23 sierpnia 2017

06. Tears come from the heart and not from the brain


WAŻNE.

Powiem wprost. Jest mi przykro. Prawie 200 osób przeczytało ostatni rozdział, ale ile z nich postanowiło skomentować? Nie, nie będziemy się bawić w gry "10 kom = nowy rozdział". Ja Was szanuje i nie będę tego robić, ale liczyłabym chociaż na działanie zasady CZYTASZ = KOMENTUJESZ. 

Nie przestanę pisać. Nie zawieszę. Piszę dla siebie i dla swojej przyjemności. Jednak byłoby miło, gdybyś czasem się odezwali. Co myślicie, co Wam się podoba, gdzie jest błąd. Nie gryzę. A byłby to kop motywacji. Jeżeli udostępniam, widzę liczbę osób czytających, a potem pustki to trochę robi mi się nieprzyjemnie. 

Proszę również o zaprzestanie wysyłania mi pytań na Facebooku czy na maila z krótkim "kiedy next". Naprawdę moje życie nie kręci się jedynie wokół dramione. Piszę w wolnym czasie, gdy czuję, że robiąc to i wymyślając sama przeżywam. Inaczej nie umiem. 

Wybaczcie niezbyt przyjemną notatkę, ale raz na paręnaście rozdziałów pozwolę sobie uwolnić frustrację. 


A teraz zapraszam do przeczytania nowego rozdziału,
Lupi♥

PS. Na DJNZ jeżeli ktoś nie widział również jest nowy rozdział o Pansy ;)


















- Hermiona – odpowiedziała w końcu, nie odrywając wzroku od chłopca. Miał jasne włosy, które rozczochrane po spaniu sterczały w każdą stronę. Okrągła twarzyczka posiadała symetryczne kości policzkowe oraz duże, głęboko osadzone, migdałowe oczy. Lekko zadarty nos psuł pełną harmonię buzi godnej miana rzeźby Michała Anioła. Chłopczyk siedział na środku schodów, opierając się ramieniem o barierki i przypatrywał jej z uwagą.

- Ja jestem Scorpius – wyznał z nieśmiałym uśmiechem, który jeszcze bardziej upiększył dziecięcą buźkę. Nie mogła oderwać oczu od jego tęczówek. Miały najpiękniejszy szafirowy odcień jaki kiedykolwiek widziała. – Co tu robisz?

- Mieszkam  – uraczyła chłopca delikatnym uśmiechem, zerkając w kierunku kuchni, a potem z rozmysłem popatrzyła na dziecko. – Masz ochotę na kubek gorącego kakao?

Nie zdziwiła się, gdy z ochotą przytaknął. Przeszła pod łuk prowadzący do kuchni i przepuściła blondyna, który z ciekawością wszedł do środka. Wskazała chłopcu krzesło przy dużym, drewnianym stole, na które malec bez problemu się wdrapał. Sama wyciągnęła dwa kubki, jeden niebieski, a drugi fioletowy i zabrała się za przygotowywanie kakao. Oparła się o blat, wyglądając przez okno, a potem wróciła spojrzeniem do swojego towarzysza. Scorpius oparł łokcie o blat, a o dłonie brodę i nie odrywał od niej ciekawskich oczu. Wpatrywali się w siebie w ciszy przerywanej jedynie kuchenką, na której gotowało się mleko. W końcu napełniła oba kubki gorącym napojem i postawiła je na blacie przed malcem.

- Wybieraj – poleciła, unosząc brew, gdy sięgnął po ten fioletowy. – Zazwyczaj dzieci wolą niebieski.

- Nie jestem zwyczajny – Wzruszył ramionami i nachylając się by podmuchać do środka. – Zazwyczaj dorośli piją tą czarną… mhm, kawę. A nie kakao. Ja pije kakao.

- Nie jestem zwyczajna – powtórzyła jego słowa, unosząc do góry naczynie i upijając gorący łyk. Skrzywiła się, gdy gorące kakao poparzyło jej trochę język, ale bez chwili czekania wzięła kolejne dwa łyczki.

- Jesteś koleżanką tatusia? – zapytał, gdy zdążył już pobrudzić buzię i oblizać dokładnie usta.

- Chyba tak – mruknęła, unosząc koniuszki ust. – Twój tata ostatnio nie rozmawiał ze mną.

- Tata nie ma dużo kolegów. Koleżanek też – wyznał cicho, jakby zdradzał jej straszny sekret. – Jest wujek. I wujek Harry. No i Hannah.

-  Teraz to się zmieni – szepnęła bardziej do siebie niż do chłopczyka, który znów skupił się na swoim piciu. – Powiedz mi, Scorpiusie, który smak lodów najbardziej lubisz?

- Czekoladowy – odpowiedział od razu, marszcząc zabawnie nosek, jakby rozbawiony tak absurdalnym pytaniem. – A ty?

- Też – przyznała z uśmiechem, zerkając przez ramię, gdy w przejściu stanął Diego. Mały Malfoy wstrzymał oddech, gdy przenikliwe oczy husky’ego skupiły się na nim.

- Mogę… mogę go pogłaskać? – zapytał, nie odrywając wzroku od psa, który zrobił kilka kroków do przodu. Przytaknęła, obserwując z zaintrygowaniem jak malec zsuwa się z krzesła i małymi krokami przybliża do psa. Diego był niemalże tego samego wzrostu co chłopczyk, który stanął niecały metr przed psem. Oparła się wygodniej, kiedy jej kochany pupil obniżył pysk i wepchnął go z ufnością w wyciągniętą rękę blondyna. Chłopiec nie potrzebował większej zachęty, a po paru sekundach stał wtulony w futrzaka, który polizał go po policzku.

- Cerber będzie zazdrosny – stwierdziła, słysząc jak drzwi od ogrodu zaskrzypiały, gdy rottweiler otworzył je by dostać się do środka. Nie myliła się, bo niecałą minutę później ”brat” Diego stanął obok i z ciekawością obwąchiwał chłopczyka. Scorpius zaśmiał się, drapiąc pod brodą i drugiego psa, który z entuzjazmem polizał palce dziecka.

- Pius, ile razy cię prosiłem byś nie zostawiał koca na podłodze kiedy wstajesz – drgnęła, przenosząc wzrok na zatrzymującego się w wejściu mężczyznę. Nie mogła powstrzymać się od wpatrywania w zaspaną twarz, która pojaśniała na widok szczęśliwego syna. Dwudniowy zarost na policzkach dodał niechlujnego uroku blondynowi, ale pasował do niego i taki wygląd. Niebiesko szare oczy spoczęły na niej równie przenikliwie, co wiele lat temu. Nie spuściła wzroku, nawet kiedy przez jego twarz przemknął uśmiech, na który nie odpowiedziała. Wciąż nie potrafiła do końca odnaleźć się w tej sytuacji. Oboje wiedzieli, że nie dostaną od życia drugiej szansy. Ich historia miała być krótka, z konkretnym zakończeniem. Podpisali pakt z diabłem, pozwalając zatracać się w sobie, by uciec od wojny. Bo dobrze znali ostatni rozdział. I kiedyś bez wahania przyznałaby, że epilogiem ich wspólnych przygód, było rozstanie po wygranej Harry’ego. Koniec. A jednak los wyśmiał ich układ i o to znów miała przed sobą Dracona Malfoy’a.

- To jest Hermiona i tutaj mieszka – poinformował ojca Scorpius, uśmiechając się z zawstydzeniem, gdy jego tata uniósł z rozbawieniem brew. – I jest twoją koleżanką.

- To prawda – przytaknął, przechodząc obok syna i czochrając go po już i tak nieuczesanych włosach. Opadł na krzesło zajmowane wcześniej przez swoją mniejszą kopię i zerknął do stojącego przed nim kubka. – Kakao.

- Gratuluję przenikliwości, Malfoy – parsknęła bezwiednie, marszcząc ze zdumieniem brwi na swój zaskakująco rozbawiony głos. Czasem miała wrażenie, że zapomina jak to jest być taką… rozluźnioną. I przerażająco łatwo poczuła się tak przy blondynie.

- Kakao to moja specjalność.

Ich spojrzenia się skrzyżowały, gdy wspomnienia chcąc nie chcąc zaatakowały ich umysły.






- Czego się napijesz?

- Kakao – odpowiedziała od razu, uśmiechając się złośliwie, gdy zmarszczył brwi.

Usiadła z zadowoleniem na krześle, opierając się o blat i przyglądała się chłopakowi. Draco wyciągnął z szafki dwa kubki, a potem podszedł do lodówki by odnaleźć w niej mleko. Przymknęła powieki chłonąc słodki początek dnia. Jak zwykle obudziła się pierwsza i nie minęło dziesięć minut, by nie obudziła blondyna, marudząc na burczący brzuch. Wiedziała, że to go orzeźwi i rozbudzi od razu. Rzadko kiedy zdarzało jej się ostatnimi czasy być głodną. 

Od kiedy Ron pokłócił się z nimi na temat horkruksów i odszedł, Gryfonka bardzo zmarkotniała. Czasem zdawało się, że w ich trio, to Draco był jedynym wierzącym, że rudy niedługo wróci. Fakt faktem, ostatnio ich jedynym zajęciem było chodzenie bezczynnie od punktu do punktu i rzadko kiedy zahaczali o jakąś bazę. Skończyły im się wskazówki, a nadzieja powoli się ulatniała. Jednak dzisiejszego poranka Hermiona poczuła głód. A co więcej, jej parszywy humor zniknął i nie mogła się doczekać, by pochwalić się swoim uśmiechem przed resztą
.

- Mhm, Mia? – zamrugała wyrwana z własnych przyjemnych myśli, przesuwając wzrok na towarzysza, który niepewnie uniósł karton mleka. – W sumie to nie wiem co dalej.

- Oj, Malfoy, Malfoy, żebyś nawet kakao nie umiał zrobić – przewróciła oczami, gdy zmarszczył nos i już otwierał usta, by jej równie złośliwie odpowiedzieć, ale przeszkodziła mu szybko. – Pomogę ci.

Ślizgon ugryzł się w język przytakując i bez słowa przyjął pomoc. Kiedyś zapewne wyśmiałby ją i zmieszał z błotem. Teraz jednak z uwagą przyglądał się tak prostej czynności, jaką było robienie kakao. Hermiona podała mu łyżeczkę, każąc mieszać, a sama przeszła do okna i wyglądała przez nie na budzącą się do życia przyrodę. Cieszyła się niezmiernie, gdy kolejny już raz zawitali w rodzinnym domu Nimfadory. Tonks przywitała ich z Teddym na rękach, a Remus wyściskał, kiedy tylko przekroczyli próg. Mieli dla siebie kolejne parę dni by pozbierać się oraz zebrać siły. Harry wciąż znikał z Remusem, który z chęcią rozmawiał z chłopcem i wspominał jego rodziców. Nimfa, korzystając z ich obecności udawała się na krótkie misje, powierzając im opiekę na swoim synkiem. Andromeda odzyskała swój dawny wigor i wciąż wyklinała pod nosem wszystkich arystokratycznych ślepców. Mogłoby się wydawać, że to normalny rok, normalny początek grudnia, normalna rodzina.

- Jak na mądrą podobno czarownicę miewasz bardzo kiepskie pomysły – wytknął jej, gdy już ze zrobionym piciem wyszli na ganek. Uśmiechnęła się lekko, siadając na jednym ze stopni prowadzącym do ogrodu i oparła się ramieniem o barierkę. Blondyn, mimo jeszcze paru burkliwych komentarzy, usiadł tuż przy niej, prostując długie nogi i położył łokcie na schodku wyżej. Przyglądali się jak pagórki i lasy zaczynają budzić się do życia, wraz ze wstającym słońcem. Niebo przybrało ciepły odcień, a pierwsze promienie słońca padły na ich twarze.

- Myślisz, że gdzie teraz jest? – Hermiona zerknęła na towarzysza, który westchnął przeciągle, również rzucając na nią okiem.

- Myślę, że gdziekolwiek jest, jest bezpieczny. Trochę wiary, Mia, nie jest już dzieciakiem – mruknął, wyciągając rękę i przeczesując palcami jej loki. – Żadne z nas już nie jest dzieckiem.

- Ale jest sam i… - Wzruszyła ramionami, przymykając powieki, bo jego palce gładzące jej głowę wywołały przyjemne dreszcze. Przysunęła się bliżej, nie zdając sobie nawet z tego sprawy i opierając policzek na jego ramieniu, wciągnęła do płuc miętowy zapach jasnowłosego. Znali się od tak dawna, ale dopiero od ponad roku tak naprawdę odkrywali siebie nawzajem. Nie zauważyła nawet, że wcześniej zachowywała się jak inni – oceniając, a nie znając osoby. Nie cierpiała tego, ale nie mogła zaprzeczyć, że się myliła.

Wszyscy się mylili. Draco Malfoy naprawdę miał w sobie cień dobroci.

- Hej, rozchmurz się, złośnico – wyszeptał do jej ucha, muskając wargami jej włosy, a potem czoło. Uniosła głowę, opierając brodę na jego ramieniu, przez co ich twarze znalazły się bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Widziała teraz, że obramowanie jego tęczówek miało jaśniejszy kolor niż te przy źrenicy. Dostrzegała niewielką bliznę przecinającą kawałek skóry na brodzie, której nigdy wcześniej nie widziała. Miętowo-czekoladowy oddech owiał jej twarz, gdy chuchnął na nią by zdmuchnąć zbłąkany kosmyk.

- Draco? – również szepnęła, czując nieprzyjemną gulę w gardle. Nie mogła się powstrzymać, by nie spojrzeć na jego usta, które sekundę wcześniej oblizał. Znów zerknęła w szare oczy, które błysnęły,dostrzegając jej spojrzenie.

- Kiedy mnie porwaliście ze sobą i kiedy ocknąłem się, gdy siedziałaś obok… a potem, gdy uciekałaś z namiotu, gdy pojawiałem się w nim i kiedy wzdychałaś niezadowolona, gdy uczyłem Harry’ego czarnej magii i nawet, gdy pierwszy raz porozmawialiśmy neutralnie, na temat tych cholernych spadających gwiazd… - zamrugał, sam zdumiony słowotokiem, którego nigdy nie miewał. Zacisnął szczękę, starając się pozbierać i na nowo na nią spojrzał. – Nigdy nie sądziłem, że staniesz się dla mnie taka ważna, Granger.

- Nie powinieneś tego mówić – odsunęła się, podnosząc i prawie wypuszczając swój już pusty kubek. Weszła do środka, nie oglądając się za siebie i umknęła do kuchni, gdzie wstawiła naczynie do umywalki.

- Wiem. Po prostu czasem mam dość, że musimy… musimy pamiętać o świecie – wywróciła oczami, bo oczywiście nie mógł jej zostawić. Oparła się biodrem o blat, splatając ramiona na piersi i zerknęła na niego z politowaniem. – Jest pieprzona wojna i może jej nie przeżyjemy. A my staramy się unikać tego tematu, bo co?

- Bo nie tak ma się zakończyć ta historia, pamiętasz? Walczysz nie dla mnie, a dla swojej narzeczonej. Narzeczonej, Draco – zagryzła wargę, spuszczając na chwilę wzrok nim  powróciła do jego zastygniętej w drzwiach sylwetki. – Jesteśmy jednym rozdziałem. Epizodem. Dlatego, proszę, nie psuj tego.

- W porządku – zmrużył powieki, podchodząc do niej bliżej i odkładając również swój kubek. Jednocześnie przyciągnął ją do siebie, opierając podbródek na czubku jej głowy i rozluźnił się, gdy oddała uścisk. – Ale to nie oznacza, że to popieram.

Hermiona uniosła kąciki ust w słabym uśmiechu. Jej też się to nie podobało. Jak nagle zwyczajne spojrzenie, pojedyncze słowa, krótkie rozmowy, lekki dotyk stał się czymś więcej? Jak mogli do tego dopuścić? Draco miał Astorię, a ona miała Rona. Nie mogli porzucić wszystkiego dla kaprysu. Dla pragnienia bliskości, które wymuszała wojna.

Bo to był kaprys. Jeden z wielu, gdy umysł krzyczał, że możesz umrzeć. Nic więcej.





- Dzień dobry! – Hermiona drgnęła, odrywając wzrok od równie odległych co jej szarych tęczówek. Harry wszedł do kuchni, naciągając przez głowę koszulkę i uśmiechnął się wesoło. Potarł pięścią zaspane oczy, co bardziej przypominało dziecięcy odruch niż dorosłego mężczyznę, którym już był.

- Dzień dobry – odpowiedziała z zaskakującym spokojem jak na targające nią emocje wywołane wspominkami. Cmoknęła z niezadowoleniem, gdy cudem nie stanął Diego na ogonie, a pies posłał mu równie urażone spojrzenie. Zielonooki jednak zupełnie nie przejęty, wyciągnął sobie kubek, a potem zabrał się za parzenie kawy. Draco również go obserwował, zdumiony swobodą Pottera, który nie zachowywał się jakby był w nie swoim domu. A może to nie było dla tej dwójki niczym wielkim? Zapewne Wybraniec spędzał u przyjaciółki drugą połowę wolnego czasu, więc czym się tu dziwić? Bardziej niepokojące było ukłucie zawiści, że on nie wiedział nawet, który pokój należał do gospodyni, a co dopiero, gdzie trzymała łyżeczki, czy cukier.

- Biegałaś – rzucił suchym tonem Harry, siadając na krześle i wciągając zapach świeżej kawy. Jednocześnie spojrzał na nią karcąco, mrużąc powieki z niezadowoleniem. – Nie mogłaś mnie obudzić?

- Nie – przeniosła wzrok na chłopczyka, bo pod przenikliwymi oczami Malfoy’a i niezadowolonymi przyjaciela poczuła się nieswojo. Scorpius siedział teraz i głaskał po brzuchu husky’ego, który z wywieszonym językiem cieszył się jak szczenię. – Ostatnio w ogóle nie śpisz. Czemu miałabym cię budzić?

- Nie musisz się o mnie tak martwić – mruknął Harry, wyciągając rękę by postukać opuszkami o jej ramię. – Wiesz, że mamy nawał pracy. Dlatego jestem niewyspany.

- Dlatego powinieneś wziąć w końcu troszkę wolnego. Nie każda sprawa wymaga wielkiego i potężnego Wybrańca! – zauważyła złośliwie, przewracając oczami i ignorując zupełnie obu siedzących przy stole chłopaków wyszła z kuchni. Draco patrzył chwilę za nią nim wrócił spojrzeniem do pustego krzesła, a potem przyjaciela. Harry miał zmarszczone czoło, a jego oczy skrzyły się nie złością, a troską.

- Powinienem pytać…? – mruknął, opierając się wygodniej i westchnął na krótkie spojrzenie zielonookiego. – A-ha, czyli nie.

- Dowiesz się w swoim czasie – zapewnił go Harry, wyciągając z kieszeni telefon i wybrał z listy kontaktów małżonkę. Draco drgnął zaintrygowany, gdy jako kontakt wyświetliła się uśmiechnięta Pansy, robiąca zeza i wystawiająca język. Był cholernie ciekaw jak tej dwójce się układało. I jak do licha się pobrali!

- Nie odbiera – parsknął, gdy Harry odłożył po chwili telefon i przeczesał nerwowo dłonią włosy. Zielone tęczówki migotały teraz irytacją, a jednocześnie skruchą co jeszcze bardziej go rozbawiło. – Jak to jest… być mężem Pansy?

- Lepiej niż myślałem – odpowiedział bez wahania, szczerze się uśmiechając. 

Otworzył galerię zdjęć i podsunął mu telefon.

Popatrzył znów na zdjęcie dawnej przyjaciółki, która siedziała na ławce w jakimś parku trzymając w jednej dłoni watę cukrową, a w drugiej kawałek słodkości. Dzięki kolejnej wymyślnej technologii Weasleyów, zdjęcie poruszało się, jak te magiczne. 

Chociaż na telefonie wyglądało to i tak, jak gif bądź krótki film. Jednak jeżeli Potter wywołałby to zdjęcie to ono wciąż pokazywałoby śmiejącą się radośnie Parkinson. Przesunął palcem dalej, unosząc kąciki ust, gdy na zdjęciu pokazało się więcej osób. 

Tym razem byli na jakiejś polanie, siedząc na kocu przy jeziorze. Pansy stała, zasłaniając oczy dłonią i machała z uśmiechem na twarzy do fotografa. Za nią w ich stronę biegło dziecko, na oko w wieku Scorpiusa, z czarnymi rozwianymi włosami i brudną buzią. Na kocu siedziała Hermiona, ubrana w letnią sukienkę z kapeluszem na głowię oraz uśmiechem, który nawiedzał go w snach. Śmiała się z czegoś, co powiedział do niej siedzący obok  chłopak. Jego serce zabiło mocniej, bo od razu zauważył bliskość tej dwójki, a jednak nie umiał odnaleźć w pamięci tego mężczyzny o jasnych włosach i brązowych tęczówkach.

- Kto to? – nie mógł się powstrzymać, co wywołało zadowolony uśmiech u przyjaciela.

- Ben Capell – odpowiedział w końcu, nie mówiąc jednak nic więcej, bo Draco przesunął znów palcem, natrafiając tym samym na nagranie. Rzucił okiem na zielonookiego, który jedynie skinął zachęcająco głową.

- Dwudziesty czwarty lipca dwa tysiące piąty. Godzina czternasta. Caleb właśnie otrzymał list z wynikami owutemów! – na ekranie widać było uśmiechniętą szeroko Hermionę, która zmrużyła powieki z rozbawieniem i wystawiła język do kogoś za telefonem. Po chwili obraz zawirował, a im ukazał się koc i siedzące na nim osoby. Granger podeszła bliżej, przybliżając kamerę na chłopaka siedzącego obok Pansy, który machał kopertą i robił krzywe miny. – Caleb! Pokaż co tam masz!

- Mia, proszę… - westchnął, pokręcił blond czupryną, zmarszczył brwi i w końcu zaśmiał się na upór towarzyszki. – No dobra, dobra! Otwieram!

- Czego ty się obawiasz, Cal? Zostałeś przygotowany do nich najlepiej z całego roku! – Draco poruszył się, gdy dobiegł go głos Pansy, która na chwilę pokazała się w telefonie. Wyglądała równie pięknie, co ostatniego dnia, którego ją spotkał. Czarne pukle splotła w warkocza, na głowie miała duży kapelusz, a oczy przysłaniały okulary przeciwsłoneczne. Uśmiechała się jednak szeroko i wydawała się być zrelaksowana oraz szczęśliwa. Obok w nosidełku drzemało jakieś dziecko, a za byłą Ślizgonką biegał ciemnowłosy chłopczyk.

- Okej, kamera out. Hermiona, no! Ben, powiedz jej coś! – blondyn zaśmiał się, wyciągając rękę i uciął tym samym, głośny chichot Gryfonki. Ekran pociemniał. Draco przesunął znów palcem, chłonąc oczami widok Hermiony siedzącej obok Pansy. Obie z puszkami piwa w dłoniach, uśmiechami i rumieńcami od słońca.

- A Caleb to? – zapytał w końcu, oddając telefon przyjacielowi i spoglądając na korytarz prowadzący do salonu, gdzie pobiegł właśnie Scorpius. Harry mruknął coś do siebie, przecierając palcami oczy i westchnął.

- Syn Jugsona. Zakolegował się z Hermioną, kiedy wróciła do Hogwartu. Tak, wróciła na ostatni rok. – Wzruszył ramionami, nie pozwalając mu zadać następnego pytania. – Słuchaj, Malfoy, naprawdę dużo się działo. I w naszym życiu, i w naszych zawodach. Dużo.

- Co ty nie powiesz, Potter – cmoknął z niezadowoleniem, przyglądając się, jak mężczyzna zerka na zegar wiszący na ścianie, a potem za okno na ciemne chmury. – Nie idziesz do pracy?

- Chciałbym. Pansy już narzeka, że nawet w weekendy mam wezwania – przewrócił oczami, a nim Draco odpowiedział, w kuchni znów stanęła Hermiona. Tym razem w normalnych spodniach oraz sweterku, a włosy spięła w niechlujnego koka na czubku głowy. Obrzuciła obu chłodnym spojrzeniem, zaplatając ramiona na piersi i popatrzyła na nich spod byka.

- Będziesz tu znów spał czy Pansy cię przyjmie? – zapytała w końcu, a Harry uśmiechnął się do niej niewinnie.

- Po pracy pójdę do domu. Nie może aż tak długo się gniewać? W końcu, co powie Jamesowi i Regiemu? – przeczesał palcami ciemne włosy, kierując się na schody, a po drodze cmoknął dziewczynę w policzek. – Natomiast duży Malfoy i mały Malfoy to…

- Ściśle tajne – dokończyła gładko, zerkając z ukosa na gościa, który siedział wygodnie na krześle i ciekawie się im przyglądał. Zielonooki przytaknął z zadowoleniem, uciekając na górę. Draco nie odwracał wzroku od kobiety, a ta równie uparcie i ciekawie wbijała w niego brązowe oczy.

- Jeżeli przeszkadza ci nasza obecność, to możemy… przenieść się do hotelu? – zaproponował, splatając dłonie i przekręcając lekko głowę pod naporem rozdrażnienia w jej spojrzeniu. Dziewczyna przygryzła wargę, wzdychając cichutko.

- Nie. Możecie zostać – machnęła w końcu dłonią, obracając się i wracając do salonu. Chcąc nie chcąc, Draco stwierdził, że najlepszym rozwiązaniem będzie do niej dołączyć. Zastał Granger przy gramofonie, który zainteresował jego synka. Opadł na sofę, omijając z gracją leżącego na dywanie rottweilera i obserwował rozmawiającą ze sobą dwójkę. W końcu z głośników poleciała znana mu piosenka, zespołu Archive. Uniósł kąciki ust, kiedy synek zaczął wystukiwać stopą rytm. Dobrą muzykę ma w genach. Minutę temu usłyszeli jeszcze krzyk Harry’ego, że wychodzi i mają się pilnować.

- Możemy na chwilę zignorować fakt, że jesteśmy dla siebie nieznajomymi i poudawać, jakby nic się nie zmieniło? – Hermiona usiadła obok niego w bezpiecznej odległości, zerkając na Scorpiusa, który z chęcią zaczął bawić się klockami, które schowane były w dużej szafie przy przejściu. Nie zdążył nawet zainteresować się faktem, że miała szafę pełną zabawek, bo zaintrygowała go jej nagła zmiana.

- Możemy – powiedział w końcu, odchylając się  do tyłu i wyciągnął przed siebie długie nogi. Spojrzał spod rzęs na towarzyszkę, która posłała mu leciutki uśmiech, kiwając potakująco głową.

- Zatem… - strzeliła kostkami u dłoni, co oznaczało, że czuje się nieswojo. Hermiona przesunęła wzrokiem po ścianach i wiszących gdzieniegdzie zdjęciach i w końcu znowu na niego spojrzała. – Jaki jest współczesny Malfoy?

- Szczerze mówiąc, to nie wiem. Od lat nie było Malfoy’a, a w zamian istniał Darren Origo – wzruszył ramionami, uśmiechając się, gdy Scorpius na chwilę uniósł głowę w poszukiwaniu prostokątnego klocka, a potem wrócił do zabawy. – W sumie czeka mnie poważna rozmowa z Piusem, na ten temat.

- Poczekaj z tym jeszcze trochę, niech sytuacja się trochę wyjaśni – mruknęła, podciągając kolana pod brodę i opierając się o nie. – Kim zatem jest, Darren Origo?

- Właścicielem firmy prawniczej na Manhatannie, mężem amerykańskiej modelki Katherine, która popełniła samobójstwo oraz samotnie wychowującym syna wdowcem – mimo gorzkich słów, miał ochotę się uśmiechnąć na widok jej zaskoczonej oraz zamyślonej miny. – Darren Origo jest prawdopodobnie lepszą wersją Draco Malfoy’a.

- Nie znam Darrena Origo, ale wydaje się niezłym burakiem – uniósł brew, gdy w końcu się odezwała z tym swoim wystudiowanym spokojem. – Ale znałam Draco Malfoy’a, a on był… dobrym człowiekiem.

Spojrzała na niego uważnie, jakby starając się odnaleźć w nim jakąś wskazówkę, że wciąż był tym samym chłopakiem, z którym spędziła długie miesiące podczas wojny. Brązowe oczy lśniły jakby zadowoleniem, gdy w końcu lekko skinęła głową, a potem podniosła się lekko i wyszła bez słowa z salonu.

Draco zamrugał zaskoczony, zerkając na cieszącego się zabawą synka, dwa psy, które nie zainteresowały się nawet wyjściem swojej pani, a potem wrócił spojrzeniem na puste już miejsce obok siebie.

Hermiona Granger była kiedyś najbliższym mu człowiekiem.

Teraz jednak poczuł się, jakby ktoś ogłuszył go i wrzucił do przeszłości, gdzie nie umiał z niej czytać.

Znów była zagadką, a on znów chciał się dowiedzieć o niej wszystkiego.



***



- Kurwa – przeklęła cicho, kiedy ekran laptopa zamigotał, a cały kod, który tak długo tworzyła został usunięty. Jęknęła zawiedziona, bo od sukcesu dzieliły ją tylko sekundy. Czyżby Harold spodziewał się już włamania do jego danych? I nałożył nowe zabezpieczenia? Usunęła ślady po swoim szperaniu na jego dysku, a potem kilkoma kliknięciami, pozamykała wszystkie programy.

- Nie jesteś głodna?

- Nikt cię nie nauczył, że się najpierw puka? – warknęła, opuszczając ekran i rzucając okiem na stojącego w jej drzwiach blondyna. Harry przywiózł do niej Malfoy’a dwa dni temu. 

Dwa dni spędziła nie mogąc zasnąć, bo nasłuchiwała ich głosów zza ściany. Dwa dni nie mogła niczego przełknąć, bo nie mogła przyzwyczaić się, że dawno nie widziany chłopak siedzi przed nią i bezczelnie się w nią wpatruje. A teraz jeszcze Harry poinformował ją, że przez ostatnie zabójstwo jednego z więźniów w Azkabanie, nie może jej jeszcze zdradzić powodu powrotu blondyna do kraju.
Jedyne co wiedziała, to że ma to coś wspólnego z matką Scorpiusa, która popełniła samobójstwo. Może udałoby się wyciągnąć z Malfoy’a coś więcej, jednak po ich ostatniej  rozmowie w salonie dwa dni temu, zwyczajnie zaczęła gości unikać. Wstawała jeszcze wcześniej niż zwykle, by pobiegać i zdążyć coś przekąsić, nim ta dwójka się budziła. Potem zamykała się w pokoju i siadała do pracy, nie pozwalając sobie przeszkadzać.

A teraz przeklęty Draco Malfoy śmiał wejść do jej pokoju. I nie zapukał.

- Myślałem, że na początku wypada zaprosić na kolację, a dopiero potem… - poruszył sugestywnie brwiami, ale widząc, że nie załapała, zaczął mruczeć coś o jej cnotliwej naturze i pukaniu. Pokręciła głową, nie mogąc uwierzyć, że ten kretyn miał tak uroczego synka.

- Chcesz czegoś? – uniosła brew, wzdychając i poprawiając się. – Potrzebujesz czegoś?

- Tak – przytaknął, opierając się plecami o ścianę i zakładając ramiona na tors. – Chciałbym zobaczyć, jak coś jesz.

- Masz dziwne marzenia, Malfoy – zauważyła uszczypliwie, wyciągając rękę i wyciągając z leżącej na etażerce paczki kukurydzianego chrupka, którego ugryzła i przeżuła teatralnie. – Zaspokoiłam cię?

- Nie, ale to urocze, że chciałaś mi zrobić dobrze – burknął, podchodząc do niej i mocnym uchwytem wyrwał jej paczkę chrupek. – Chodź na dół, na kolację.

Hermiona przyglądała się mu, jak wychodzi z jej chrupkami, a potem usłyszała tupot nóg na schodach. Jęknęła cicho, wyklinając blondyna, ale posłusznie zeszła za nim. Weszła do kuchni, gdzie na krześle siedział Scorpius, machając zwisającymi nad ziemią nogami.

- Hermiona! – ucieszył się, posyłając jej szeroki uśmiech. – Tatuś mówił, że źle się czułaś, dlatego byłaś w pokoju.

- Tak. Mam uczulenie na fretki – mruknęła, czując lekkie ukłucie żalu, że nie pomyślała o młodszym Malfoy’u. Chłopczyka chętnie obserwowała, a kilka razy z nim rozmawiała, bo jak na takiego małego smyka, był dość pojętnym chłopcem. A co dopiero urokliwie łobuzerskim aniołkiem.

- Co zjemy na kolację? – zapytał Draco, otwierając lodówkę, która przez dwa dni stała się jeszcze bardziej pusta niż zwykle. Wyciągnął dwa opakowania gotowych już dań, wrzucając je  z zadowoleniem do śmietnika. – Koniec jedzenia takiego szajsu, Granger.

- Cudownie – przewróciła oczami, naciągając na stopy buty i jeszcze raz westchnęła, gdy obaj spojrzeli na nią z zaskoczeniem. – Skoro mamy coś zjeść, to musimy wyskoczyć do sklepu po zakupy?

- Dobra, skoczę po bluzę i… co?

- Malfoy, nikt nie wie, że tu jesteście, pamiętasz? – pokręciła głową, powstrzymując chęć uderzenia się z dłoni w czoło. – Nie możesz ze mną pójść do sklepu. Sama pójdę.

- Ale…

- Słuchaj. Nie wiem co powiedział ci Harry, ale biorę i leki, i stosuję się do zaleceń, więc nie mam już… problemów. Dlatego sama mogę pójść do pieprzonego sklepu! – warknęła, spuszczając wzrok na mniejszego blondyna, który zrobił duże oczy. – Przepraszam, Scorpius.

- Tacie też się zdarza – wzruszył ramionami, marszcząc nosek, gdy Malfoy odruchowo zaprotestował. – Zdarza.

- Wrócę za niecałą godzinę – powtórzyła jeszcze raz, a potem nie bacząc na kolejny protest Draco, wyszła za drzwi. Gwizdnęła głośno, czekając przy bramie aż Diego i Cerber przybiegną z ogrodu, a potem wyszła na ulicę. Wieczorem zrobiło się o wiele chłodniej, dlatego poprawiła płaszczyk i wsunęła dłonie do kieszeni. Zacisnęła palce na scyzoryku schowanym w prawej kieszeni i ruszyła do przodu pewniejszym krokiem.

Nie wiedziała co dokładnie Potter zdążył powiedzieć Malfoy’owi, a co sam Draco zdążył się już o niej dowiedzieć. Wolała nie zawracać sobie tym głowy, bo od tego tylko dostawała migreny. Mieścina, gdzie stał jej dom, była niewielka. Mniejsza od Doliny Godryka, ale całe szczęście w centrum posiadali placyk oraz kilka kawiarni. Minęła fryzjera, piekarnię oraz kilka zamkniętych już sklepów z odzieżą. Wieczorem zazwyczaj najdłużej pozostawała otwarta ASDA, przez mieszkańców nazywana sklepikiem Maddy, bo od wielu lat na jedynej ławeczce przez cały dzień przesiadywała stara pani Maddy, która zawsze o wszystkim wiedziała. Weszła do środka, nakazując obu psom posłusznie poczekać przed wejściem, na co oba przystały bez skomlenia.

Dopiero, gdy stanęła przed półkami pełnymi różnych opakowań płatków, chrupek i puszek, zdała sobie sprawę, jak dawno sama nie robiła typowych zakupów. Z pewną nostalgią zaczęła wrzucać do środka różnego rodzaju płatki do mleka – nie wiedziała, jakie Scorpius lubi najbardziej – opakowanie kakao, obowiązkowe żelki, a potem przeszła do praktyczniejszych sprawunków. Gdy miała już zapakowane różnorakie owoce, warzywa, kilka opakowań mięsa, serki, wędliny i napoje. Zatrzymała się w dziale odzieżowym, w którym kupiła parę koszulek oraz bieliznę dla chłopca. Problem odzieżowy Malfoy’a pozostawiła jemu samemu.

- Hermiona! – drgnęła, gdy z połowy korytarza dobiegł ją piskliwy głos. Zerknęła przez ramię, wymuszając na twarzy uśmiech, gdy w jej stronę podbiegła Agnes. Agnes Corner była typową sąsiadką, która uwielbiała plotkować, urządzać sąsiedzkiego grilla oraz witać nowych mieszkańców ciastem i lemoniadą. Kobieta miała trzydzieści cztery lata, dwójkę dzieci oraz typowo znużonego pracą męża, który jedynie sprawiał wrażenie kochającego człowieka.

- Cześć, Agnes – przywitała się, widząc jak brązowe oczy kobiety skanują jej pełny wózek.

- Och, urządzasz przyjęcie? – zapytała dociekliwie, przekładając swój koszyk z ręki do ręki.

- Nie, nie. Będę miała niedługo gości – odpowiedziała gładko, ale Agnes zaczęła już swój kolejny wywód na temat przyjęć międzysąsiedzkich i jak dobrze zacieśniają one relacje międzyludzkie. Hermiona pozwoliła kobiecie prowadzić monolog przez kolejne pięć minut, samej upewniając się, że wszystko co ważne już spakowała.

- To co ty na to? – zerknęła na towarzyszkę, która wyczekująco się w nią wpatrywała.

- Pomyślę – odparła, domyślając się, że znów zaproponowano jej gościnę w mdłym domu państwa Corner. Nim zdążyła jeszcze coś dodać, jej kieszeń zawibrowała, a telefon zadzwonił. Wymruczała przeprosiny, wyciągając komórkę i uśmiechnęła się na widok numeru.

- Co mam przynieść na jutrzejszy wieczór? Wino, whisky czy starą, dobrą Ognistą? – usłyszała, gdy tylko wcisnęła zieloną słuchawkę, a kąciki jej warg zadrżały w kolejnym uśmieszku. – Swoją drogą zjadłaś już kwaśne żelki?

- Ciebie też miło usłyszeć – skwitowała złośliwie, wykładając jednocześnie zakupy na ladę. – Szczerze mówiąc to już mam plany.

- W ramach wyjaśnienia chciałbym przypomnieć, że noce są od spania, a nie płakania w poduszkę. Czy wciąż utrzymujesz, że masz plany? – Hermiona przewróciła oczami, przyglądając się, jak starszawa kasjerka skanuje powoli jej produkty. – A może znalazłaś innego przyjaciela?

- Oczywiście, że nie. Lubię cię, bo jesteś równie dziwny co ja – podała kobiecie z plakietką „Mary” kartę, poprawiając gotowe już do zabrania torebki. – Jedyne co lubię bardziej to kubek gorącej czekolady z bitą śmietaną.

- A może mnie w wannie pełnej gorącej czekolady, hm?

- Musisz mi zniesmaczyć nawet to? – prychnęła, kiedy burknął coś o uszczypliwości. – Theo, zadzwonię później, okey? Jestem w sklepie i...

- Co robisz w sklepie?

- Zakupy? – westchnęła, poprawiając torebkę, a potem mruknęła na pożegnanie i wrzuciła do niej jeszcze telefon. Chwyciła reklamówki, żegnając się z kasjerką i wychodząc do czekających cierpliwie psów. Diego i Cerber ruszyli za nią raźnym krokiem za budynek, gdzie upewniwszy się, że nikt jej nie widzi, zmniejszyła wagę zakupów. Powolnym krokiem ruszyła w kierunku domu, ciesząc się chłodnym, rześkim powietrzem. Dopiero, gdy światła zaczęły pojawiać się rzadziej, a ona przez parę metrów słyszała jedynie swoje kroki, przyspieszyła. Cienie najchętniej nawiedzają ją taką porą.

- Wszystko w porządku. Spacerek. Ty i psy. Nie jesteś wariatką, Hermiono – szeptała, czując coraz szybsze bicie własnego serca. – Nie jestem szalona.



***



Hermiona Jane Granger była szalona.

To pierwsze co można było znaleźć w Internecie na jej temat. Draco spojrzał tęsknie na pusty kieliszek, stojący na przygotowanym już przez niego i Piusa stole. Znaleźli ładny, szary obrus oraz zastawę bardziej elegancką, niż te kolorowe talerzyki, które miała w szafkach. Pius ustawił nawet świeczki, które powoli się spalały. Sam chłopiec siedział przed rozpalonym kominkiem, bawiąc się jakimiś samochodami, całkowicie zatracony w swojej wyobraźni.

Spojrzał znów na ekran swojego nowiutkiego laptopa – Apple MacBook Pro 15-inch LED, który był objawieniem dwa tysiące siódmego roku – wybierając pierwszy link i klikając w niego.

„Hermiona Granger zwolniona z pracy!”

Zsunął wzrok na zdjęcie przedstawiające znaną mu Gryfonkę, na którym miała na nosie okulary, a sama robiła wesołe obroty w spranych lekko ogrodniczkach. Włosy, pokręcone i sterczące, splotła w dwa warkocze, uzyskując tym zaskakująco niewinnie przekorny urok. Obok była natomiast świeższa fotografia, gdzie dziewczyna szła z obstawą w stronę Ministerstwa, a jej oczy wpatrzone w obiektyw, były puste.

„Zgodnie z doniesieniami z samego Ministerstwa Magii, Hermiona Jane Granger została dzisiejszego dnia zwolniona ze skutkiem natychmiastowym z pracy. Agentka Federalna z Biura Aurorów jest znana z niezawodnie przeprowadzonych licznych akcji, a na jej koncie znajduje się wiele nazwisk powiązanych ze złapanymi w ostatnich latach poplecznikami Voldemorta. Auror Granger jest cenioną przyjaciółką Harry’ego Pottera, który odmówił komentarza w tej sprawie.

Pojawiają się pytania, czy to chwilowe załamanie po ostatnich, ciężkich misjach, czy geniusz młodej aurorki sprowadził na nią szaleństwo?

Najświeższe informacje tylko u nas!”

- Aż zaskakujące, że nie napisała tego Skeeter – mruknął pod nosem, wchodząc w kolejne linki. Każda najświeższa informacja powielała te same doniesienia.

Wariatka. Szalona. Załamanie. Depresja. Agentka. Zwolniona. Problemy psychiczne. Niezrównoważona. Obłąkana. Nieobliczalna. Szalona. Szalona. Szalona.

Genialna Granger, czy Szalona Granger?

- Cebel! – niemal podskoczył, gdy Scorpius krzyknął radośnie na widok ciemnego rottweilera, który stanął w drzwiach. Tuż za nim pojawił się Diego, a on usłyszał kroki Hermiony kierującej się do kuchni. Pozostawił niechętnie synka z psami, pamiętając o zapewnieniach przyjaciółki, że prędzej odgryzłyby nos Wróżce Zębóżce, niż pozwoliły, aby włos spadł z jasnej czupryny chłopca.

Granger stała do niego tyłem, rozkładając nerwowo kupione produkty. Podszedł bliżej, przyglądając się drżącym dłoniom, które kiedyś tak często łapał w swoje ręce. Położył rękę na ramieniu dziewczyny, wypuszczając powietrze ze świstem, kiedy nagle obróciła się gwałtownie, uderzając go z impetem w piszczel, a drugą ręką powaliła na ziemię. 

Uniósł głowę, gdy nóż do masła otarł się o jego szyję, kiedy wbiła go centymetry od jego grdyki w deskę podłogi. 
Brązowe tęczówki błyszczały dziko, a strach, wściekłość i nienawiść, które w nich migotały zmroziły go. Patrzył z fascynacją jak ten lód topnieje, a usta zaczynają drżeć. Wypuściła wstrzymywany oddech, osuwając się na kolana obok niego i rozluźniła palce na ostrzu. Podparł się na łokciach, przyglądając, jak zaczyna głęboko oddychać, mamrocząc do siebie coś o lawendzie i uspokojeniu.

- Nie wiem co mnie bardziej zaskakuje. Fakt, że chciałaś poderżnąć mi gardło nożykiem do masła? – spojrzał na niedoszłe narzędzie zbrodni, wyglądające niepokojąco nieszkodliwie. – Czy to, że kupiłaś moje ulubione płatki śniadaniowe?

- Kupiłam je tylko dlatego, że to są MOJE ulubione płatki śniadaniowe – mruknęła w końcu, podnosząc się z gracją i powracając do wypakowywania zakupów. Draco dołączył do niej, pocierając o bolące go plecy i łydkę. Jak nic będzie miał siniaka.

- Jestem w szoku, że umiesz kupować też coś innego niż mrożonki – wsadził ostatni twarożek do lodówki, posyłając towarzyszce szczery uśmiech. – To pora na jedzenie?

- Dobrze wiesz, że nie umiem gotować – syknęła, niezadowolona, że musi na głos przyznać się do braku umiejętności w jakiejkolwiek dziedzinie. Wsunęła kciuki do kieszeni spodni, unosząc złośliwie kąciki ust. – To jedna z niewielu rzeczy jaka się nie zmieniła podczas twojej obecności.

- A co się zmieniło? – wyciągnął kilka produktów, domyślając się, że jeśli mają dziś zjeść cokolwiek normalnego, to zależy to od niego. Kątem oka nie przestawał obserwować towarzyszki, która posłusznie odsunęła się, wskakując na blat i krzyżując kostki. Ciemne oczy śledziły jego ruchy tak uważnie, że miał wrażenie, jakby go prześwietlała.

- Chociażby status Harry’ego? – uniosła brew, ale uśmiechnęła się tym razem łagodniej, co trochę go zaskoczyło. – Harry i Pansy byli szokiem dla wszystkich. Ale nawet i dziennikarze ich pokochali. Och, jakie było zamieszanie przed ślubem! Jaką suknię powinna założyć, ile kosztował welon, jaki był koszt tortu… to samo działo się po narodzinach Jamesa. I Regulusa.

- Regulus? Regulus od Blacka? – wstrzymał oddech, gdy ich spojrzenia się skrzyżowały.


Wspomnienia wróciły zbyt gwałtownie.







- To… intrygująca posiadłość.

Draco spojrzał na stojącego obok Pottera, który skrzywił się na to niedopowiedzenie. Grimmauld Place 12 bowiem można było w tamtym okresie nazwać przeróżnie, ale słowo „intrygujące” nie oddawało ponurości tego miejsca.

- I niezbyt bezpieczna, ale skoro nie mamy zbyt wielu opcji, to…? – Ron wzruszył ramionami, a oni już bez zbędnych komentarzy ruszyli dalej. Malfoy nie mógł powstrzymać prychnięcia na widok zagraconej oraz porzuconej kuchni, gdzie kubki stały w różnych miejscach, jakby Zakon pozostawił je tak, gdy się ewakuował.

- Przydałby się tu remont, Harry. Mogę polecić świetnego architekta wnętrz, który zadba nawet o zasadę yin i yang – kontynuował, unosząc brew na widok nieogarniętej miny rudego. – Może to nie odpowiedni czas.

- To bardzo nieodpowiedni czas, Malfoy – burknęła Hermiona, idąca tuż przed nim, a on i tak wiedział, że właśnie marszczy czoło. Postanowili dla swojego bezpieczeństwa nie rozdzielać pokoi. Lepiej ułożyć się w jednym miejscu i tym miejscem została sypialnia Syriusza. 

Jak dziwnym doznaniem dla młodego Ślizgona było znajdowanie się w pokoju pełnym symbolów Gryffindoru i sztandarów z lwem. Nie powstrzymał uśmiechu na widok mugolskich plakatów z motocyklami oraz półnagimi kobietami, które wywołały odrazę w oczach Hermiony.

- Snape nie zdradził tego miejsca – powtórzył stanowczo, gdy Hermiona po ostrej dyskusji na temat kto śpi na łóżku w końcu na nim usiadła. Draco naprawdę czasem nie potrafił zrozumieć jej mentalności. Była dziewczyną! – nie, nie oznaczało to, że była słabsza, bo nie oszukujmy się… nie była słaba – a dziewczyna w towarzystwie dżentelmenów, czy raczej jego i tych dwóch baranów, nie będzie spała na podłodze! Ta jednak ubzdurała sobie, że łóżko należy się Potterowi, co wywołało kolejną burzę. Kobiety.

- Wiemy, Malfoy. Jakby zdradził, że jesteś z nami, to byli byśmy martwi. A tak… jest po naszej stronie – westchnęła, przesuwając wzrokiem po przyklejonych na ścianie nad biurkiem fotografiach. Draco wpatrywał się w jej zmęczoną twarz, szare cienie pod dużymi, sarnimi oczami. Zerknął na spierzchnięte wargi, które często zagryzała ze stresu, na drżące wciąż dłonie, wystające kolana. Hermiona Granger była niesamowitym okazem do obserwacji. Widział, jak przez ostatnie miesiące szczupleje, nabiera nerwowych nawyków, zmniejsza się jej apetyt. I poczuł dziwne ukłucie strachu. Czy to nie powinna być sprawa tylko Weasley’a i Pottera? To ich przyjaciółka, a jego…? Towarzyszka samobójczej misji? Dziewczynka o zmarszczonym nosie na jego widok? Wciąż podejrzewała go o zdradę. Uważnie obserwowała. Śledziła wzrokiem.

- Nie zostawię was – szepnął, a gdy spojrzała na niego z zaskoczeniem i speszeniem, skrzywił się i chrząknął. – Miałem na myśli, że was nie zdradzę, Granger.

- Wiem to, Malfoy – parsknęła cicho, zrzucając ze stóp buty i podwijając je na materac. 

On również poprawił się na zaimprowizowanym zaklęciami łóżku, które sobie upodobał. Jej brązowe oczy błysnęły, a malinowe wargi wygięły w leciutkim uśmiechu.

- Wiesz to? Bo zachowujesz się, jakbym był waszym wrogiem. Twoim wrogiem, a… nie jestem – dokończył niezgrabnie, zastanawiając się czemu to rudy poszedł pierwszy do łazienki, a Harry na spacerek po swojej posiadłości.  

- Przepraszam.

Zamrugał, zbyt zaskoczony i wytrącony z równowagi, by zareagować w jakiś sposób. Czy ona go przeprosiła? Otworzył usta, by po chwili je zamknąć, zachowując się niemalże niczym speszony Weasley. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie uwolnili jakiejś klątwy swoim przybyciem? Może Granger jednak się złamała? Oszalała?

- Nie chciałam cię, szczerze mówiąc, z nami w grupie. Nie byłam pewna, czy to dobra opcja, ale to była bardzo dobra opcja. I wiem, że nie zachowywałam się zbyt przyjaźnie, ale… bałam się, Malfoy – dziewczyna wyciągnęła rękę, nachylając tak, by jej dłoń zawisła na środku dzielącego ich łóżka odstępu. Przyglądał się brązowym, roztrzepanym lokom, lekko zarumienionym policzkom, rozciągniętemu swetrowi i oczom ze złotym połyskiem. A potem również się pochylił, chwytając w swoją dłoń, zaskakująco delikatne palce.

- Ja też przepraszam. Za te wszystkie lata i… przeszłość? – znów go zaskoczyła, gdy cicho zachichotała, potrząsając energicznie jego ręką.

- Nie róbmy się sentymentalni, bo się wzruszę – zaśmiała się, wycofując na swoje łóżko i pokazując w uśmiechu wszystkie zęby. – Mówiąc z serca to nowość, że mam z kim porozmawiać na temat eliksirów.

- Och, nie. Czyli to był podstęp? – dramatycznie złapał się za serce, czując dziwną lekkość i spokój na duchu. – Chciałaś zgody by zamordować mnie godzinnymi dyskusjami?

- Masz mnie, Malfoy! – przewróciła oczami, podnosząc się niezgrabnie, co zaskakująco go rozczuliło, a potem mijając Harry’ego i Rona poczochrała ich po włosach. Zielonooki nie skomentował tego, ale przenikliwe spojrzenie Weasley’a padło na niego na dłuższą chwilę.

- Zastanawiam się, czy nie uderzyłem się w głowę pod prysznicem? – mruknął w końcu, wycierając ręcznikiem rude kosmyki i robiąc głupią minę. – Draco?

- Tak, Ronaldzie? – wytrzymał bitwę na spojrzenia, prychając, gdy Gryfon cicho przeklął i padł na swoje łóżko. Harry wyszczerzył się jedynie zbyt skupiony na swoich myślach by coś dodać. Pozwolił się w ciągnąć w rozmowę z rudzielcem na temat tego miejsca i jego pokrewieństwa z Syriuszem. To było dość upokarzające, że osoba, którą oceniał jako głupią oraz głupszą, okazała się naprawdę zajmującym rozmówcą. Lubił i żarty, i przekomarzanki z Ronem, który jako jedyny pobił go w szachy.
W końcu wróciła Hermiona z mokrymi włosami w wytartym podkoszulku Rona, spodenkach dresowych Harry’ego oraz swoich grubych skarpetach. Ich rozmowy przestawały się kleić, gdyż zmęczenie wzięło górę.

Oczy Draco traciły ostrość, gdy opierał policzek na miękkiej poduszce i przyglądał się wyłaniającej z mroku śpiącej niedaleko Hermionie. Słuchał jej spokojnego oddechu, gdy jako pierwsza dała się porwać sennym marom.

Odpłynął z obrazem dziewczyny.


***




Rano posiadłość wydawała się być w lepszym stanie, ale wciąż porażała jej pustka. Idąc korytarzem, znalazł torbę którejś z dziewczyn, czyjś sweter, a nawet jakąś grę leżącą na podłodze. Zakonnicy opuścili to miejsce w takim pośpiechu, że nie zajmowali się zbytnim zabraniem i uporządkowaniem innych przedmiotów. Hermiona siedziała w kuchni, w której nic się nie zmieniło od czasów Molly Weasley. Kubki z czymś, co kiedyś było herbatą stały na stole, niektóre naczynia były w zlewie, a kromki chleba w przerażającym stanie leżały na talerzu.

Gdyby był artystą zachwyciłby go ten widok. Opuszczone miejsce i samotna postać.

Plus wyklinający na czym świat stoi skrzat, na którego musiała rzucić czar wyciszający.

- Szlama! Szlama!

- Granger, nie przedstawisz mnie koledze? – zapytał z udawanym zgorszeniem, odsuwając jedno krzesło i siadając obok dziewczyny. Machnął różdżką ostrzegawczo, by skrzat się uspokoił nim przywróci zaklęcie.

- Stworek, skrzat Blacków, a to Draco Malfoy, ulubiony typ czarodzieja Stworka – skinęła na nich, uśmiechając się z trudem, gdy znów usłyszała wyzwiska.

- Stworku, z łaski swojej, zacznij tu sprzątać. Damie nie wolno pozwolić przebywać w takiej… stajni. Jeżeli nie poradzisz sobie to rzecz jasna wezwę swoje skrzaty – Stworek ucichł od razu, kłaniając się w pas i zabierając za porządki. Hermiona zerknęła na niego lekko zaskoczona, ale i wdzięczna. - Takie ubliżenia o poranku nie sprzyjają dobremu samopoczuciu.

- „Niektórzy wzbudzają szczęście gdziekolwiek pójdą, inni, gdy kiedykolwiek pójdą” – przytaknęła, a jej uśmiech powiększył się, kiedy płynnie odpowiedział.

- Oscar Wilde – przeciągnął się, machając ręką by dać znać skrzatowi, że życzą sobie również herbatę. Z lubością wziął łyk gorącego naparu, nie zwracając uwagi na poparzony już język.

- „Nie bój się cieni. One świad­czą o tym, że gdzieś znaj­du­je się światło” – znów zacytowała, wzruszając ramionami na jego pytający wzrok. – Pasuje do tych czasów, co?

- „Życie jest zbyt po­ważne, by o nim po­ważnie mówić” – również wybrał jeden z ulubionych aforyzmów, prostując się, gdy dobiegł ich hałas z góry.

- HERMIONA! RON! DRACO! ZNALAZŁEM!

Harry znalazł R.A.B.

Regulus Arcturus Black.

Ich bohater. Ich nadzieja. Ich szansa.








- Więc nie zdecydował się nazwać żadnego syna po mnie?

- Dziwisz mu się? Chociaż zastanawiali się czy fretki tak nie nazwać – pocieszyła go swoim zwyczajem, wskazując palcem jego dłonie. – Co na obiad?

- Spaghetti, ma’am! – Wrócił do przygotowywania potrawy, potakując, gdy postanowiła wziąć prysznic. Gdy była przy drzwiach nie mógł się powstrzymać by nie powiedzieć na głos swoich myśli, zastanawiając się czy będzie tego żałował. – „Nie grzeszą ci, którzy grzeszą z miłości.” Również Wilde, ale za późno poznałem ten cytat.

- Tak chciał los, Draco.

Tak chciał los?

Złamane serca?

Tęsknotę?

Czym zawinili?

Szablon