęła ręką, uśmiechając się na widok Harry’ego, szykującego się do pracy. Kiedy z młodym Malfoyem wrócili do domu, nie przywitała ich cisza przypadająca porankowi. Napotkali wściekłe oblicze Draco, który najpierw wyściskał syna, a potem posłał dwójkę winowajców do piekła. Cóż, Hermiona nie spodziewała się, że ich przebieżka tyle im zajmie. Nie pomyślała nawet, że blondyn wystraszy się nie znajdując ich rano w domu. Co jeszcze bardziej ją zaciekawiło, bo co kryła przeszłość tego buca?

- To drama queen, jasne, że musi strzelać fochy! – Harry wypił ostatni łyk kawy, a potem cmoknął ją w czoło, a młodego poczochrał po włosach.  – Bądźcie grzeczni i nie czekajcie na mnie!

- Czy on nie ma swojego domu? – zapytał Pius, upijając trochę gorącego kakao.

- Oczywiście, że ma – odpowiedziała, zerkając, czy psiaki mają wodę w miskach. – Po prostu wujek ma szlaban.

- Na wracanie do domu? – zdziwił się malec, opierając łokcie o blat i zmieniając pozycję.

- Taak, ciocia się zezłościła i niegrzecznego wujka wygoniła – przytaknęła, machając różdżką i patrząc jak szklanki oraz kubki zaczynają się czyścić. Pogłaskała chwilę Diego, który przeszedł znów do salonu i skusiła się na smacznie wyglądające winogrona. Słodki sok na jej języku zdecydowanie zachęcił ją do sięgnięcia po kolejną garść.

- Ktoś jest na zewnątrz – poinformował ją spokojnie chłopczyk, wskazując okno wychodzące na ganek. Zerknęła przez ramię, sztywniejąc na moment, by po chwili odetchnąć. Skoro bariery nie włączyły alarmu, nie mieli czego się obawiać. Poprosiła, by został na miejscu, a sama wyszła przed drzwi i usiadła na schodku przy niespodziewanym gościu.

- Przyniosłam wino, ale przypomniałam sobie po drodze, że jest przed dwunastą, a my nie mamy znów po dwadzieścia lat. – Hermiona zerknęła na ponurą twarz smutnej kobiety, która nie zmieniła się zbytnio przez ostatnie lata. – Więc oddałam ją jakiemuś biedakowi. Kosztowało ponad dwadzieścia galeonów i dostaliśmy je na weselu od jakiegoś starego wuja. Tego w tej dziwnej, pstrokatej szacie.

- Mam lemoniadę, jeżeli cię to pocieszy – mruknęła, wywołując lekki uśmiech na pięknym obliczu Pansy Potter. Brązowe oczy okolone długimi, ciemnymi, zakręconymi rzęsami błysnęły wesoło, a czerwone usta wygięły się do góry. Wciąż miała mleczną cerę bez najmniejszej skazy, której nie trzeba było zakrywać makijażem. Jej nos wciąż był prosty, broda lekko zadarta, a twarz w kształcie serca zachwycała. Brązowe pukle zaplotła w warkocze, które splotła w koka. Czarne spodnie opinały zgrabne nogi, a luźny sweter zakrywał kobiece krągłości. Zawsze marzyła o ciele przyjaciółki. O jej twarzy. Głosie. 

Nie dziwiła się tym licznym adoratorom, a tym bardziej Harry’emu.

- Mój mąż jest dupkiem, Nia. – Pansy użyła zdrobnienia jej imienia, które wiele lat temu długo wymyślała. Aż w końcu ze wszystkich Herm, Oni, Minah została Nia.

- Ostrzegałam cię jeszcze w kościele, ale mnie nie słuchałaś! – prychnęła, opierając dłoń o kolano i podparła się wygodniej. Pansy uśmiechnęła się, oblizując czubkiem języka usta i znów westchnęła. 

- Wiedziałaś?

- Nie byłam pewna. Domyślałam się jedynie, ale… to był ich wspólny wybór, Pansy. Nie zmieniłabyś tego wtedy i nie zmienisz teraz – stwierdziła, wyciągając rękę, by chwycić smukłą dłoń dziewczyny w swoją. – My trzymamy się razem, a faceci mają jakiś wspólny sojusz.

- Ale tyle lat, Nia, to nie za dużo? Mamy wybaczyć?

- Nie. Nie musimy wybaczać im, bo przepraszają. To nie ma aż takiego znaczenia. Możemy wybaczyć im tylko dlatego, że wybaczając uwalniamy się od kolejnego bólu zranienia i zdrady. Wybacz im dla siebie, nie dla nich – wyszeptała, spoglądając w pochmurne niebo oraz zastanawiając się czy ona też zastosuje się do tej porady. Sama miała problem, by pojąć sens wybaczenia.

- A ty? Wybaczyłaś im? – zapytała Pansy, przykuwając znów jej uwagę. Zerknęła na przyjaciółkę, a potem na drzwi za sobą. Czy wybaczyła im? Nie miała czego wybaczać, bo nie miała oczekiwań z których mieliby się wywiązać. A przynajmniej tak sobie powtarzała.

- Możesz zawsze skreślić starego Draco, a poznać tego nowego – rzuciła cicho, wzruszając ramionami, gdy zauważyła niezrozumienie w pięknych oczach Potter. – Draco Malfoy, którego znasz umarł wiele lat temu. Teraz jest innym człowiekiem.

- Wartym poznania?

- Nie mnie to oceniać.

Siedziały znów w ciszy, przyglądając się niebu i chmurom. Pansy oparła się plecami o balustradę, przymykając powieki w zamyśleniu. Przez chwilę Hermiona żałowała, że od dawna nie ćwiczyła legilimencji, bo była ciekawa o czym ta właśnie myśli. A potem spojrzała na własne ubłocone trampki, pobrudzone spodnie oraz poszarpaną koszulkę i zaczęła się zastanawiać kim ona teraz jest.

- Przekaż proszę, Malfoyowi, że oczekuję go na rodzinnym obiedzie w niedzielę. Jak zawsze – przerwała ciszę Pansy, podnosząc się i otrzepując materiał na pupie. Skrzyżowały spojrzenia, oba pełne wątpliwości, ale i nadziei. – Niech nas Merlin ma w opiece.

- Pans? Jako przyjaciółka Harry’ego proszę byś z nim porozmawiała i dała szansę wszystko wyjaśnić – zawołała jeszcze, gdy Pansy tak jak niespodziewanie przyszła, tak zaczęła odchodzić. – A jako twoja przyjaciółka radzę zaparzyć sobie ziółek na uspokojenie.

- Wiesz więcej niż mi mówisz, prawda? – Hermiona skinęła głową, również wstając i zacisnęła palce na balustradzie. – Czy to Malfoy jest tym waszym tajemniczym czwartym towarzyszem?

- Nie jestem tylko pewna czy ten, czy dawny – przytaknęła, obserwując plecy dziewczyny, która ruszyła dalej uliczką. Wiedziała, że za parę domów i trzy uliczki zatrzyma się w zaułku i teleportuje. A potem zapewne rozwali coś w Dolinie Godryka.

- Myślę, że pół na pół.

- Ile razy mam powtarzać, że nie ładnie podsłuchiwać? – westchnęła, obracając się, by napotkać szare spojrzenie pełne zadumy. Jak zwykle przez chwilę zastanawiała się jaka myśl przemknęła przez jego głowę, gdy ich oczy się spotkały.

- Marzyłaś kiedyś o drugiej szansie spotkania kogoś po raz pierwszy? – odpowiedział pytaniem na jej pytanie, podchodząc trochę bliżej. Wyprostowała się odruchowo, nie spuszczając z niego czujnego wzroku i znieruchomiała, gdy musnął opuszkiem palca jej skroń. 

- Nie. Marzenia nierealne do spełnienia prowadzą do depresyjnych myśli – zaprzeczyła, spoglądając w bok, by przestać czuć się tak bardzo prześwietlaną stalowymi oczami.

- Ja marzyłem byśmy mieli szansę na poznanie się bez… przeszłości – szepnął, spuszczając wzrok na swoje bose stopy.

- Dlaczego? – przewróciła oczami, gdy nie zrozumiał. – Dlaczego mnie?

- Bo nikt nie sprawił nigdy bym był bardziej szczęśliwy, bądź bardziej smutny niż ty. Wszystko sprowadzało się zawsze do ciebie – mruknął, zaciskając pięści, a potem wypuszczając ze świstem powietrze, rozluźnił je. – Granger, nie pragnę teraz niczego bardziej niż twojego szczerego wybaczenia. 

- To nie takie proste. – Hermiona podniosła pustą doniczkę stojącą w kącie werandy, podając ją zaciekawionemu blondynowi. – Rzuć ją.

- Słucham?

- Rzuć – podniosła wzrok znad kawałków rozwalonej doniczki, rzucając mu nieodgadnione spojrzenie. – Jest rozbita?

- Taak – potwierdził oczywisty fakt, marszcząc brwi.

- Przeproś ją.

- Doniczkę?

- Tak.

- Przepraszam – rzucił w końcu do naczynia, gdy zobaczył, że jej oczy ani przez chwilę nie zabłyszczały rozbawieniem.

- I co? Jaka jest? – zapytała, kopiąc jeden z kawałków leżących bliżej niej.

- Rozbita?

- Tak. Rozbita na maleńkie kawałki – szepnęła, łapiąc jego spojrzenie i uniosła kąciki ust. – Teraz rozumiesz?

Odwróciła się, zostawiając go z rozbitą na drobne części doniczką oraz myślą, że wciąż można naczynie posklejać. Nie tylko za pomocą magii, ale i kleju. Pochylił się, zbierając kawałki, by Scorpius przypadkiem się nie skaleczył.

A przed oczami miał słodkie oczy dziewczyny, która kiedyś ściskała jego dłoń.

A potem zaczęła pękać.




***




To dziwne, jak łatwo człowiek przyzwyczaja się do obecności innych osób. Nawet nie zauważamy tego, ale nasz umysł czuje spokój, gdy codziennie rano napotykamy sąsiada na zwyczajowym spacerze z mopsem, gdy codziennie w radiu słyszymy pogodny głos zapowiadający newsy, czy widzimy nową gazetę leżącą na podjeździe. Wszystko składa się w całość – spójną i relaksującą. 

Hermiona teraz również ze spokojem obserwowała siedzącego przy stole Scorpiusa, który zajadał się płatkami i opowiadał Draco jakieś dziecięce anegdotki. Wciąż miał zarumienione policzki od ich już codziennych, porannych przebieżek, a oczy jaśniały mu zadowoleniem. Przesunęła wzrok na Malfoya, który ostatnio mniej się odzywał, ale wciąż im gotował i pilnował, by zaczęła się odżywiać zdrowiej. Zdążył również z Harrym zorganizować sobie więcej ubrań, a pokój gościnny stał się już pokojem Malfoyów.

 - Jesteś ładniejsza od Astorii.

Te cztery słowa na nowo przykuły jej uwagę, a myśli o Harrym, który wczoraj wrócił do domu, wyparowały. Spojrzała na chłopca, który wsadził kolejną łyżkę do buzi nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo właśnie ją poruszył.

- Słucham? – chrząknęła niepewna czy sobie tego nie wymyśliła. Scorpius uniósł wzrok, a potem brwi, gdy zauważył jej minę. 

- Jesteś ładniejsza od matki – powtórzył szczerze, by po sekundzie zerknąć na siedzącego obok zrelaksowanego Malfoya. – Prawda, tato?

- Prawda – Draco zgodził się po minucie, gdy prześledził całą jej sylwetkę uważnym spojrzeniem, nim uśmiech pojawił się na jego twarzy, a brew uniosła. – Masz też lepszy gust muzyczny. 

- A to jest bardzo istotne – dodał od razu Pius, oblizując usta i chrupiąc płatki. – Prawda, tato?

- Prawda – powtórzył ojciec chłopca, puszczając oczko zszokowanej Gryfonce, która zamrugała znów i wróciła do własnej kanapki. Ugryzła ją, zauważając brak jajka, którego nie znosiła pod żadną postacią, a które na pewno miał na kanapce Draco. Zaskoczyło ją, że zapamiętał jej preferencje smakowe.

- Cóż, ty też mi się podobasz, Pius – wydukała w końcu, a chłopczyk się rozpromienił. – I też masz dobry gust muzyczny. Szczególnie, jak na swój wiek.

- Wiek nie ma znaczenia – odpowiedział szybko chłopiec, a widząc tym razem wbite w niego pełne zaskoczenia dwie pary oczu, wzruszył ramionami. – Hannah tak powtarzała.

- Nie powinieneś powtarzać tego co mówiła Hannah – westchnął Draco, opierając ramię o oparcie krzesła synka i przeciągnął się. – Hannah mówiła dużo bzdur.

- Hannah mówiła, że jesteś gorący – dorzucił chłopiec, przewracając oczami. – A ja wyjaśniałem, że wcale nie. Jesteś ciepły, ale nie gorący.

- Może jednak Hannah nie była taka głupia – mruknął Draco, szczerząc się i rzucając rozbawione spojrzenie uśmiechniętej Gryfonce. – Czasem dosłownie służyłem za kaloryfer, co Granger?

- To by wyjaśniało czemu często wygadujesz bzdury skoro twój mózg wyparował – odpowiedziała złośliwie, podnosząc kubek z herbatą i biorąc duży łyk. Blondyn przewrócił oczami, a mały Scorpius zmarszczył lekko brwi. Po chwili jednak rozpogodził się i uraczył ich kolejną anegdotką o tym, co ma w planach jutro zbudować z klocków. Hermiona oparła się wygodniej, przytakując dziecku w odpowiednich momentach oraz pozwalając swoim myślom dryfować. Podobał jej się głos chłopca, jego szczerbaty uśmiech i błyszczące oczy, które na wszystko patrzyły z ciekawością. Młody nie był ani samolubny, ani zarozumiały, jak można by spodziewać się po Malfoyu. Zamiast tego, był doprawdy uroczym chłopcem, które z każdym dniem coraz bardziej owijał ją sobie wokół paluszka.

- Dobranoc, Hemina! – Scorpius stanął na palcach, chwytając ją za rękę, a potem cmoknął głośno w policzek. Starała się ukryć, że nie zauważyła momentu, w którym przestał opowiadać, a jego ojciec nakazał mu się położyć.

- Kolorowych koszmarków, Pius – odpowiedziała odruchowo, czochrając malca po blond puklach, a potem unosząc wzrok na Draco. Malfoy uśmiechał się z dziwnym błyskiem w oczach, chwytając syna pod pachy i wynosząc z kuchni. Wiedziała, że jak tylko powieki zakryją błękitne, niewinne oczy, mężczyzna wróci z powrotem do niej. Machnęła różdżką na puste naczynia, posyłając je do zlewu, a potem rzuciła czar czyszczący. Wyciągnęła z szuflady ciasteczka z posypką czekoladową, a do kubka dolała nowej herbaty. Przeniosła się do salonu pamiętając, by zabrać również kubek z gorącym mlekiem Draco, a potem opadła na miękką sofę. Spojrzała na buszujący w kominku ogień, znowu odpływając myślami. Dopiero, gdy na jej ramiona i nogi został narzucony koc, a gramofon zaczął grać, wróciła do chwili obecnej. Malfoy puścił jej oczko, przyciszając odpowiednio muzykę, a potem usadowił się obok niej i wsunął nogi pod materiał. Oparł stopy o jej, a skroń o zagłówek i zawiesił na niej szare oczy.

- Wybacz za niego – westchnął, marszcząc lekko brwi i spuścił wzrok na swoje palce. – Sam nie spodziewałem się takich deklaracji i…

- W porządku, Malfoy, to tylko dziecko. – Hermiona uniosła kąciki ust, opierając brodę na kolanach i również spojrzała na jego długie, jasne palce. Draco przyglądał się jej twarzy, spokojnej i opanowanej.

- Nie oznacza to, że nie miał racji – zauważył delikatnie, ale nie drgnęła jej nawet powieka. Och, Salazarze, kiedyś tak łatwo potrafił ją zawstydzić drobnym komplementem, a teraz siedziała przed nim niczym posąg.

- Co się z nią stało? – Malfoy wyprostował się, odwracając nagle wzrok od ciekawskiego spojrzenia dziewczyny. Hermiona uniosła z zaskoczeniem brwi, szturchając go leniwie stopą, by zachęcić do odpowiedzi.

- Nie żyje.

- Przykro mi – szepnęła, wyciągając rękę i wsunęła palce między jego, by lekko je uścisnąć. Draco uniósł lekko głowę, przekrzywiając ją na bok i wpatrywał się we współczujące, brązowe oczy. – Ale ty nie przejmujesz się tym zbytnio, co?

- Umarła jakiś czas temu przywykłem do tej myśli – wzruszył ramionami, zastanawiając się, czemu przez chwilę zauważył wątpliwość w jej oczach. – Popełniła samobójstwo. Przynajmniej tak sądziłem do ostatnich tygodni.

- Co się zmieniło?

- Dowody – odpowiedział sucho. Zerknął na ich splecione dłonie, miło zaskoczony, że wciąż nie zabrała ręki. Musnął kciukiem jej paznokieć, odpychając myśl o tych samych palcach umazanych krwią.

- Wiem, jak to jest stracić kogoś, kogo się kocha – zabrała dłoń, sięgając z powrotem po swój kubek i rzuciła mu zamyślone spojrzenie. – Naprawdę mi przykro, że tak się to potoczyło. Jak Scorpius sobie radził?

- Astoria nie chciała dzieci. Nie mieli zbyt dobrych relacji – wyjaśnił pokrótce, pomijając ból jaki czuł, gdy widział odrzuconego przez własną matkę syna. Hermiona skinęła głową, przetrawiając tę informację, a on poczuł przerażające pragnienie, by to ona została matką jego syna. Wiedział, że nigdy nie odwróciłaby  się od chłopca.

- Ma za to cudownego ojca.

Uśmiechnął się szeroko, wpatrując w jej wargi uniesione lekko ku górze. Nagle jego uwagę przykuło coś innego i mrużąc powieki, zgrabnie podniósł się z sofy. Podszedł do stojącego regału, w którym jedna z półek posłużyła za stojak na płyty winylowe. Wysunął kwadratowe opakowanie, unosząc brwi i pokazał je dziewczynie.

- Wciąż ją masz…

- Jak mogłabym wyrzucić pierwszy egzemplarz mojej kolekcji? – prychnęła, przyglądając się, jak wyciąga ją, a potem podchodzi do gramofonu, by zmienić płytę. Po chwili, w salonie zabrzmiały pierwsze nuty tak znanej jej piosenki. Draco spoważniał, zerkając na nią z prośbą nim wyciągnął rękę, by zaprosić ją do tańca.

- Draco… - westchnęła, ale jej ciało ją zdradziło, a ich palce splotły się, gdy pociągnął ją do góry. Posłusznie wyprostowała się, pozwalając przyciągnąć się bliżej, a potem ułożyła ostrożnie ramiona na jego barkach. Przymknęła powieki, pozwalając słowom odbić się echem w jej głowie, a sercu zwolnić do normalnego rytmu.

To była ich piosenka.







- Granger, jeżeli z taką miną zamierzasz przywitać Nowy Rok, to nie licz na znalezienie miłości. 

Hermiona nie oderwała wzroku od rozgwieżdżonego nieba, stojąc wciąż bezczynnie z odchyloną głową. Zadrżała, gdy pojedynczy płatek śniegu opadł na jej policzek, ale nim zdążyła mrugnąć, chłodne palce go starły.

- Wyszłam tylko się przewietrzyć – odparła cicho, przekrzywiając głowę, gdy poczuła, jak na ramiona opada jej jego bluza. Potarła policzkiem o materiał, wciągając miętowo-kawowy zapach z nutką alkoholu.

- Granger?

- Malfoy? – wiedziała, że się uśmiechał i bez zerkania na niego. Ale i tak, nie mogła powstrzymać się od obrócenia w jego stronę, by móc zerknąć w stalowe tęczówki błyszczące teraz rozbawieniem oraz radością. Wydawało jej się wcześniej, że Malfoy nie będzie szczęśliwy w towarzystwie Wybrańca, Zdrajcy Krwi oraz Szlamy. A jednak myliła się. Znów. Malfoy zdecydowanie obniżał jej statystyki, jeśli chodzi o nieomylność. Zamiast zamknąć się w sobie ten rozkwitał. Stał się bardziej ludzki, bardziej zrelaksowany oraz bardziej radosny.

A jego aura ich zarażała. Widziała przecież, jak pewność siebie Harry’ego wzrasta, a razem z tym zmniejsza się stres. Jakby czwarta osoba pomogła znieść ciężar odpowiedzialności z jego barków. Ron natomiast znalazł towarzysza do gier w szachy, a jego ponura postawa zminimalizowała się. Jakby uważał, że to Ślizgon będzie tym gburowatym filarem ich grupki. A ona? Cóż, ona czuła się pierwszy raz od dawien dawna zauważona.

- Zatańczymy?

- Nie ma muzyki – zauważyła kąśliwie, wsuwając ręce w rękawy jego bluzy, by lepiej się opatulić. Blondyn błysnął uśmiechem, jakby tylko czekał na taką odpowiedź, a ona nie spodziewała się niczego więcej po tym manipulatorze. Wyciągnął do niej rękę, zapraszając do podjęcia wyzwania.

- Gdzie ta gryfońska brawura? – zakpił, unosząc brew, a ona zastanowiła się przez chwilę, jak to możliwe, że jeszcze nie pomarszczyła mu się twarz od tego częstego nawyku. A sekundę później jej palce po raz kolejny splotły się z palcami Ślizgona. Poczuła ssanie w okolicach pępka, a świat zawirował.

- Chyba sobie kpisz – jęknęła, gdy wyszli z zaułka, na którym się pojawili, a jej oczom ukazała się tabliczka z nazwą ulicy. Zerknęła na chłopaka, który uśmiechał się jak wariat, a potem pociągnął ją w tłum ludzi.

- Powiedz mi, proszę, jaka jest szansa, że jakiś śmierciożerca chociaż przez chwilę pomyśli, że możemy być takimi idiotami i udać się w sylwestra do Paryża? – zapytał kpiąco, splatając ich palce, żeby mu się nie zgubiła, a potem znowu się rozpromienił. – Zero szans, by nas tu szukali.

- Jesteś wariatem, Malfoy. Świrem. – Nie powstrzymała jednak szerokiego uśmiechu, a jej oczy chciwie się wszystkiemu przyglądały. Nigdy nie była w Paryżu, a chociaż to miasto kojarzyło się jej z kiczowatą miłością, to nie mogła zaprzeczyć, że pragnęła je zwiedzić. Tyle niesamowitych miejsc było tu wartych obejrzenia! Muzea, zabytki, łuki, a i oczywiście pieprzona wieża Eiffla.

- Naszym jedynym problemem są nasze stroje – stwierdził, pociągając ją na ulicę Rue du Faubourg Saint-Honoré, która z tego co wiedziała, należała do jednych z najdroższych tras zakupowych. Jej oczom mignęło kilka znanych nazw butików, nim Malfoy zdecydował się ją wepchnąć do eleganckiej galerii. Zamarła na środku marmurowej podłogi, przyglądając się pięknym kreacjom, a potem łapiąc zaskoczony wzrok pracujących tam dziewcząt. Widziała ich wzrok, gdy z pogardą wpatrywały się w jej wytarte spodnie, sweter i bluzę chłopaka.

 - Bonjour, belle dame – Draco zabrał głos, przykuwając uwagę trzech ekspedientek, które od razu się rozpogodziły. Hermiona zerknęła na towarzysza, który widocznie w równie zniszczonych spodniach oraz luźnej bluzce wydawał im się atrakcyjny. Jego oczy zamigotały, jakby odgadł jej myśli, a uroczy uśmiech pojawił się na wąskich ustach. Nie rozumiała, co mówił kobietom, ale ich oczy znów wróciły na nią, a potem z lubością na blondyna. Została zaprowadzona do dużej, eleganckiej przymierzalni, a Draco w tym czasie ruszył do męskiej części sklepu.

- Większość tych stroi jest jak na wieszaki, wiesz? – burknęła, gdy po godzinie ona wciąż tkwiła w przebieralni, a Malfoy od ponad czterdziestu minut wylegiwał się na fotelu przed nią i popijał herbatę z mlekiem. Swój strój miał już na sobie i postanowił zabawić się jej kosztem i kazał wychodzić w każdej nowej stylizacji. Nie wiedziała czy czuła się bardziej upokorzona przez rozbawione spojrzenia tych wyrafinowanych pannic, które podlizywały się Malfoyowi, czy też przez samego delikwenta, który kąśliwie odsyłał ją wciąż po nowe ubrania.

- Nic nie poradzę, że mugole stworzyli sobie taki ideał piękna, Granger – westchnął zirytowany jej marudzeniem, unosząc brwi, gdy stanęła znów przed nim w kolejnej opinającej się na niej sukience. Hermiona skrzyżowała ramiona na piersiach, starając się zasłonić przed natarczywym szarym spojrzeniem, a potem spuściła głowę na czerwony dywan pod jej gołymi stopami.

- Zaraz zamykają. Może odpuścimy? – zaproponowała w końcu, odwracając wzrok od blondynki, która wyszeptała coś do ucha Malfoya, a potem wyszła.

- Nie. Przymierz to – machnął do niej ubraniami, które przyniosła właśnie inna pracownica. Uśmiechnął się do niej pocieszająco, a potem wskazał drzwi przebieralni. – Dawaj, Gryfonko.

Hermiona ugryzła się w język, wracając za kotarę. Zdjęła z trudem sukienkę, odrzucając ją na kupkę pozostałych odrzuconych. Czy to jej wina, że nie nosiła rozmiaru trzydzieści sześć? Przecież to nie tak, że była gruba. Po prostu miała większe uda, małe boczki i pełniejsze piersi, a jej babcia zawsze powtarzała, że to tak powinna wyglądać zdrowa dziewczyna. Teraz jednak czuła się, jak mały wieloryb w muzeum pełnym porcelany. Gdy wkładała ubrania miała wrażenie, że puszczą szwy, a chichoty zza przebieralni wcale nie dodawały otuchy. 

A ostatnio przecież i tak schudła!

Wzięła głęboki wdech podnosząc kolejną kreację. Nasunęła na siebie skórzaną spódnicę, która zaskakująco nie ścisnęła jej bioder, a wygodnie się ułożyła. Przez głowę przełożyła tunikę w kolorze szarej zieleni, która ładnie podkreśliła jej piersi, a później spłynęła luźno po brzuchu. Wyprostowała się, bo po raz pierwszy jej odbicie wydawało się miłe dla oka.

- Udusiłaś się tam?

- Zamknij się, Malfoy – warknęła, wychodząc i stając znów na czerwonym dywanie. Najpierw postanowiła odważyć się spojrzeć na swoją widownię, a każda z trzech ekspedientek uśmiechnęła się do niej z zadowoleniem. Dopiero wtedy zerknęła na chłopaka, który zgodnie z jej życzeniem zamknął buzię. Patrzył na nią pociemniałymi oczami, które nic nie wyrażały. Blondynka podeszła do niej z pudełkiem butów, które po francusku nakazała jej włożyć. Przynajmniej tak przetłumaczyła to sobie Hermiona i bez protestu wsunęła stopy w botki za kostki, które nawet według jej marnego gustu zdawały się fantastycznie pasować. Zmarszczyła brwi, gdy druga przyniosła zegarek, bo nie potrzebowała tak małych drobiazgów do dopełnienia stylizacji, ale nie umiała odmówić.

- Zamierzasz się odezwać? – zapytała, gdy tym razem poprowadzono ją na stołek, a szatynka o nawet miłym uśmiechu wskazała jej kosmetyki. Hermiona zarumieniła się lekko, bo nie miała pojęcia do czego służy większość z nich.

- Peignez-le doucement – poinstruował dziewczęta blondyn, podchodząc do niej ze szklanką wody i mrużąc powieki oceniająco. Hermiona miała nadzieję, że nie kazał z niej zrobić lalki. Nawet nie wiedziała, że chłopak poprosił je o delikatny makijaż. I taki dostała. Lekkie kreski, tusz oraz jedyny wyróżniający się akcent w postaci ciemnej szminki. Gdy ponownie spojrzała na swoje odbicie ujrzała ładną dziewczynę. Włosy zgodzili się zostawić nietknięte, ale pierwszy raz zamiast przeszkadzać, dodawały charakteru. Jej twarz wciąż była okrągła, ale miała wyraźniejsze rysy. Szminka podkreślała pełne wargi, a rzęsy rzucały długie cienie na zarumienione od emocji policzki. Zerknęła za siebie, gdzie Draco właśnie kończył płacić za ich zakupy, a potem nie czekając na nią, wyszedł. Przewróciła oczami na to zachowanie, ale żegnając się cicho podążyła za nim. Na jej nowym zegarku strzałki przesunęły się na godzinę dwudziestą drugą, a ulice zapełniły się ludźmi. Malfoy poprowadził ją w prawo w uliczkę Rue La Boétie, a później stanęli przed sklepikiem z czekoladą.

- Pycha – westchnęła z zadowoleniem, gdy wzięła łyk mlecznej czekolady, którą dostała w kartonowym kubku. Oblizała wargi, a oczy Draco po raz pierwszy mignęły rozbawieniem.

- Zawsze mnie zachwyca ten smak – zgodził się, trącając ją łokciem i wskazując, by szli dalej. Podziękowała w myślach za łaskę takich butów, a nie obcasów, w których jej nogi dawno  już by protestowały. Teraz znowu nie wiedziała na czym skupić wzrok. Na pięknej uliczce, budynkach, rondzie Roosvelta, które mijali, czy ludziach. Wszystko było kolorowe, radosne i piękne. W końcu jej oczy same zdecydowały się zatrzymać na najciekawszym obiekcie – Draco. Zdawał się pasować do paryskiego bytu, a jego oczy iskrzyły się zadowoleniem. Trzymał pewnie swój kubek, upijając z niego małe łyczki, nie brudząc się przy tym. Jego włosy w nieładzie dodawały mu uroku, a długie nogi dostosował do jej mniejszego kroku. 

Zerknął na nią z ukosa, jakby czując na sobie jej wzrok.

- Mogę w czymś pomóc? – zapytał w końcu, gdy nie przestawała się na niego gapić. Zarumieniona, schyliła głowę, by loki chociaż trochę ukryły czerwone policzki. Chrząknęła, by pozbyć się chrypki.

- Po prostu… nie wierzę, że tu jesteśmy – zdecydowała się unieść jednak głowę, ale w tym momencie potknęła się o krawężnik, a kubek wysunął się jej z palców. Patrzyła z żalem na brązową kałuże na chodniku, która kiedyś była jej czekoladą.

- A ja nie wierzę, że jesteś taka niezdarna czasem – parsknął śmiechem, pociągając ją dalej. Hermiona zmarkotniała, ale nie przestawała przyglądać się mijanym miejscom.

- Gdzie idziemy? – zapytała, odwracając się ku chłopakowi, który nagle się uśmiechnął. – Co?

- Słucham jak już, Granger – szepnął, stając z boku i wpatrywał się w nią z uwagą. – Pobrudziłaś się.

- Tu? – potarła ręką kącik ust, a potem znów na niego zerknęła. Draco uśmiechnął się, przewracając oczami i pokręcił głową. Zaskoczył ją, gdy sam uniósł rękę, chwytając jej brodę i  kciukiem dotknął dołeczka na policzku. 

- Tu – oświadczył, ścierając czekoladę, ale nie puszczając jej brody. Zamrugała, gdy jego słodki oddech omiótł jej wargi, a te zdradziecko zadrżały. Wstrzymała oddech, kiedy przybliżył się jeszcze bardziej, a jego oczy nie spuszczały z niej czujnego wzroku. Spuściła na chwilę oczy, gdy poczuła pod palcami miły w dotyku materiał. Straciła przez to czujność, zdumiona, że jej dłonie opierały się o jego tors. Przyglądała się swojej bladej dłoni, której palce zacisnęły się na materiale. Gdy uniosła znowu oczy z przerażeniem zauważyła, że zdążył się nachylić nad nią jeszcze bardziej. Teraz była pewna, że nawet on może usłyszeć bicie jej serca.

- Trzymaj – szepnął, a ona znów spojrzała na swoje ręce. – Trzymaj.

Tym razem zrobił krok do tyłu, a przez to jej dłonie zawisły w powietrzu nim wcisnął w nie swój lekko zgnieciony kubek do połowy pełen czekolady. Zamrugała, patrząc na podarunek a potem spoglądając na niego. Draco jednak patrzył przed siebie i gdyby nie jego trochę cięższy niż normalnie oddech mogłaby uwierzyć, że jej się to przyśniło.

- Dziękuję – odpowiedziała cicho, ale miała ochotę nakrzyczeć na niego, wykląć głupotę tego pomysłu, a najchętniej uderzyłaby się za tak durne reakcje.

- Chodź, słońce, nie traćmy czasu. – Uśmiechnął się do niej łagodnie, wsuwając jej dłoń pod swoje ramię i znów prowadząc. Skinęła tylko głową, trzymając mocno kubek i biorąc kolejnego łyczka.

- Myślałam, że wolisz gorzką czekoladę – oblizała znów usta, posyłając mu lekki uśmiech, który odwzajemnił, a jego oczy zamigotały figlarnie. – Co?

- Miło, że zauważyłaś. – Wzruszył ramionami, a potem zatrzymał wzrok na kubku. – Powiedzmy, że znam cię na tyle, by przewidzieć, że jest około 60% szans na to, że wypuścisz coś ze swoich ciapowatych rąk.

- Czyli… ty? Hmm… wziąłeś mleczną czekoladę, bo stwierdziłeś, że swoją upuszczę? – Zdumiona uniosła brwi, ale Malfoy albo nie usłyszał jej pytania, albo postanowił je zignorować. W tym momencie zabrzmiały pierwsze dźwięki muzyki, a ona ze zdumienia się zachłysnęła. Wyszli na Marsowe Pola pod wieżą Eiffla, która mieniła się na różne kolory. Wszędzie stali ludzie w grupkach bądź parach, palili zimne ognia, trzymali kubki z piwem, puszki bądź flaszki z czymś mocniejszym. Niektórzy ubrali się pstrokato, inni skąpi, a inni otulili się szalami. Pod wieżą rozstawiona była scena, a na niej prowadzący zapowiadali kolejnych artystów, którzy niewiele jej mówili.

- To co? Idziemy tańczyć? – wyszczerzył się do niej i nie czekając pociągnął ją w skaczący do granej muzyki tłum ludzi. W pierwszym momencie poruszała się niepewnie, popychana łokciami oraz deptana. Ale w końcu sama załapała rytm, a jej nogi zaczęły poruszać się zgodnie z innymi. Uniosła ręce do góry, szukając wzrokiem Malfoya. Uśmiechnęła się do siebie, gdy zobaczyła jak płynnie się porusza kocią gracją, a wokół niego już zaczęło tańczyć parę dziewczyn. Czuła jak jej ciało się nagrzewa, a płuca lekko palą, kiedy następne piosenki nie zwalniały tempa. Odsunęła się od nachalnego mężczyzny, gubiąc na chwilę z oczu Malfoya. Nim jednak zdążyła się przejąć, jego silne ramię ją objęło, a przed nosem pojawiła butelka jakiejś whisky.

- Skąd ty to wziąłeś? – parsknęła, grzecznie biorąc duży łyk i odbierając od niego butelkę z colą by popić mimo jego niezadowolonej miny. Ale i tak ją przyniósł!

- Pijemy za Paryż! – krzyknął, a niektórzy wokół zagwizdali, gdy sam pociągnął duże łyki. Teraz tańczyła przy blondynie, który idealnie dopasował swój taniec do jej, a ich ciała pocierały się o siebie od czasu do czasu. Podawali sobie butelkę i colę, wyrzucając już puste do śmieci. Hermiona wybuchnęła śmiechem, gdy znowu ją pociągnął w tłum by tym razem tańczyć już tylko z nią. Pozwalała się obracać, przyciągać i odpychać. W jej głowie szumiało, w gardle piekło, a usta prosiły o łyk wody, gdy brała głębokie wdechy. Przed oczami migotała jej wieża, Draco i kolorowi ludzie. W uszach słyszała muzykę, krzyki i rozmowy.

- Pięć!

- Cztery! – zawołała tym razem z tłumem, gdy zrozumiała, że zaraz w końcu przywitają Nowy Rok.

- Trzy! – odwróciła się by spojrzeć na Malfoya, który wpatrywał się w niebo.

- Dwa! – Szare tęczówki spotkały się z jej, a ona w tym momencie zrozumiała, że przez miesiące nauczyła się patrzeć na niego jak na przyjaciela. Teraz jednak uświadomiła sobie, że nie może. Teraz był kimś więcej. Im bardziej sobie to uzmysłowiła przez swój lekko pijany umysł tym bardziej zaczęła się nienawidzić.

- Szczęśliwego Nowego Roku!                                                                 

Jak mogła się nim zauroczyć?

Prawda była taka, że nie będą razem. Ani teraz, ani kiedyś.

- Szczęśliwego Nowego Roku, Granger – zadrżała, gdy nachylił się, by wyszeptać te cztery słowa do jej ucha, a wystarczył jeden jej ruch, wystarczyło podnieść głowę, stanąć na palcach, by go pocałować.

- Szczęśliwego Nowego Roku, Malfoy – poruszyła wargami, gdy jego usta musnęły jej policzek, a on odsunął się o sekundę za późno. Odwróciła głowę, by móc spojrzeć na rozświetlone fajerwerkami niebo wyrzucając sobie tchórzostwo i głupotę.

Wtedy to poczuła. Nieśmiałe muśnięcie chłodnych palców, które po paru sekundach zawahania splotły się z jej. Nie odważyła się jednak odwrócić wzroku od pięknego nieba, ale oparła się plecami o jego tors, pozwalając im na chwilę zapomnieć o świecie i wtulić się w siebie.

Czasem można złamać reguły, prawda?





 - I tak nie jest moją ulubioną – powiedziała spokojnie, gdy wciąż się kołysali. Poczuła jak jego ramiona lekko drżą od cichego śmiechu.

- Wiem – przewróciła oczami na taką arogancję, a gdy ostatnie dźwięki piosenki dobiegły końca, odsunęła się. Stali naprzeciw siebie jak kiedyś, mierzyli się spojrzeniami, a ich myśli płynęły swobodnie.

- Ja też za tym tęskniłam – przyznała, wskazując brodą ich złączone dłonie. Powoli uwolniła rękę, robiąc krok do tyłu, a potem rzuciła mu smutne spojrzenie. – Ale dużo się zmieniło od tych czasów.

- Czasów ucieczek? Myślę tak samo – burknął, wsuwając kciuki do kieszeni spodni. – Chyba dorośliśmy na tyle, by zmierzyć się z prawdą.

- A jaka jest prawda? – zapytała zimno, unosząc brwi i uśmiechając się kpiąco. – Ja jestem szalona, a ty straciłeś żonę. Tylko dlatego nasze losy znów się skrzyżowały.

- Jesteś szalona? – zaśmiał się ironicznie, rzucając jej wyzywające spojrzenie. – Genialna Granger czy Grzmotnięta Granger?

- No proszę, a martwiłeś się, że nie pamiętasz jak to jest być Malfoyem – pokręciła głową, odwracając się na pięcie i wbiegła po schodach na piętro. Nie trzasnęła drzwiami tylko ze względu na chłopca śpiącego parę pokoi dalej.

- Kurwa – przeklął Draco, uderzając pięścią w gzyms kominka i skrzywił się, gdy zapiekły go kostki. 

Ale dobrze było czuć ból. 

Ból przypominał mu o tym, że żyje.



***



- Hej, Granger, czy ten obiad jest elegancki, oficjalny czy przypomina bardziej stypę?

Hermiona podniosła wzrok znad laptopa, gdy Malfoy nagle pojawił się w jej pokoju. Otworzył drzwi, stukając później o framugę i na koniec wskoczył na jej łóżko. Przesunęła spojrzeniem po jego sylwetce, gdy tuż po prysznicu miał na sobie jedynie długie dresy firmy Nike oraz biały podkoszulek. Oparł się na zgiętych łokciach, by zerknąć na ekran, a po chwili sięgnął bez pytania po leżące w miseczce obok chrupki.

- Zdajesz sobie sprawę, że najpierw się puka, a potem wchodzi? – rzuciła kąśliwie, odsuwając miskę poza jego zasięg i spojrzała na niego z góry. Od pamiętnego wieczoru minęły dwa dni, a oni zgodnie puścili to w niepamięć. Bądź udawali, że to zrobili.

- Och, wiem jak się puka – odpowiedział gładko, unosząc zaczepnie brwi i przesunął spojrzenie na jej usta. – Nie pamiętasz?

- Nie wiem o czym myślisz, ale mi się to nie podoba – westchnęła, skupiając się znów na laptopie. Lubiła włamywać się do innych systemów. Lubiła szukać luk w niby profesjonalnych programach, a potem z dumą odnajdywać w plikach tajne akta. Ludzie nie powinni tak ufać swoim sprzętom.

- Jak mam się ubrać? – jęknęła, wiedząc, że już nie da jej spokoju. Zamknęła więc komputer, odstawiając go na etażerkę, a potem opadła na poduszki. 

- Nie jest to oficjalna impreza – mruknęła w końcu, zasłaniając ramieniem oczy i starając się zignorować zapach mydła oraz ten specyficzny, który kiedyś często jej towarzyszył. Zapach Draco.

- W co ty się ubierasz? – kontynuował przesłuchanie, przeciągając się i układając na boku, by móc się jej przyglądać.

- W spodnie i bluzkę? – burknęła, nieruchomiejąc, gdy ręka chłopaka zacisnęła się na jej nadgarstku, a potem wyprostowała jej ramię odsłaniając tym samym twarz. Uniosła powieki tylko po to, by pokazać mu niezadowolone spojrzenie, ale wstrzymała oddech, gdy poczuła jego własny na policzku.

- Opowiedz mi coś – szepnął i przesuwając rękę niżej, splótł ich palce. Hermiona instynktownie ułożyła się w identycznej pozycji, opierając policzek o wolną dłoń i wbiła wzrok w mężczyznę. Ich oddechy zmieszały się ze sobą, ale nie przeszło im nawet przez myśl, by się odsunąć. W pewnym momencie jej serce zwolniło, co blondyn musiał wyczuć, jednak nie zareagował. 

Wpatrywali się w siebie.

Widziała spokojne szare tęczówki, ciekawe i zamyślone. Włosy wciąż gęste, opadły mu częściowo na czoło, a delikatny zarost na policzkach przypominał, że ze znajomego chłopca przemienił się w mężczyznę. Bluzka przylegała do jego brzucha i ramion, dzięki czemu mogła dowiedzieć się, że wciąż ćwiczył. Palce miał cieplejsze niż jej, jak zawsze, dłuższe oraz w pewien sposób delikatne. Bawił się kciukiem na wierzchu jej dłoni, kreśląc wzorki.

Draco również nie tracił czasu. Chłonął obraz kobiety, która śniła mu się przez ostatnie lata. Oczywiście, zmieniła się i ostatniej nocy jej obraz w sennych marach uaktualnił się. Miała szczuplejszą twarz, bez rumieńców, bez uśmiechu, bez blasku. Wciąż pełne usta spierzchły teraz, a jej język czasem wysuwał się, by je oblizać. Rzęsy wciąż były długie, podkręcone oraz ciemne. Leżała przed nim w luźnej bluzie i krótkich spodenkach, a on pragnął okryć ją kocem. Ale nie poruszył się. Bał się. Nie chciał przerwać tej dziwnej chwili.

Chwila zmieniła się w dłuższy czas. Hermiona zauważyła to, gdy w pokoju zapadła całkowita ciemność, a śmiech Harry’ego i Scorpiusa zniknął w pewnym momencie, gdy Potter położył chłopca spać. Jej powieki robiły się coraz cięższe, ale nie pozwalała im opaść. Jeszcze nie teraz.

- Nie wyglądasz na wariatkę – szepnął w pewnym momencie, wywołując sprzeczne emocje w brązowych oczach, które zamigotały lekko.

- A więc przejrzałeś Internet? – zaśmiała się cicho, ale nie był to wesoły chichot. – Grzmotnięta Granger, co?

- Opowiesz mi coś?

Hermiona uśmiechnęła się lekko, wysuwając dłoń z jego uścisku, co wywołało niezadowolenie mężczyzny. Obserwował jak wstaje z łóżka, by wyciągnąć coś z szafy. W końcu ku jego zaskoczeniu wróciła z kocem, który na nich zarzuciła. Znowu się położyła, a jej palce odszukały jego.

- W porządku – Hermiona spoważniała, zastanawiając się czemu się na to godzi. Może pragnęła poczuć smak przeszłości. Ich częste leżenie na łóżku, jak teraz, wpatrywanie się w siebie tak długo, aż nie zmorzył ich sen? Historie opowiadane szeptem po nocach, gdy dręczyły ich koszmary. Lubili tę grę. Opowieść za opowieść, sekret za sekret.

- Więc?

- Jesteś niecierpliwy, Malfoy – zauważyła karcąco, ale przewróciła oczami na ciche mruknięcie. – Więc… wróciłam do Hogwartu.

- Wiem. Nie zdziwiłem się aż tak, wiadomo było, że znów obudzi się w tobie kujonka – parsknął, unosząc brew na jej urażone spojrzenie. – Mów.

- Wolę ci pokazać – stwierdziła w końcu, zaciskając powieki i pozwalając mu zajrzeć do swojego umysłu. Draco westchnął, posłusznie wkradając się do jej głowy, by ujrzeć wspomnienia, które raczyła mu ukazać.







Hermiona. Hermiona. Hermiona.

Granger. Granger. Granger.

Szeptali, a ona starała się nie zgrzytać zębami i nie rzucać na nich klątw.

Wyszła z Wieży dzielnych lwów, którzy chcąc nie chcąc, byli ostatnio irytujący. Starając się ją wspierać obchodzili się z nią jak z jajkiem. Posiadała teraz własne dormitorium, bo Lavender nie żyła, a Patil nie wróciła. Zatem straciła współlokatorki, czego akurat zazwyczaj nie żałowała. Miała paskudny nawyk budzenia się z krzykiem, by kogoś tym dręczyć.

- Hermiona!

Westchnęła kolejny raz, zatrzymując się i odwracając z niechęcią,  kiedy Cormac szedł w jej stronę. McLaggen nie zmienił się zbytnio. Wciąż miał rozrośnięte barki, ciemno blond pukle oraz ciemne oczy, które błyszczały teraz niezdrowo.

- Cześć – stanął metr od niej, wsuwając dłonie do kieszeni bluzy i bujając się na stopach.

- Cześć – odpowiedziała spokojnie, denerwując się powoli, że traci czas na bezsensowne rozmowy z kimś niezbyt ciekawym. Powstrzymała się jednak przed nieprzyjemnym komentarzem, rzucając okiem na okno, gdzie rozpościerał się widok na zachodzące nad lasem słońce.

- Niedługo jest wyjście do…

- Nie kończ – wróciła do niego spojrzeniem pełnym niemej prośby oraz niechęci, bo dobrze wiedziała o co mu chodziło. Oblizała usta, robiąc krok w tył i rozłożyła ręce. – Nie jestem gotowa na takie… wyjścia.

- Ale…

- Cormac, następnym razem, dobrze? – poprosiła, przyglądając się jak smutnieje, ale jego wargi rozciągnęły się w jeszcze jednym uśmiechu.

- Nie ma sprawy, piękna, zaczekam tyle ile będziesz chciała – obiecał, chociaż nie tego oczekiwała. Zmusiła się do stania spokojnie, gdy nachylił się, by cmoknąć ją w policzek, a potem obróciła się i po krótkim pożegnaniu odeszła. Czuła jego wzrok na swoich plecach do ostatniej chwili, gdy zniknęła za zakrętem.

- A więc, co jest z nim nie tak?

Hermiona podskoczyła, gdy tuż obok niej pojawiła się Pansy. Parkinson uśmiechała się przebiegle, a jej ręka wsunęła się gładko pod ramię Gryfonki.

- Czy wy wszyscy macie jakiś problem z niewtykaniem nosa w nie swoje sprawy? – zapytała lekko zirytowana, ale widząc promienny uśmiech Ślizgonki przewróciła oczami. Pansy nie była normalna. Nie żeby potrzebowała normalności, ale ciemnowłosa zdecydowanie nie była spokojem, którego podobno potrzebowała. Pansy daleko było do spokoju. Była wulkanem energii, który bez częstego zaspokajania własnych potrzeb, wybuchał.

- Wydaje się słodki – zamruczała jedynie w odpowiedzi Parkinson, marszcząc nos na własne słowa. – Nie mów chłopakom.

- Tego, że Gryfon może być słodki czy tego, że to akurat McLaggen? – parsknęła, gdy ta jedynie wzruszyła ramionami. – Po co przyszłaś?

- Och, nie jesteś zbyt ufna, co? – Pansy zatrzymała się zmuszając ją do tego samego, a słońce oświetliło na chwilę ich twarze, gdy przystanęły przy oknie. Parkinson usadowiła się na parapecie, nie bacząc na spódniczkę od mundurka, która podwinęła się zanadto na jej udach.

- Nie muszę na to odpowiadać, prawda? – prychnęła, sadowiąc się naprzeciwko i oparła się plecami o ścianę. – Mów.

- Moi rodzice chcą cię poznać – gładko odpowiedziała Pansy, robiąc z ust dziubek oraz zezując na nią. – Są zbyt ciekawi mojej nowej przyjaciółki, by zostawić cię w spokoju. Dlatego zapraszają cię do nas na przerwę świąteczną.

- Nie… jest to dobry pomysł. Jestem… hmm, szlamą? – zamrugała, przetrawiając nieoczekiwane zaproszenie, a Pansy uniosła brwi do góry. – No co?

- Serio? To twoja odpowiedź? Jestem szlamą? – zaśmiała się cicho, nachylając ku Hermionie i chwyciła jej dłonie w swoje. – Posłuchaj mnie, głupia, bo nie zamierzam w najbliższym czasie być sentymentalna. Moi rodzice mają w dupie twoją krew, karnację czy preferencje seksualne. Możesz być i charłakiem pragnącym seksu z ogrem, ale fakt, że mnie znosisz, a ja znoszę ciebie jest na tyle ważny, by to przysłonić. Lubię cię, Hermiono i wciąż dziwię, że to mówię. Widzisz nigdy nie miałyśmy szansy się poznać, bo nie te czasy, nie te domy, nie ci znajomi. Ale teraz? – oczy dziewczyny zamigotały, gdy wbiła mocniej pomalowane na fioletowo paznokcie w jej skórę. – Dostałyśmy tę szansę, a Theodore był gotów się tobą podzielić. Nie będę kłamała, na początku chodziło mi jedynie o idiotyczny układ, w którym my przestajemy być tymi złymi, a ty… a ty co właściwie?

- A ja się nie nudzę, ale kontynuuj, proszę – poprosiła, zbyt poruszona słowami dziewczyny, by wyjaśnić jej, że potrzebowała zmian i czasu na odszukanie również siebie. Plus potrzebowała mieć obok siebie chociaż minimalną namiastkę dawnego towarzysza z wojny.

- Ale ten układ zmienił się w naprawdę szczerą przyjaźń… z mojej strony – Pansy wzruszyła ramionami, mrużąc powieki na przytaknięcie Gryfonki. – Wiesz, to nie tak, że nie miałam przyjaciółek, ale większość z nich to zdziry. Miło mieć teraz kogoś bardziej szczerego.

- Zawsze myślałam, że też jesteś zdzirą – przyznała Hermiona, wywołując dumny półuśmiech Ślizgonki, jakby właśnie powiedziała jej miły komplement. – Ale nie jesteś chodzącym złem, a… przy tobie naprawdę jest łatwiej. Łatwiej być sobą.

- Czyli przyjmujesz zaproszenie? – Pansy klasnęła, zeskakując z parapetu, a potem pociągnęła ją za sobą dalej. – Ostrzegam tylko, że moi rodzice nie są całkowicie normalni.

- Cóż, można to przypuszczać, jak się na ciebie popatrzy, prawda? – zaśmiała się z oburzonej miny przyjaciółki, która zagryzła wargę, by ukryć uśmiech.

- To opowiedz mi lepiej o tym Cormacu…




- Tak się zaczęła wasza przyjaźń? – Draco zamrugał, gdy wypchnęła go z umysłu. Hermiona zerknęła na niego z lekkim uśmiechem, bo ciepło w sercu po tym wspomnieniu jeszcze się nie ulotniło.

- Na początku, jak mówiła Pansy to był układ. Zaprzyjaźniłam się jednak i… - wzruszyła ramionami, obracając się na plecy i westchnęła cicho. – Jestem zmęczona.

- Dobrze, już daję ci spać – prychnął, wysuwając się spod koca i zatrzymując się  przy drzwiach. – I dziękuję.

- Za co?

- Za zajęcie się nią – szepnął, krzywiąc się na jej uniesione brwi. Skinęła jednak głową, bo to był jeden z tych ukrytych przed Pansy motywów jej przyjaźni z nią. Chciała poznać dziewczynę, o której tyle słyszała od niego. Może liczyła, że przy Pansy znów poczuje obecność Draco?

- Jutro twoja kolej – zauważyła jedynie, obracając się do niego plecami i zacisnęła palce na kocu, gdy powiedział jej dobranoc. Kiedy drzwi się zamknęły odczekała parę minut, nim wyciągnęła rękę i wyjęła z etażerki sztylet, który wsunęła pod poduszkę.

A potem zasnęła.





Szablon