11 grudnia 2017

10. There is no love without forgiveness


"jingle bells, jingle bells Jingle all the way
Oh what fun it is to ride
In a one horse open sleigh
Jingle bells, jingle bells Jingle all the way
Oh, what fun it is to ride
In a one horse open sleigh"




Witam Was w ten poniedziałkowy wieczór!

Puszczacie już świąteczne przeboje? Czy może jeszcze czekacie? Lupi bardzo kocha święta, a i tak wciąż ją dziwi, że niektórzy już mają choinki w domach! Zima to ulubiona pora roku Lupi. Zdecydowanie! 

Powiem, że nie mogę się doczekać Waszych reakcji po przeczytaniu następnego rozdziału, który mam nadzieję pojawi się przed świętami! 

Ściskam mocno, 
Lupi♥

















- To było straszne.

- Bycie liderem? To było dla ciebie najgorsze?

- Nie. Nie bycie liderem. Przyglądanie się jak ludzie wokół mnie umierają, jak ludzie których nigdy nie spotkałem giną. Najgorsze było to, że nie robili tego, bo byłem, jak to mówicie, liderem. Oni oddali swoje życia dlatego, że mi zaufali. To było straszne.

- A jednak mieli rację. Warto było ci zaufać.

Hermiona wcisnęła spacje, zatrzymując film, który oglądała na laptopie. Przesunęła kursywą po twarzy Harry’ego. Mężczyzna wpatrywał się ze spokojem w uśmiechniętą dziennikarkę, która przeprowadzała wywiad z jej przyjacielem. Był to jeden z pierwszych, które Harry udzielił po wojnie i które zostały puszczone w programie MI, czyli MagicInfo, czyli czarodziejskiej stacji z wiadomościami. MagicTV stały się na tyle popularne, że niecały rok temu Percy aktywował również strony internetowe dla magicznej społeczności. Hermionie niesamowicie podobała się idea wniesienia w czarodziejski świat mugolskiej technologii. A teraz coraz popularniejsze stawały się również programy rozrywkowe, w których znane osoby występowały gościnnie. Dwa lata temu wraz z Harrym i Ronem dostali zaproszenie do wzięcia udziału w premierowym programie CzaryuMary, gdzie uczestnicy rywalizują ze sobą w odpowiadaniu na pytania oraz innych grupowych konkurencjach. Program okazał się takim sukcesem, że niedługo później pojawiły się Wybuchowe Eliksiry, Roztańczone Różdżki oraz Magiczne Transformacje. Dla panów Arthur wykombinował oddzielne stacje z TurboBroom czy MSport, a panie zasiadały o dwunastej by obejrzeć Perfekcyjną Czarownicę. Również wypuszczono dość denne według Hermiony „Herbatki z wróżką” czy „Przepowiednia Meryl”, gdzie można było odkryć swoje przeznaczenie.   

Ten wywiad był wytransmitowany po rocznicy zakończenia wojny, gdzie Harry wciąż wyglądał jak dzieciak, a jego kariera aurorska dopiero się rozpoczynała. Lubiła wracać do tej rozmowy, w której Wybraniec po raz pierwszy otwierał się przed kamerą. Ludzie przestali w końcu zadawać mu tak liczne pytania, a zamiast tego otoczyli jego osobę jeszcze większą miłością za bohaterskie oddanie.

- "Harry Potter – Chłopiec, Który Płakał" – wyszeptała cicho jeden z dawnych nagłówków gazety. Nie tylko Wybraniec uronił wtedy łzy, gdy stali nad pomnikiem poległych, a wśród nazwisk zdecydowanie znalazło się zbyt wiele ich znajomych. Media wtedy znów nie stłamsiły Harry’ego, nawet nie wyśmiały, a opiewały delikatność oraz wrażliwość młodej sławy. Oderwała wzrok od ekranu, gdy laptop leżący na jej biurku zapiszczał, a w okienku zaczęły przewijać się liczne cyferki. Zamknęła MI, odkładając używany laptop na etażerkę, a potem uważając na leżącego na podłodze Cerbera, podeszła do komputera. Uśmiechnęła się pod nosem, gdy stworzona przez nią wtyczka w końcu zakończyła się programować, a która miała przybliżyć jej troszkę zawartość laptopa Lauriego. Wpisała ostatni kod, a potem z uśmiechem wyłączyła i ten laptop. W samą porę, bo sekundę później jej kieszeń zawibrowała, a znajdujący się w niej telefon zaczął dzwonić.

- Ubierzesz sukienkę?

- Cześć, Ron, ciebie też miło słyszeć – odpowiedziała z uśmiechem, otwierając jednocześnie szafę by przyjrzeć się jej zawartości. – Rozumiem, że wróciłeś dopiero z gorącego Neapolu, kochany, ale u nas nie jest tak ciepło, wiesz?

- Odczułem to wczoraj po wyjściu z samolotu – przytaknął leniwie, a ona mogła usłyszeć z tyłu lejącą się wodę. – Zaczynam się szykować i mam nadzieję, że ty również.

- I tak się spóźnisz z piętnaście minut, Ronaldzie – zauważyła rozbawiona, wyciągając wiszącą na wieszaku zieloną sukienkę. – Co powiesz na tą zieloną?

- Merlinie, wiesz, że nie przepadam za tym kolorem. Ani za tą sukienką. Wyglądasz w niej zbyt… nago – burknął, wywołując u niej cichy chichot, bo faktycznie kreacja była dość ekstrawagancka, ale Benowi się spodobała w sklepie na tyle by ją kupiła. – Inną, Mia.

- Inną, inną, a może nie założę sukienki? – prychnęła, chociaż niechęć do spódnic ostatnio zmalała. Wciąż jednak preferowała dresy, sweter i grube skarpety. Szczególnie w taką pogodę.

- Przegrałaś ostatni zakład, Her, więc cierp. Sukienka i basta – zakomenderował, ale ona już i tak wybrała biało-czarną sukienkę w kratkę oraz kołnierzykiem. Powiesiła kreację na drzwiczkach by poszukać jeszcze rajstop, a jednocześnie przysłuchiwała się marudzeniu Rona na trening. Nie mieli nawet jednego dnia odpoczynku, więc biedaczek wciąż był obolały. W końcu przerwała mu, rozłączając się, bo w takim tempie ona sama się spóźni. Wzięła szybki prysznic, a potem posmarowała całe ciało balsamem oraz rozczesała włosy. Zaklęcia były skuteczne, ale nie na dłuższą metę, więc wolała przecierpieć wojnę z lokami. Chociaż nie miała co narzekać, bo dawny problem z typowym sianem na głowie miała już dawno za sobą. Teraz zamiast się wciąż kołtunić loki spływały gładko oraz nie sterczały. Można by nawet rzec, że stały się jej atutem. Kto by pomyślał, że wystarczą odpowiednie odżywki by się tak zmieniły. A może również dojrzała do tego by nie być tak krytyczną wobec siebie?

Nie minęło półgodziny, gdy gotowa stanęła przed lustrem, poprawiając bransoletkę na nadgarstku oraz marynarkę. Wyglądała naprawdę ładnie, ale nie przykuwała aż tak uwagi. Tak przynajmniej sądziła nim nie zeszła na dół do salonu, gdzie Scorpius z Malfoyem rysowali kolorowymi kredkami kolejne dzieła sztuki.

- Wow – skomentowała mniejsza i słodsza wersja Draco, gdy jako pierwszy uniósł głowę. Chwilę później równie intensywny wzrok starszego blondyna padł na nią, ale jego oczy nie błysnęły tak żywo. Westchnęła, bo Malfoy zawsze miał talent do zachowania uczuć tylko dla siebie, jednak tym razem uśmiechnął się w końcu, a ona mogła dostrzec figlarne błyski w szarych tęczówkach.

- Wow – powtórzył po synku, odkładając kredki i idąc za nią na przedpokój. – Gdzie idziesz?

- Spotkać się z Ronem – przypomniała po raz szósty dzisiejszego dnia, gdyż jasnowłosy nie za bardzo akceptował tą informację. – Będę przed dziesiątą.

- Jest osiemnasta! Co będziecie tak długo robić? – prychnął, opierając się ramieniem o ścianę i obserwując jak wsuwa na stopy botki na niskim obcasie. – Powinnaś zostać w domu.

- Draco, idę spotkać się z przyjacielem. To tradycja – mruknęła, wiążąc mocno sznurówki. – Omawialiśmy już to.

- Tak, Poeta nie zaatakuje publicznie, bo to nie jego styl. Ale jak zmieni zdanie? Albo powróci Kaptur? Albo jakiś idiota urządzi atak terrorystyczny? Nie wiesz nigdy co się może wydarzyć – zauważył chłodno, marszcząc brwi na jej parsknięcie śmiechem. – Granger, do cholery, nie minął tydzień odkąd jakiś psychol wypruł flaki dziewczynie, tylko dlatego, że ciebie przypominała!

- Hej, spokojnie. Draco, będę z Ronem. Będę z nim bezpieczna. – Hermiona stanęła przed nim, kładąc dwie dłonie na jego ramionach i lekko je ściskając. – Nie musisz mnie trzymać w domu, bo jakiś psychol chce mnie zabić. Przywykłam.

- Zdajesz sobie sprawę jak cholernie nienormalnie to brzmi? – wymamrotał, zamykając powieki, bo jego problemem nie był sam Poeta. Ale i wyjście z Weasleyem. Co jest do cholery między nimi? – Czyli to… randka?

- Nie – oznajmiła po krótkiej chwili ciszy, przesuwając palcem po jego brodzie. – Draco, Draco, Draco. Jak mogłabym iść na randkę skoro niecały tydzień temu jakiś psychol wypruł flaki dziewczynie, tylko dlatego, że mnie przypominała?

Blondyn spojrzał na nią z politowaniem, wywołując jeszcze szerszy uśmiech na zarumienionej buzi ciemnowłosej. Bursztynowe oczy dziewczyny błyszczały wesoło, a malinowe usta wyginały radośnie. Nie mógł zaprzeczyć, że wyglądała cholernie dobrze. I szła na pieprzone spotkanie z Weasleyem.

- Masz być przed dziesiątą – powiedział stanowczo, sięgając po jej płaszcz, a potem kulturalnie pomagając go założyć. Sięgnął po szalik, owijając nim szyję dziewczyny tak by przypadkiem nie ścisnąć za mocno. – I możesz zadzwonić to po ciebie przyjadę.

- Nie masz samochodu, a mojego ci nie dam. – Poprawiła poły płaszczyka, a potem zawiązała pasek na talii i uniosła obie brwi na jego zbyt pewien siebie uśmieszek. – Co?

- To niemalże boli, jak powątpiewasz w moje zdolności załatwienia sobie samochodu w cztery godziny, Hermiono. Jestem Malfoy, a każdy Malfoy…

- Powinien potrafić się zamknąć w pewnym momencie – dokończyła gładko, niewinnie mrugając, gdy posłał jej złe spojrzenie. – Jeżeli zdołasz znaleźć sobie samochód to może zadzwonię.

- Będę czekać – obiecał, podając jej torbę, a potem odgarniając loki na plecy. – Wyglądasz naprawdę…

- Wow? – zaproponowała cicho, zerkając na drzwi, gdy rozbrzmiał klakson samochodu Rona. – Macie być grzeczni i nie rozrabiać.

- Jasne, słońce – przytaknął, a potem odsunął, gdy na przedpokój wybiegł Scorpius z pomalowanymi policzkami na niebiesko. – Pius, życz Hermionie dobrej zabawy.

- Hemina, a czapka? – oburzył się chłopczyk, stając na palcach, gdy pochyliła się by cmoknąć go w czoło. – Jest zimno, a tata zawsze mówi, że bez czapki to się będzie chorym.

- Zaraz wsiadam do samochodu, więc nic mi nie będzie – odpowiedziała łagodnie, puszczając oczko chłopcu. – Pilnuj tatę i pamiętaj by mu zrobić kolację.

- No, dam, dam. – Machnął ręką, chwytając jednocześnie dłoń ojca w swoją. Hermiona ruszyła do drzwi, zatrzymując na chwilę w przejściu by posłać obu Malfoyom szeroki uśmiech, a oni niemalże jednocześnie odpowiedzieli jej równie wesołym pożegnaniem. Zamknęła za sobą drzwi, odszukując na ulicy czarne Audi R8, czyli najnowszą perełkę Weasleya. Wsiadła do sportowego cacka, które wywoływało wśród męskiej grupy przyjaciół niesamowitą ekstazę, a na miejscu kierowcy zastała rudego przyjaciela.

- Ronald Weasley – powiedziała leniwie, pochylając się nad skrzynią biegów by musnąć policzek z dwudniowym zarostem mężczyzny. Ronald Weasley nie przypominał już tego patyczkowatego, wysokiego nastolatka, z którym przegrywała w szachy i który kpił z jej kujońskich nawyków. Ronald Weasley prezentował się teraz na tyle dobrze by znaleźć się na liście dziesięciu najbardziej pożądanych kawalerów dwa tysiące szóstego roku. Na tyle dobrze by takie modelki jak Miranda Kerr czy Adriana Lima zapraszały go na swoje urodziny, a znani politycy na bankiety. Dzięki licznym treningom ramiona Rona układały się w idealną literkę V, a bicepsy rysowały pod koszulką. Kapitan Armat z Chudley z niepewnego chłopca zmienił się w rozrywkowego oraz korzystającego z życia mężczyznę, a idealnie dobrane ubrania pokazywały, że i jego styl uległ przemianie. Błękitne oczy błyszczały, a pełne wargi wykrzywiały w ciągłym uśmiechu. Rude włosy ułożone niedbale dodawały mu uroku zawadiaki, ale wciąż prezentował się nienagannie dobrze. Teraz lekko opalone dłonie pewnie trzymały kierownicę, gdy z piskiem opon ruszyli w kierunku restauracji.

- Kłamiesz – stwierdził, gdy na pytanie czy nie zapomniała zamknąć drzwi, czego oczywiście nie zrobiła, odparła przecząco. Przewróciła oczami, zapinając pasy, a rudy prychnął pod nosem. – Czemu kłamiesz? Nie umiesz nawet tego robić.

- Umiem kłamać, inaczej sytuacja wyglądałaby ciut inaczej, co – obruszyła się, przeglądając w samochodowym lusterku i zmazując ostrożnie kącik ust, w którym pozostało troszkę niebieskiej pozostałości po cmoknięciu brudnego Piusa. – Po prostu, nie wychodzi mi okłamywanie was.

- Fakt, totalnie nie wychodzi, ale kulturalnie udam, że ci wierzę – westchnął, przyspieszając i zmieniając gładko bieg. – Zatem czemu chciałaś mnie oszukać?

- Miałeś odpuścić – zauważyła z rozbawieniem, a Ron jedynie w odpowiedzi wzruszył ramionami. – Nie drąż.

- Hm, to ciekawe, że to samo usłyszałem dziś od Harry’ego. – Rzucił jej protekcjonalne spojrzenie pełne ciekawości oraz szelmowskiego rozbawienia, jakby wizja, że ich dwójka coś spiskuje była dla niego ciekawą zagwozdką. – Uznałbym, że planujecie przyjęcie urodzinowe niespodziankę, gdybym nie miał rzecz jasna urodzin w marcu.

- Może planujemy z wyprzedzeniem? – zaproponowała kwaśno, rozluźniając szalik pod szyją. – Byłeś już u Harry’ego?

- Obiecałem Jamesowi nowy zestaw do domowego Quidditcha, więc dziś wpadłem do nich na obiad. Nie mogłem przepuścić okazji, bo Pansy była w domu, więc przepyszne jedzenie kusiło dodatkowo. A chłopcy się ucieszyli – opowiadał z charakterystycznym dla siebie śmiechem w głosie, gdy wspominał dzieciaki Pottera. – Teddy dostał ode mnie amulet księżycowy, ten o którym tak papla od ostatnich wakacji. Poważnie, jak on tak szybko urósł? Jeszcze trochę i będziemy wysyłać go do Hogwartu. A Reg oczywiście swoje ulubione pudło słodyczy.

- Rozpuszczasz ich. – Uśmiechnęła się jednak, bo chyba nikt nie mógł zaprzeczyć, że cała trójka podopiecznych państwa Potter była niesamowicie urokliwa. Wróciła myślami na chwilę do Edwarda, którego Draco tak bardzo chciał zobaczyć ponownie i który jakby nie patrzeć był kuzynem Piusa. Ich mały metamorfomag skończył już dziewięć lat, a jego ciekawość przerażała nawet ją. Teddy chciał wszystko wiedzieć i wszystko rozumieć, przez co mieli z nim już niejedną przygodę.

- Jak się nie ma swoich dzieci to się rozpieszcza inne – podsumował, a potem zaczął wymieniać pozostałe upominki dla młodego pokolenia Weasleyów. Hermiona nie zwróciła nawet uwagi, gdy zaparkowali zbyt zaabsorbowana kolejną historyjką o jego spotkaniu ze znanym reporterem. W końcu wyjrzała przez okno, uśmiechając na widok  znajomej restauracji.

- Chciałabym kiedyś polecieć do Neapolu – westchnęła, gdy podchodzili do głównych drzwi, a potem weszli do środka. Była pewna, że ktokolwiek by ich zauważył podjeżdżających takim samochodem oraz tak ładnie ubranych spodziewałby się luksusowego lokalu z diamentowymi lampami oraz lśniącymi marmurowymi stołami. Oni natomiast weszli właśnie do niezbyt nowoczesnego baru, którego neonowy napis na dachu głosił „Lupus”. Lupus przypominało raczej lokalny bar, gdzie można było zjeść dobry obiad, jak i napić się grzańca czy lanego piwa. Kiwnęli głową do Kristoffa Hoppera, który był tutejszym właścicielem, a który siedział przy jednym stoliku z kubkiem kawy oraz gazetą. Było niewiele klientów, a ich ulubiony stolik w kącie przy oknie wolny. Hermiona opadła na miękką kanapę, rzucając obok płaszcz oraz torbę, a potem uśmiechnęła się, gdy Ron podszedł do automatu i wrzucił monetę by wybrać jedną z jazzowych piosenek.

- Dawno was nie było – przywitała ich w ten sposób Tina, która jako córka Kristoffa dorabiała sobie jako kelnerka. Ciemne włosy upięła w niedbałego koczka, a fioletowy fartuch lekko ubrudziła kawą. Jednak wciąż promiennie się uśmiechała, a ze słuchawek przewieszonych przez szyję dobiegał głos Micka Jaggera.

- Dużo roboty – przyznał Ron, nie otwierając nawet MENU, gdyż znali je bardzo dobrze. – Ja poproszę to co zawsze.

- Ja tak samo – dorzuciła Hermiona, posyłając dziewczynie ciepłe spojrzenie, a gdy kelnerka odeszła skupiła się na Ronie. – To czego ci nie mówimy jest poufne. I tajne.

- Fakt, zapomniałem, że jako celebryta a nie auror nie mogę być wtajemniczany w wasze tajne, aurorskie sprawy. A czekaj? Czy ty nie jesteś zawieszona? – parsknął, unosząc jedną brew i opierając wygodniej na siedzeniu. – Jeżeli nie możesz to nie mów. Przecież wiesz, że się z wami tylko droczę.

- Okay. – Przesunęła spojrzeniem po paru osobach, siedzących tu razem z nimi, ale w bezpiecznej odległości. Dla bezpieczeństwa rzuciła niewerbalne zaklęcie, mające chronić ich rozmowy przez zbędnymi podsłuchującymi. – Ten sekret zaczyna się F, a kończy na –tka.

- Fretka? – Zmarszczył brwi, przypatrując jej z uwagą. – Chcecie dać mi fretkę? Bo wiesz, że nie jestem fanem tych gryzoni. I kojarzy mi się z Malfoyem.

Hermiona spojrzała na niego znacząco, nie komentując jednak jego słów, bo Tina właśnie postawiła przed nimi dwa duże kielichy z waniliowym oraz bananowym koktajlami mlecznymi. Podziękowała młodej kelnerce, która ogłosiła, że zaraz będzie gotowa reszta, a potem odeszła. Przysunęła do siebie naczynie, wkładając do ust fioletową słomkę i pociągnęła duży łyk.

- Malfoy – powtórzył rudzielec, również upijając łyk oraz oblizując usta z zadowoleniem. – Odezwał się?

- Nawet lepiej. Mieszka ze mną – dodała rezolutnie, opierając łokciami o blat i pochylając bliżej. – I ma syna.

- Co? Malfoy 2.0? Czemu nas tak każesz Merlinie – jęknął, a jego oczy zamigotały ciekawie. – Draco Malfoy. Tego się nie spodziewałem. Więc? Jaki jest?

- Spokojny – krótko odpowiedziała, wzruszając ramionami, gdy rzucił jej kolejne powątpiewające spojrzenie. – I cierpliwy.

- Mam na myśli model 2.0. – Wyszczerzył się szeroko, znowu przyssawając do koktajlu. – Ale nie pasują mi te słowa do Draco.

- Mnie też nie pasują – przyznała, mieszając rurką mleczny specjał lokalu. – A model 2.0 jest naprawdę kochanym dzieckiem. Trochę zagubionym, ale słodkim. I ma na imię Scorpius.

- Biedne dziecko – stwierdził, opierając znów o siedzenie i zerkając z zamyśleniem przez okno na padający za szybo deszcz. – Czemu wrócił? Czyż nie miał zniknąć na zawsze?

- Astoria nie żyje, a Harry w czymś mu pomaga. Nie wiem zbyt wiele, a w Internecie jest jedynie informacja, że podcięła sobie żyły. – Hermiona sięgnęła po jego bananowy koktajl by upić łyka, a potem wróciła do swojego. – Więc teraz jesteś wtajemniczony.

- Mogłem się domyślić w sumie. Nic nie robi wokół siebie takiego zamieszania oraz tajemnic jak ego arystokraty – parsknął pod nosem, wciąż będąc myślami gdzie indziej. – Czemu mieszka u ciebie?

- A kto by go szukał u Grzmotniętej Granger?

Tina znów się pojawiła, a przed nimi wylądowały talerze z nuggetsami oraz frytkami dla Rona, a dla niej racuchy z cukrem pudrem. Do tego dziewczyna chwyciła ich kielichy by pójść dolać im koktajli, a potem krótko wspomniała o nowym barmanie, gdyby chcieli potem zamówić po piwie bądź grzańcu. Hermiona szybko ugryzła ciepłego, pysznego racucha, który w smaku przypominał te robione kiedyś przez jej babcię. Nikt do tej pory nie potrafił przyrządzić tak podobnych co tutejszy kucharz.

- Cassidy Jones – przerwał ciszę, gdy pochłonął trzeci kawałek kurczaka, unosząc na nią ciepły wzrok.

- Kto to? – zapytała z pełną buzią, gdyż były zbyt dobre by przestała jeść.

- Ofiara Poety. Cassidy Jones to ostatnia zabita dziewczyna – wyjaśnił, oblizując palce, a ona skrzywiła się, bo może i była szalona, ale nie w smak były jej rozmowy o zabitych dziewczynach przy jedzeniu. Co prawda nie sam fakt, że nie żyły, tylko problem jaki stanowił ich podobieństwo. Do niej.

- Harry zabronił mi przychodzić do jej mieszkania – mruknęła, zerkając na sztućce, którymi zapewne powinna jeść placki jabłeczne, a których użyciu zapomniała. – Podobno Poeta ostatnio zakochał się w balecie.

- To zabawne, że na urodziny byliśmy na Łabędzim Jeziorze, co? – Zamarła, skupiając uwagę na spokojnie jedzącym Ronie, a którego wzrok jednak był poważny oraz uważny mimo nonszalanckiej postawy. Zapominała często jak spostrzegawczy potrafił być zawodowy gracz Quidditcha, a który łączył czasem fakty szybciej niż oni. Rzecz jasna również miała z tyłu głowy to powiązania, ale póki co ani Potter, ani Gawain nie powiedzieli głośno tego co wszyscy myśleli. – Był tam.

- Było tam mnóstwo osób, a nasze zdjęcia pojawiły się potem w gazetach i wiadomościach. Wiadomo, że mógł się dowiedzieć nie będąc tam samemu – westchnęła, ale po minie Weasleya wiedziała, że go to nie przekonało. – Theo powiedział, że już poprosili teatr o listę gości.

- To jakiś mały kroczek w tym bagnie – zauważył zadowolony rudzielec, a widząc jej niewyraźną minę zgodził się na zmianę tematu. Nie powrócił nawet do sprawy Malfoya, która go wyraźnie zaintrygowała, ani do innych problemów, których nie musieli teraz roztrząsać. Zamiast tego zapalił zapalniczką świeczkę na stole, a potem zaczęli długie i błahe rozmowy. Hermiona na nowo się rozluźniła, a kiedy zjedli zamówili dodatkowo czekoladowy powiększony koktajl dla niego oraz kufel piwa dla niej. W końcu ich śmiechy mieszały się z głosami innych, a uśmiechy wywoływały ból policzków. Właśnie to uwielbiała w spotkaniach z Ronem. Spokój, bezpieczeństwo oraz ciepło. Kiedy jego oczy wracały do niej z rozbawieniem, kiedy usta wykrzywiały w głupie miny, a ręce żwawo gestykulowało przy każdej historii.

- Już? – niezadowolona patrzyła jak przyjaciel sięga po portfel, chociaż minęła zaledwie dwudziesta pierwsza. W między czasie wysłała smsa do Draco z adresem, a gdy w odpowiedzi dostała zwykłe „Jadę.”, wrzuciła telefon z powrotem do torebki.

- Wybacz, H., rano mam trening – przeprosił ją, a po zapłaceniu rachunku postawił na blacie małe, czarne pudełeczko. Przyjrzała się mu intensywnie, a gdy skinął głową sięgnęła po prezent. Rozwiązała idealnie zrobioną kokardkę, co oznaczało jedynie, że to nie Ron pakował, a po sekundzie zawahania otworzyła je. Wstrzymała oddech na widok naszyjnika, którego srebrny łańcuszek oplatał kawałek czarnego kamyka. – Skała wulkaniczna. Jak ci powie nasz młody znawca amuletów jest talizmanem ochronnym. A przy tym pięknym wisiorkiem.

- Pięknym – przyznała, przesuwając opuszkiem po szorstkiej skale, a czarny minerał wciąż przyciągał jej wzrok. – Dziękuję.

- Nie mogłem cię zabrać do Neapolu, więc kawałek Neapolu przywiozłem do ciebie – podsumował, wyraźnie zadowolony z udanego prezentu. – Daj pomogę ci.
Hermiona chętnie podniosła się, opierając biodrem o blat, a dłońmi unosząc loki do góry. Ron stanął za nią, ostrożnie zabierając się do zapinania łańcuszka. Poczuła opadający ciężar kamyka, który idealnie ułożył się nad jej piersiami. Dłonie rudego opadły na jej ramiona, a palce umiejętnie zaczęły rozmasowywać jej kark. Wymruczała z zadowoleniem, gdy profesjonalnie rozluźnił napięte mięśnie, a po chwili otworzyła oczy by spojrzeć przez okno na wjeżdżający właśnie na parking samochód.

- Chciałem spytać czy mam cię odwieźć, ale rozumiem, że fretka zdobyła samochód – szepnął do jej ucha, opierając brodę na czubku jej głowy by dokuczliwe przypomnieć jak przewyższa ją wzrokiem. – Skąd u diabła ma mercedesa?

- Hm, nawet nie wiedziałam, że to mercedes – zażartowała, chwytając kurtkę oraz narzucając ją na siebie a pudełko po wisiorku wrzuciła do torebki. – Chcesz się przywitać?

- Oczywiście – parsknął, zakładając swoją skórzaną kurtkę, a gdy upewnili się, że wszystko zabrali, a Tina dostała napiwek, skierowali się do wyjścia. Kristoff pożegnał ich uniesieniem dłoni, a parę osób skinęło głowami, gdy wychodzili. Zimne powietrze zaatakowało ich od razu, przypominając szczególnie rudemu, że ciepły Neapol to już przeszłość.

Samochód, który nie wiadomo jak zdobył Draco był skromnie mówiąc idealnym okazem luksusu. Hermiona określiłaby go po prostu ładnym, czarnym autem, ale Ron dość szybko dorzucił o znakomitym silniku z sześcioma cylindrami oraz perfekcyjnym nadwoziu, a dodatkowo uzupełnił, że to nie byle jaki czarny, a obsydianowy. Szczegóły.

Stanęli przy drzwiach od strony pasażera, a Ron niczym dżentelmen otworzył dla niej drzwi. Wsiadła do środka, sadowiąc na skórzanym oraz wygodnym siedzeniu, a jednocześnie rzucając okiem na kierowcę. Draco miał na sobie swoją rozpiętą kurtkę, a dłonie oparł luźno o kierownicę. Jasne kosmyki opadały mu zadziornie na czoło, gdy przechylił głowę z zaintrygowaniem.

- Fretka – przywitał go Ron, wsuwając głowę do środka i mrużąc powieki by lepiej się przyjrzeć mężczyźnie. Draco odpowiedział mu równie uważnym spojrzeniem, przesuwając uważnie wzrokiem po twarzy Weasleya.

- Wiewióra – skwitował w końcu w odpowiedzi, uśmiechając leniwie na cichy śmiech rudzielca. – Nie straciłeś marchewkowego koloru, co?

- A ty wciąż przypominasz albinosa – dodał zadziornie Ron, wychylając do przodu by zerknąć na chłopca siedzącego z tyłu, który z ciekawością przysłuchiwał się wymianie zdań. – A więc to jest model 2.0?

- Scorpius, poznaj wujka Rona – blondyn zwrócił się do synka, który uśmiechnął się niepewnie do nieznajomego mężczyzny. – Ronaldzie, to mój pierworodny Pius.

- Pius, ach, to o tobie mówił James – zawyrokował Ron, ukazując w uśmiechu białe zęby. – Teraz rozumiem.

- Znasz Jamiego? – ucieszył się chłopiec, pochylając do przodu na tyle na ile pozwalało mu siedzenie dla dziecka i pasy.

- Jestem też jego wujkiem – dodał dumny z siebie kapitan, a gdy młody podsumował to jednym, głośnym „czad”, pochylił się nad Hermioną by cmoknąć ją w policzek. – To widzimy się jutro?

- Tak – powiedziała na pożegnanie, nim zatrzasnął drzwi, pozwalając im odjechać. Draco uniósł kąciki ust, gdy Pius zaczął wypytywać Hermionę czy wujek Ron jest fajny. Na skrzyżowaniu skręcili w prawo, a silnik cicho zamruczał. Kiedy Scorpius skończył wymyślać kolejne pytania, a skupił się na oglądaniu świata, Hermiona obróciła się w kierunku kierowcy. Przyjrzała się nowoczesnemu wnętrzu, automatycznej skrzyni biegów, a potem samemu prowadzącemu, któremu widocznie zmiana położenia kierownicy nie sprawiła problemów. Ona sama nie umiała sobie wyobrazić jazdy inaczej niż w starej, dobrej Anglii, ale Draco widocznie jeździł z największą przyjemnością.

- Wyduś to z siebie – wymruczał, gdy na chwilę spojrzał na nią z figlarnymi błyskami w oczach. – Dalej, Hermiono.

- Skąd wytrzasnąłeś Mercedesa w trzy godziny? – spytała ze zdumieniem, wywołując tym samym kolejny jego zadowolony uśmiech. – Malfoy, nie użyłeś swojego nazwiska, prawda?

- Jasne, że użyłem. Ale nie tylko Draco Malfoy ma wpływy, słońce. Powinnaś poznać kiedyś Darrena Origo – zażartował, a ona odsapnęła z ulgą, bo jego amerykańską tożsamość ciężko było powiązać z arystokratą. – Poprosiłem swoją asystentkę by zamówiła dla mnie samochód w najbliższym salonie, a wystarczy posiadać tyle kart ile ja mam by właściciel zgodził się nawet podstawić samochód pod wskazany adres. Spotkaliśmy się na rynku, gdzie dostałem dokumenty i kluczyki.

- Kupiłeś samochód? Ten samochód? – Zamrugała zaskoczona, stukając w drzwi, jakby nie mogła w to uwierzyć. Zapomniała, że to Malfoy. Draco wyszczerzył się wesoło, wzruszając ramionami na jej kolejne prychnięcie.

- Plus dziecięcy fotelik – dodał, machając palcami w kierunku tylnych foteli, gdzie siedział bezpiecznie zapięty Scorpius. – Dali mi na niego rabat.

- No co ty nie powiesz – wymruczała, kręcąc głową, a potem uśmiechając chytrze. – Pius, jesteś zmęczony?

- Nie! – odkrzyknął energicznie chłopiec, wyciągając do góry rączki jakby chciał pokazać dodatkowo jak rozpiera go energia. – A co?

- Skręć w lewo – poprosiła Draco, który uniósł brwi, bo nawigacja kazała jechać w przeciwnym kierunku, ale Hermiona jednym ruchem wyłączyła GPS. Posłuchał zatem jej wskazówki, a potem sunąc dalej niemalże pustą ulicą.

- Dokąd jedziemy? – zapytali niemalże równocześnie, ale zbyła ich ciekawość milczeniem. Nastawiła radio na przyjemną muzykę, a odzywała się jedynie przed kolejnymi skrzyżowaniami. Malfoy skrzywił się na taki pokaz władzy z jej strony, ale grzecznie wypełniał polecenia.

- Czemu się we mnie wpatrujesz jak w jednorożca? – zaciekawił się, gdy znów nie powstrzymała spojrzenia w jego kierunku. Oderwał wzrok od trasy by zaserwować jej szelmowski uśmiech, który wywołał u niej rozbawiony grymas.

- Przypomniałam sobie coś.

- Co?

- Twoje pierwsze jazdy – wyszeptała, zerkając za okno, gdy wspomnienie jak na zawołanie powróciło.






- Co tu robimy?

- Zaraz zobaczysz. – Draco przewrócił oczami, gdy zapytała go po raz setny. Burknęła w odpowiedzi coś niemiłego, bo mimo ładnej pogody oraz ciepła nawet wieczorem, nie lubiła niespodzianek. Zeszli w końcu ze zbocza, a ona ujrzała, że niedaleko znajduje się duży plac opuszczonej betoniarni.

- Zaczynam się bać tych twoich genialnych pomysłów – powiedziała, ale nie przestała podążać za zdecydowanie zbyt podekscytowanym Malfoyem. Kiedy w końcu stanęli przed ogrodzeniem, blondyn splótł dłonie, wskazując by na nie weszła.

- Poważnie? – jęknęła, ale była zbyt zaintrygowana celem ich wyprawy by zbyt długo protestować. Posłusznie oparła kolano o jego dłonie, a potem z niemałą pomocą jasnowłosego wspięła się na sieć, przerzuciła nogę i opadła po drugiej stronie. Draco sprawnie pokonał przeszkodę samemu, zadziwiając wrodzoną gracją z jaką opadł na ziemię.

- Lubisz się wymądrzać zdecydowanie zbyt często, wiec daję ci pole do popisu. Będziesz mnie uczyć – oznajmił jej, rozkładając ręce i robiąc powolny obrót, a potem śmiejąc, gdy z niezrozumieniem pokręciła głową. Przesunęła spojrzeniem dookoła przyglądając staremu budynkowi, paru kontenerom, staremu samochodowi, stojącemu za nimi, kolejnym pudłom oraz górze śmieci i puszek.

- Uczyć – powtórzyła, marszcząc brwi oraz zerkając na chłopaka, który uśmiechnął się znów szeroko, wsuwając dłonie do kieszeni bluzy. Mając bardzo złe przeczucie, odwróciła się w stronę samochodu, który jak na zawołanie zamigał światłami. – Co. Nie? Jak? Malfoy!

- Hermiono, podobno umiesz prowadzić samochód najlepiej z naszej grupki wyrzutków – oświadczył z dumą, wyciągając kluczyki, którymi odblokował auto. – Nauczysz i mnie.

- Merlinie, ale ja nie umiem jeździć samochodem! Tylko tyle co mi tata pozwolił u dziadków, ale wtedy był ze mną! – zaprzeczyła, cofając się przed wyciągniętą ręką blondyna z kluczykami. – Co ty dziś piłeś, Draco?

- Jeżeli nie umiesz kłamać to przekręcaj prawdę – powiedział w końcu, unosząc brew, gdy skrzywiła się niechętnie. – Koniecznie musisz nauczyć się kłamać, Mia.

- Koniecznie musisz nauczyć się używać mózgu, Draco – zaplotła ramiona na piersiach, znowu kręcąc głową. – Definitywnie odmawiam.

- To wracaj jak chcesz – pozwolił jej uciec, czego się nie spodziewała, a potem ruszył do samochodu. – Sam to rozgryzę!

Hermiona obserwowała go z politowaniem oraz złością, jak maszeruje do samochodu, a potem z rozmachem otwiera drzwi i wsiada do starego grata. Siłowała się w myślach nim w końcu z głuchym jękiem, podążyła do auta. Przecież on jest tak uparty, że będzie okupywał ten plac do białego rana byle postawić na swoim.

- Przekonałaś się? – zadowolony obrzucił ją wesołym spojrzeniem, wzruszając ramionami. – Całe szczęście, bo nie wiem co dalej.

- Umrzemy – podpowiedziała grzecznie, zapinając pas i każąc mu zrobić to samo. – Ustalimy i omówimy podstawy nim uruchomisz silnik, okay?

- Okay – przytaknął, opierając głowę o zagłówek i przekręcając głowę by na nią patrzeć, kiedy zaczęła powoli wyjaśniać ogólną budowę samochodu oraz poszczególne kroki. Mimo zdecydowanie zbyt wielu pytań na temat pedałów, pracy niektórych części samochodu o których sama za dużo nie wiedziała oraz powtórzeniu następnych ich działań, wciąż czuła obawę. Kto by nie czuł wsiadając do samochodu z czarodziejem, który od dwóch miesięcy dopiero interesował się mugolską technologią?

- Przekręć kluczy, o tak, raz – pokazała blondynowi, a potem wskazała zapalone liczniki. – Mogę się dowiedzieć skąd jest ten samochód?

- Nie możesz – gładko odpowiedział, puszczając jej oczko, gdy z niedowierzaniem chrząknęła. – Nie martw się właściciel nie będzie po nim płakał.

- Bo to my będziemy płakać nad swoimi ciałami jako duchy – burknęła, upewniając się, że zapięła pas. – Dobra, to zaczynamy. Przekręć kluczyk, trzymaj sprzęgło i ruszamy.

- Spokojnie, Her – parsknął, gdy po uruchomieniu za szybko puścił sprzęgło, a za wolno wcisnął gaz i samochodem szarpnęło. Po kolejnych nieudanych próbach, Hermiona przywykła do ścisku w żołądku, a blondyn zirytowany nie poddawał się. Przyglądała się zaintrygowana jak raz za razem stara się wyczuć samochód, a potem klnie, gdy mu nie wychodzi.

- Samochód działa jak miotła, Draco – odezwała się w końcu, gdy cierpliwość chłopaka sięgała zera. Draco zmarszczył brwi, zaskoczony, że postanowiła mu pomóc zamiast cieszyć się ich szansą na przeżycie tego. Dobrze wiedzieli, że jeżeli teraz mu się nie uda, to zajmie mu dużo czasy by przełknąć porażkę i spróbować kiedyś ponownie. – Miotła reaguje na delikatny twój ruch, prawda? Tak samo pedały, kierownica i cała reszta. Co prawda nie jest to super nowy samochód, ale wciąż musisz… to zrozumieć. Kiedy puszczasz sprzęgło postaraj się wsłuchać czy zaczyna się auto domagać już gazu, dobra?

- Dziękuję – powiedział po pięciu minutach, gdy udało mu się ruszyć. Hermiona skinęła głową zbyt przejęta tym, że jednak sunęli po placu. Zaczęła szybko przypominać o kolejnych krokach, a gdy blondyn zmienił bieg, a potem zwolnił i ładnie zawrócił poczuła jak supeł w żołądku się rozluźnia. Kilka razy zrobili okrążenia, a Draco przestał się irytować, gdy co parę metrów gasł mu silnik.

- Paliwo się skończyło – oświadczyła, gdy stanęli na środku placu. Spojrzała na licznik, pokazując Draconowi, gdzie powinien patrzeć. – Widzisz, nawet samochód dał sobie z tobą spokój.

- Jesteś naprawdę zadziwiająco sympatyczną dziewczyną – ironicznie stwierdził, wychodząc z samochodu tuż po niej, a potem trzasnął drzwiami. Ich spojrzenia spotkały się nad maską, a uśmiechy pojawiły na twarzach.

- To co teraz? – zapytała, zapinając bluzę, a po chwili parskając, gdy zwinnie blondyn wdrapał się na maskę starocia i poklepał miejsce obok siebie. – Kino samochodowe?

- Jak wygląda? – zaciekawił się, pomagając jej usadowić się tuż obok i obejmując ją ramieniem. Hermiona spojrzała na ciemne niebo pełne gwiazd, migoczących tajemniczo.

- Jak marzenie – szepnęła, uśmiechając, gdy ich palce się splotły. A potem spędzili kolejne godziny wpatrując się w gwiazdy. Po prostu. W ciszy.





- Chciałbym powiedzieć, że spodziewałem się, że ulegniesz, ale byłoby to słabe kłamstwo – powiedział Draco, gdy odwróciła wzrok za okno. – A potem nagle okazało się, że się myliłem.

- Gdybyś wtedy się zraził nie jechalibyśmy teraz tym mercedesem – mruknęła, oblizując spierzchnięte usta oraz zerkając do tyłu na Scorpiusa grającego na swoim gameboyu. Zerknęła znów kątem oka na kierowcę, który nie spieszył się nigdzie, ale pewnie trzymał kierownicę. Dla niektórych zmiana kierunku jazdy byłaby wyzwaniem, ale widać Draco nie potrzebował zbyt wiele czasu by przypomnieć sobie zasady panujące na Wyspach.

- W prawo? – zapytał, gdy zbliżali się do kolejnego skrzyżowania, a ona przytaknęła skinięciem. Uśmiechnęła się w końcu na myśl o ich celu, który zaczął się wyłaniać zza drzew. Migoczące światła zaciekawiły nawet Scorpiusa, który odłożył zabawkę i przylepił nos do szyby by lepiej wszystko widzieć.

- To wesołe miasteczko? – wykrzyknął niemalże pytanie Pius, wyciągając się do przodu by pacnąć Hermionę w ramię. – Idziemy tam? Na kolejki?

- Idziemy – przyznała, wyskakując z samochodu równie szybko co chłopiec, gdy Draco zaparkował samochód. Pius chwycił ją za rękę, ciągnąc jak najszybciej do wyjścia, a ona pozwoliła mu poprowadzić ich dróżką do kasy. Blondyn dogonił ich w minutę, a po krótkiej dyskusji kto zapłaci za bilety, uległa. Stała przy bramkach z podskakującym malcem, którego oczy błyszczały z podekscytowania, kiedy wpatrywał się w maszyny przed nimi.

Vertrock, czyli wesołe miasteczko do którego zabrała chłopaków było typowo miastową atrakcją. Z tego co pamiętała to park rozrywki był tutaj już przed jej przeprowadzką w tą okolicę, a kiedy raz z Harrym i Theo zgubili się na drodze, znaleźli to miejsce. Vertrock powinno być zdecydowanie bardziej znanym miejscem, jednak im nie przeszkadzał fakt jak mało osób wiedziało o tym cudownym miejscu. Z wyglądu przypominało typowe wesołe miasteczko z licznymi karuzelami, kolejkami górskimi oraz butkami z watą cukrową czy popcornem. Nie było to porównywalne miejsce do Disneylandu, ale obejście wszystkich atrakcji mogło zająć i pół dnia.

- Mamy czas do północy? – Draco nałożył na ich nadgarstki opaski odblaskowe, a potem rozłożył mapkę z atrakcjami. – Na co idziemy najpierw?

- Mamy czasu ile chcemy, bo zamykają zwykle około pierwszej, drugiej – poinformowała chłopaka, a potem ścisnęła mocniej dłoń chłopczyka. – Pius? Na co masz ochotę?

- Na wszystko! – odpowiedział z psotnym uśmiechem, nim wyrwał się i ruszył przed siebie biegiem. – No, chodźcie! Hemina, no!

- Hemina, no! – Draco uśmiechnął się do niej równie łobuzersko co swoja młodsza kopia. – Obudziłaś właśnie w nim demona, kobieto.

- To złapmy go nim wybuchnie piekło, gdy się zgubi – parsknęła śmiechem, a potem szybko rzucili się w pogoni za dzieckiem, które już zdążyło wybrać swój kolejny cel.







Kolejna godzina upłynęła im szybko. Zjechali kolejką, gdzie krzyczał nie tylko malec, ale i Hermiona. Potem wraz z dzieckiem przeleciała się na karuzeli w kształcie łabędzi, a nawet pokręcili się w zaczarowanych filiżankach. Draco, który na jednym straganie kupił polaroid, wciąż uwieczniał ich wieczór na zdjęciach. Kiedy objedli się watą cukrową, a lepkie palce Piusa zdążyły dorwać nowy aparat, stanęli przed kolejnym wyzwaniem.

- Ja dam radę! – powtórzył po raz piąty Pius, gdy wyjaśniali mu, że nagrodę dostanie dopiero po tym jak zbije kulkami piramidę kubków. Dzieciak wypatrzył sobie w wiszących pluszakach ogromnego słonia, którego koniecznie musiał mieć.

- Na pewno dasz radę – wsparła go Hermiona, krzywiąc, gdy pompon jej nowej, pięknej czapki znów opadł na jej czoło. Malfoy nie mógł sobie darować i kupił najbardziej kiczowatą rzecz, twierdząc, że odmrozi sobie uszy. Ku radości Scorpiusa i jej rozpaczy miała na głowie wełnianą czapę z wieloma kolorowymi pomponami i cekinami.  

- Mogę? – zajęczał znów, machając trzymaną piłką, a kiedy nieprzyjemny w obyciu opiekun atrakcji przytaknął przygotował się do rzutu. Hermiona przyjrzała się mężczyźnie, który z kpiną przyglądał się małemu blondynowi, pchając do buzi kolejną porcję chipsów. Swoim zachowaniem irytował ją w każdym calu, a kiedy zawiedziony nietrafionymi rzutami Pius wydął dolną wargę, poczuła cierpki posmak złości, gdy na twarzy faceta wypłynął uśmiech.

- Jeszcze raz? – Malfoy niechętnie zapłacił za kolejną porcję rzutów syna, a który tym razem po dwóch nietrafionych oraz jednym muśnięciu wieżyczki znów nie wygrał, miał szkliste oczy. Nieprzyjemny typ parsknął śmiechem na ten widok, co tym razem Draco zauważył i co zirytowało już nie tylko ją.

- Pan chce spróbować? Proszę bardzo, panie drogi, ale to nieproste zadanie, mówię panu, oj mówię – trajkotał radośnie kasjer, podając Malfoyowi piłeczki, które celnie uderzyły o niezachwiane kubki. Oszust. Miała ochotę krzyknąć, że to jawne wyłudzanie pieniędzy, ale wtedy dostrzegła obok wiszące puszki.

- A to? – zapytała, podchodząc szybko do przyczepionej na łańcuszku strzelby.

- A to, śliczna pani, to trudna konkurencja. Przeważnie dla prawdziwych mężczyzn, chociaż nie jeden chojrak już próbował – zarechotał rubasznie, oblizując grube wargi i posyłając jej spojrzenie pełne litości. – Niech pani lepiej to odłoży nim zrobi sobie krzywdę.

- Niezaładowaną strzelbą? – uniosła brew, a potem wyciągnęła z kieszeni banknot, który położyła na blacie. – Ocenię sama.

- Hermiono… - Draco dołączył do niej z synem na ramionach, którego policzki były wilgotne, ale oczy pełne nadziei wpatrywały się w nią. – Daj spokój. Chodźmy dalej, kupimy Piusowi coś innego. Na niektóre zabawy szkoda tracić czasu.

- Pius, chciałeś słonia, tak? – upewniła się, a gdy malec pokiwał energicznie głową, uśmiechnęła się lekko. Malfoy mruknął coś o jej upartym charakterze, durnym mugolu oraz traceniu drobniaków na bzdury, ale postanowiła nie odpowiadać na zaczepkę. Kiedy „durny mugol” załadował jej strzelbę, szybko wyjaśnił jak się nią obsługiwać oraz z przesłodzeniem przypomniał, że słonik jako nagroda główna jest wart trafieniu w przynajmniej pięć puszek.

- Trzymała pani kiedyś w ogóle jakąś broń? – dopytywał sarkastycznie mężczyzna, stając z boku i wyciągając papierosy z kieszeni. – Powiem pani, że to tylko wydaje się proste, ale…

Hermiona przestała słuchać już tubalnego głosu nieprzyjemnego faceta, a skupiła na zadaniu. Uniosła broń, układając ją wygodnie i przyglądając wiszącym puszkom. Dobrze wiedziała, że przyczepione w ten sposób z łatwością przy delikatnym podmuchu zaczną się bujać i utrudniać zadanie. Tak samo, kiedy jedną trafi reszta od razu zacznie się bujać na drżącym sznurku. Odetchnęła, mrużąc powieki i naciskając po raz pierwszy spust. Jednocześnie przed jej oczami pojawiła się inna sytuacja, a ona już zapomniała, gdzie się znajduje, a zamiast puszek widziała inny cel.





- Granger?

- Dwudziestu trzech – odpowiedziała cicho, odwracając od okna przy którym stała i stając na wprost szefa. Gawain skanował właśnie wzrokiem pomieszczenie, gdzie oprócz niej stygły właśnie cztery ciała byłych śmierciożerców. Akcja miała wyglądać zupełnie inaczej, a wyszkoleni aurorzy z większym stażem mieli sami zdjąć wszystkie cele. Jednak zapomnieli o drugiej części budynku, który przypadł akurat jej. Z antymagicznymi barierami nałożonymi na budynek oraz wokół była zdana na swoje umiejętności. Widocznie była lepsza w strzelaniu niż jej się wydawało na ćwiczeniach, bo każdy strzał oddała perfekcyjnie. Niemalże książkowo.

- Do rekordu młodzików dużo ci jeszcze zostało, zapewniam – stwierdził, spoglądając na pistolet, który położyła na parapecie. – Domyślam się, że nie dołączysz do zespołu na uczczenie wykonanego zadania?

Obrzuciła mężczyznę zamyślonym spojrzeniem. Gawain zajął się Harrym od początku jego rekrutacji. Sam Szef Biura Aurorów przeprowadzał testy kwalifikacyjne chłopaka, a potem na bieżąco śledził kur młodego czarodzieja. Po zaliczonych testach z wyższymi wynikami niż ktokolwiek przypuszczał, Gawain zgarnął Pottera do siebie na dodatkowe przeszkolenia. Robards w szybkim tempie stał się mentorem jej przyjaciela, a potem towarzyszem licznych ekspedycji. Kiedy dołączyła do aurorów i została zauważona przez świetne wyniki, a nie same nazwisko, Gawain zaadoptował i ją. Utworzył mały zespół z młodymi aurorami, w którym znalazł się Harry, Nott, ona sama oraz Jake. W jednej z pierwszych misji niestety Jacob zginął, a na jego miejsce zatrudnili Bena. Ich misje z banalnych stawały się coraz bardziej wymagające, a od kiedy FBA przejęło nad nimi pieczę Hermiona zdążyła z hardzieć. Zapominała powoli o strachu przed użyciem pistoletu. Powoli.

- Ilu ty masz na sumieniu? – zapytała, zerkając kątem oka na przybyłych aurorów, którzy zajęli się nieruchomymi ciałami. Gawain stanął obok niej, wsuwając dłonie do kieszeni kurtki, a jego oczy przyjrzały się jej przenikliwie.

- Przestałem liczyć – przyznał w końcu, marszcząc brwi z roztargnieniem. – Nie mamy czasu na wyrzuty sumienia, Hermiono. Takie są zasady tej gry. Wygrywasz albo giniesz.

- Albo odchodzisz – zauważyła, bo wciąż nie przywykła do myśli, że po pierwszych miesiącach pracy Ronald zrezygnował. Dobrze wiedziała jaką radość sprawiał mu Quidditch, ale brak jego towarzystwa strasznie jej doskwierał.

- Nie. Nie odchodzisz, Hermiono, nie na tym etapie, na którym jesteś. Przed tobą tylko trzy opcje, dziewczyno – westchnął ze zmęczeniem, a ona poczuła żal, że przez tą rozmowę przypominał teraz bardziej starca niż znanego Szefa Aurorów. – Albo wygrywasz, albo giniesz albo się wypalasz.

- I uważasz, że to ostatnie jest najgorsze?

- Tak. Bo to nie będzie dogasający płomień a wybuch. Jeżeli się wypalisz, Hermiono, to najprawdopodobniej stracisz rozum, serce i siebie samą – szepnął, mrużąc powieki i kręcąc głową. – Widziałem wielu młodych, jak i starych, którzy teraz są domownikami Mungo bądź gorzej. Nie pozwól sobie na zwątpienie, Hermiono. Inaczej zamiast bohaterką zostaniesz wariatką.

- Nigdzie się nie wybieram w najbliższym czasie – zapewniła, sięgając po swoją broń i tym razem nie zwracając uwagi na jej chłód czy ciężar. – Raport będzie wieczorem na twoim biurku.




- Hemina! Wow! Ale super!

Zamrugała, gdy obraz Gawaina zniknął, a do jej uszu dotarł radosny okrzyk Piusa. Przyjrzała się wiszącym puszkom, które miały dziurki. Cała piątka. Uśmiechnęła się z satysfakcją, rzucając triumfalne spojrzenie oszołomionemu mugolowi. Mężczyzna patrzył to na puszki, to na nią, a usta to otwierał, to zamykał. Draco uniósł jedynie brew, niewzruszony tą całą sytuacją, ale jego syn tańczył właśnie taniec zwycięstwa.

- Jak pani… jak…

- Los się do mnie uśmiechnął. Jak to się mówi szczęście początkującego – wesoło odpowiedziała, odbierając od wciąż zszokowanego kasjera ogromnego słonia, którego z satysfakcją oddała chłopcu. – Jak go nazwiemy?

- Tygrys! – wykrzyknął radośnie blondyn, obejmując mocno przytulankę i okręcając na pięcie w kontynuacji tańca. – To jest Tygrysek!

- Nie możesz nazwać słonia tygrysem – oburzył się Draco, ale spojrzenie spod łba syna oraz jego stanowcza mina mówiła sama za siebie. Można nazwać słonia Tygrysek. Hermiona parsknęła śmiechem, a Malfoy poddańczo uniósł ręce. – Zapomniałeś o czymś, Scorpiusie.

- No! Dziękuję, Hemina! – pisnął chłopczyk, przytulając ją w pasie i nie puszczając słonia. – Jesteś najlepszą… najlepszą i o!

- Ty też jesteś najlepszy – podsumowała ładnie, a potem oczy i kobiety, i dziecka błysnęły, gdy Draco zaproponowała przystanek po gorącą czekoladę. Hermiona nie powstrzymała uśmiechu, kiedy blondyn odebrał wszystkie kubki i ostrożnie poprowadził ich na pustą akurat ławeczkę. Kiedy usiedli wręczył im gorące napoje, samemu stając by asekurować. Przypomniała się jej inna historia z gorącą czekoladą w Paryżu, a po spojrzeniu jasnowłosego domyśliła się, że nie tylko ona o tym właśnie myślała.

- Z tego wszystkiego zapomniałem spytać jak spotkanie z Ronaldem – zagaił, kiedy Pius skupił się na słodyczy oraz zabawce, a im dał chwilę wytchnienia.

- W porządku – westchnęła z uwielbieniem, oblizując usta i uśmiechając do rozbawionego mężczyzny. – Przepraszam, że mu powiedziałam o was. Nie umiem kłamać.

- Wiem – zaśmiał się cicho, opierając łokcie o uda. Szare tęczówki wróciły znów do niej wesołe, ale również zamyślone. – Czemu nie jesteście razem?

- Razem? – Zmarszczyła lekko brwi, kierując na niego niezrozumiały wzrok. – Ron wybrał Quidditch, a ja bycie aurorem.

- Nie o to…

- Mogę jeszcze? – Scorpius wepchnął się na miejsce między nimi, sadzając na kolanach Hermiony słonika, a samemu robiąc błagalną minkę do ojca. – Prooosę?

- Nie sepleń, Pius, to nie działa. I już ci wystarczy na dzisiaj słodyczy – stwierdził Draco, a kiedy dostrzegł błysk w oczach synka, uniósł brwi. – Nawet nie zaczynaj dyskusji, kolego. Powiedziałem, że starczy nie dlatego, bo jestem niedobry, tylko po to by cię brzuszek w nocy nie bolał.

- Nie będzie bolał! – zaprotestował gwałtownie chłopczyk, marszcząc nos w niezadowoleniu. – Nie umiesz się bawić!

- Pius, nie zmienię zdania – mruknął mężczyzna, obserwując niechętną akceptację synka, który wzruszył ramionami. Wychowywanie samodzielnie malucha nie było łatwe. Bez ciepła matki, a jedynie jej chłodne zachowanie, starał się za wszelką cenę wynagrodzić chłopcu wszystkie smutki. Dobrze wiedział, że Scorpius bywał rozpuszczonym dzieciakiem, ale jego celem stało się między innymi nauczenie chłopca dzielenia ze światem i bycia egoistą. Czasem powątpiewał czy udało mu się wypełnić którekolwiek postanowienie, bo malec zbyt wielu przyjaciół nie pozostawił w Nowym Yorku, a już na pewno nie tęsknił za tymi kolegami. Tutaj chociaż przez chwilę odetchnął, gdy młody nawiązał dobry kontakt z Potterami. Nie mówiąc o Hermionie.

- Chodź, pora wracać – stwierdziła Hermiona, uśmiechając, bo jak na zawołanie Scorpius ziewnął głośno. Draco skinął głową, biorąc synka na ręce, a potem szepcząc podziękowanie, gdy odebrała od niego zabawkę oraz polaroid.

Kiedy ruszyli w kierunku domu, Scorpius już smacznie spał, Tygrysek leżał na jego kolanach, a Hermiona i Draco słuchali cicho grającego radia. Nie wiedziała nawet kiedy i jej powieki opadły, a organizm na tyle rozluźnił się w obecności byłego ślizgona, że pozwolił sobie stracić czujność.

Następnego dnia obudziła się w swoim łóżku.

Szczęśliwa.

.*.*.*.

- Możemy to odwołać – powiedziała po raz piąty, kiedy reakcja Draco wciąż odbiegła od tej wymarzonej przez dziewczynę. Malfoy natomiast posłał jej kolejne spojrzenie znad czytanych dokumentów, które dotyczyły sprzedania udziałów firmy prawniczej Darrena Origo. Scorpius biegał po ogródku z psami, kopiąc piłkę, a słonik Tygrysek czekał na niego na fotelu. Wciąż bawił ją widok dziecka z pluszakiem sięgającym niemalże do ramienia chłopca, a z którym od wczoraj się nie rozstawał.

- Możemy, ale nie musimy – zgodził się, uśmiechając krzywo. – Uważasz, że nie wzbudzisz podejrzeń odwołując wasze tradycyjne piątkowe spotkanie?

- Uważam, że to tradycyjne piątkowe spotkanie nie współgra z twoją sekretną obecnością tutaj – opryskliwe skrzeknęła, dorzucając do kominka drewna, a kiedy upewniła się, że już nie ma nic do sprzątania, opadła na fotel. Malfoy wciąż się irytująco cieszył, a ona traciła cierpliwość. – Zobaczymy co na to wszystko powie Harry.

- A ja powtarzam, że nie mam nic przeciwko. Dość już się ukrywałem, a jak chcę coś zdziałać to muszę odwiedzić parę osób. Draco Malfoy wraca do żywych, Mia – oznajmił jej stanowczo, wstukując coś na komórce, a potem uśmiechając radośnie. – Do końca przyszłego tygodnia Darren Origo opuści ten świat. A powróci potomek Malfoyów, zbiegły śmierciożerca, czwarty towarzysz Zgubnej Kompanii Wybrańca oraz niebywale zagadkowy dżentelmen.

- Zapomniałeś dodać o byciu Mistrzem Upartości, Lordem Złych Decyzji oraz Mentorem Zguby – dodała uprzejmie, wykrzywiając usta w okropnym grymasie. – I co im powiemy? Cześć? Malfoy u mnie pomieszkuje?

- Wyjaśnimy zaistniałą sytuację i porozmawiamy jak przystało na dorosłych ludzi – jęknął, podpisując kolejny arkusz papieru zamaszystym ruchem. – Potem powspominamy stare, dobre czasy, a na koniec spijemy jak zza młodu.

- To okropny pomysł – wymamrotała, zaciskając powieki. Kiedy Ronald wczoraj przypomniał jej o zbliżającym się piątku nieudolnie udała, że nie zapomniała o ich tradycji. Ale na gacie Merlina, mądrość Ravenclaw i honor Gryffindora! Zapomniała!

- Daj spokój, czy ja kiedykolwiek wpakowałem nas w kłopoty? – żachnął się, unosząc wzrok, gdy uśmiechnęła się wspomnienie, w którym owszem mieli niemałe problemy przez ślizgona. – Och, daj spokój, kobieto. Raz! Ten jeden raz, a ty nie dasz mi z tym żyć!

- Irytujesz mnie, Draco Lucjuszu Malfoy – warknęła, bębniąc palcami o kolano. – Robię się wściekła.

- To napij się melisy albo idź pokopać piłkę z Piusem – zaproponował, a gdy cicho burknęła coś w odpowiedzi, westchnął i odłożył wszystkie dokumenty. – W porządku. Ustalmy coś. Oni nie będą wściekli na ciebie. Tylko na mnie, okay?

- To okropny, idiotyczny, beznadziejny pomysł – powtórzyła, ale wzruszyła w końcu ramionami. – Niech będzie. W razie czego powiem błyskotliwie „a nie mówiłam”.

Plan Malfoya, który Hermiona w głowie ochrzciła Najgorszym Pomysłem Tego Roku, zaczęli wprowadzać przed zjedzeniem obiadu. Pansy wesoło zapewniła ich, że jej rodzice przyjeżdżają do Doliny i zajmą się dziećmi, a oni sami powinni przyjść od razu do nich zjeść. Kiedy Scorpius zapakował najważniejsze zabawki, upewnił się, że odbiorą go po śniadaniu oraz obiecał wymyć zęby, zapakowali się do samochodu Draco i ruszyli w kierunku domu Potterów.

Malfoy przeżywał de javu, gdy przyglądał się pięknej posiadłości, która nie dorównywała wielkością żadnej willi, ale wciąż była duża i ładna. Tym razem zabawki z ogródka zniknęły, a drzwi zamiast Pansy otworzył James. Weszli do holu, w którym już roznosił się zapach obiadu, a gdzie oprócz Jamesa już czekał Regulus. Pius niecierpliwie zrzucił z siebie ubrania, ale grzecznie poczekał na opiekunów, których starszy z braci poprowadził korytarzem prosto aż do salonu.

Pansy krzątała się właśnie przy stole w jadalni, skąd obserwowała bawiące się dzieciaki w salonie, a teraz wyszła im naprzeciw mocno ściskając. Draco uśmiechnął się widząc radość w oczach przyjaciółki, która wyglądała dla niego komicznie w fartuszku oraz elegancko upiętym włosom.

- Mam nadzieję, że nie zemdlejesz jak go zobaczysz – parsknęła Pansy, obserwując jak mały Malfoy chwali się swoim małym towarzyszom nową zabawką. – TED! Ile można schodzić?

- Mówiłaś coś mu… o mnie? – zapytał Draco, który zaczynał się bardziej denerwować spotkaniem z małym Lupinem niż dawnymi przyjaciółmi. Widział u Hermiony zdjęcia Edwarda, ale to wciąż nie zaspokajało jego ciekawości, jak synek Nimfadory wyrósł. A teraz miał się o tym przekonać na własne oczy.

- Troszkę. Harry mu opowiadał co nieco o tobie, a raczej o przyjacielu, który pomagał niszczyć horkruksy. Ostatnio doprecyzował młodemu, że miał na myśli ciebie – przyznała, zagryzając wargę w zamyśleniu. – Po prostu, daj mu czas. Na pewno cię pokocha.

Nie zdążył odpowiedzieć ani wyrazić niepewność tym zapewnieniom. Najpierw usłyszał kroki na piętrze, a potem po schodach zszedł chłopiec. Draco wstrzymał oddech, gdy młody Edward Remus Lupin zatrzymał się obok Pansy. W pierwszym momencie znów poczuł się jakby czas kopnął go w żołądek, bo przed nim stanął niemalże mały Harry Potter. Chłopiec był szczupły, ale nie za chudy. Miał na sobie spodnie dresowe oraz bluzkę z Yodą. Jego twarz była trochę pociągła, a policzki wciąż były miękkie jak na tłuszczyk dziecięcy przystało. Natomiast to oczy malca były oszałamiające. Soczysto zielone, równie intensywne co Harry’ego, równie przenikliwe i równie bystre. Czarna czupryna również przypominała grzywę Wybrańca z tą różnicą, że końcówki miały niebieski odcień.

Teddy Lupin nie przypominał rocznego brzdąca, którego widział po raz ostatni.

Teddy Lupin wyrósł na wesołego dzieciaka, który z opowieści Pottera był niezłym łobuziakiem.

- Cześć, ciociu – przywitał się z Hermioną młody Lupin, a potem stanął wprost przed nim. – Jestem Teddy… i miło mi cię poznać… Draco?

- Kiedy ostatnio cię widziałem byłeś taki mały… - szepnął blondyn, przypatrując rysom chłopca, który niepewnie zerknął przez ramię na Pansy, a potem znów na niego. – Ale wyrosłeś!

- Jeszcze trochę i pójdę do Hogwartu – dumnie odpowiedziała Ted, a sekundę później przedstawiał się onieśmielonemu Scorpiusowi, który chyba nie rozumiał, że to jego prawdziwy kuzyn. – Mamo, kiedy jemy?

- Zaraz, przypilnuj na chwilę chłopców, dobra? – poprosiła, chwytając przyjaciół pod boki i popychając do jadalni. Draco zerknął na nią, trochę zaskoczony, że mały Lupin zwracał się do jego przyjaciółki per mamo. A z drugiej strony z tego co mu powiedziała Hermiona Teddy wychowywała ta dwójka, mieszkał z Potterami, a Harry i Pansy traktowali chłopca jak pierworodnego. Nie powinno go szokować użyte słowo mamo. A wciąż dziwiło.

- Harry powinien zaraz przyjść? – zapytała Hermiona, siadając na jednym z siedzisk i nalewając sobie kompotu. – Może jeszcze wybije ten pomysł z  fretkowego móżdżku.

- Jeżeli nie mieszka jednak u Gawaina to owszem, powinien zaraz być – przytaknęła Pansy, przyglądając daniom, które pojawiły się właśnie na stole, a po sekundzie siadając na krześle z zadowoleniem. – Będziemy u was o dwudziestej, Mia.

- Zdążyłaś upiec ciasto czekoladowe? – Draco usiadł obok Granger, przysłuchując z uwagą ich rozmowie, a jednocześnie mając świetny widok na dzieci w salonie. Teddy pokazywał chłopcom proste sztuczki magiczne, a cała trójka z fascynacją przyglądała się jego ruchom.

- I ciasto, i paluszki słone, a nawet może zdążę sosy do nachosów przygotować – dumnie odpowiedziała pani Potter, a na widok miny blondyna, prychnęła. – Coś ci nie pasuje, Malfoy?

- Od kiedy taka z ciebie gosposia, Parkinson? – Uśmiechnął się kąśliwie, bo dobrze pamiętał, że dziewczyna nigdy nie miała ręki do domowych obowiązków.

- Precyzując to powinieneś powiedzieć Potter – zauważyła Hermiona, wskazując na obrączkę zadowolonej z siebie córki Parkinsonów. – Pansy jest świetną kucharką.

- Powinieneś wpaść do Zimowej Róży. Zrobię wam rezerwację jeżeli chcecie – zaproponowała pani domu, sprawdzając jednocześnie czy czary rzucone na naczynia by utrzymywały ciepło dań jest aktualne. – Ostatnio, Mia, powrócił twój ulubiony torcik lodowy.

- Kusisz, kobieto – westchnęła Hermiona, a potem posłała blondynowi uśmiech. – Tam zrozumiesz talent pani Potter.

- Jesteś tam szefem kuchni? – dociekał Draco, bo nawet jemu obiło się już o uszy hasło Zimowa Róża, a także jej gwiazdka Michelin. Obie jego towarzyszki parsknęły jednocześnie śmiechem, a potem porozumiewawczo wymieniły się spojrzeniami.

- Zimowa Róża to moja restauracja, Draco – przyznała w końcu Pansy, rozkładając ramiona pod jego pełnym zdumienia wzrokiem. – Jestem właścicielką oraz szefem kuchni.

- Tego się nie spodziewałem – powiedział w końcu mężczyzna, opadając na oparcie i unosząc brwi, gdyż nawet tak opanowany człowiek jak Malfoy nie potrafił nie zareagować. Nie zdążył jednak o nic dopytać, bo z salonu dobiegł go ogólny krzyk, a kiedy uniósł wzrok zobaczył jak Harry Potter zostaje zaatakowany przez chłopców. Uśmiechnął się na widok Teddy’ego, który również uwiesił się na szyi przyjaciela, a także gdy Scorpius został przez dzieci dopuszczony do grupowego uścisku.

- Zostawcie ojca i siadajcie do stołu! – zakomenderowała Pansy, a dzieciaki posłusznie przybiegły do salonu, nie przestając trajkotać. W ten oto sposób Pius usiadł tuż przy Hermionie, a naprzeciwko trójki nowych przyjaciół. Pansy siedziała u szczytu stoły, a z drugiej strony jej małżonek, który właśnie całował żonę na powitanie. Kiedy pysznie pachnące jedzenie znalazło się na ich miskach, a początkowy chaos uspokoił się, zapanowała radosna, rodzinna atmosfera.

Draco z lubością przysłuchiwał się śmiechom dzieci, którym Harry opowiadał o dzisiejszym zadaniu w pracy, a także wsłuchiwał się w pogawędkę Hermiony i Pansy na temat wieczoru. Musiał przyznać, że tego brakowało mu właśnie w Nowym Yorku. Rodziny, ciepła, śmiechów.

A teraz miał to wszystko na wyciągnięcie ręki.

*_*_*

Piątkowe tradycyjne spotkania były święte. Od zakończenia Hogwartu ich paczka obawiała się stałego rozpadu, każdy w końcu rozpoczął samodzielną przygodę z życiem. Ich strach był zatem na miejscu, ale wszyscy zgodnie stwierdzili, że tego nie chcą. Zatem rozpoczęły się dyskusje młodych ludzi jak temu zaradzić. Nie pamiętała teraz czy na ten pomysł wpadł Theo czy może Pansy, ale na pewno plan szybko został wcielony w życie.

Piątkowe tradycyjne spotkania jak można wywnioskować odbywały się w piątki. Zwykle były to ostatnie piątki miesiąca, gdy starali się ustawić swoje kalendarze w ten sam sposób by mieć owy dzień wolny wieczorem. Dzięki temu każdy mógł ustawić grafik z myślą o spotkaniu, a jednocześnie niecierpliwie odliczać do tej chwili.

Piątkowe tradycyjne spotkania rozpoczynały się o dwudziestej, a każdy zobowiązywał się przynieść napitek, jak i jedzenie. Jedna osoba natomiast wybrana losowo pod koniec zabawy miała udostępnić swój dom. Nie można było odwołać spotkania, chyba, że ogłosił ktoś czerwony alarm. Sytuację kryzysową.

Dla Hermiony oczywistym faktem było, że sekretna obecność Draco Malfoya była sytuacją kryzysową. Jednak jak widać tylko dla niej. Harry i Pansy przystanęli na paskudny plan blondyna, a ten niemalże cieszył się na myśl o wzięciu udziału w ich tradycji.

Katastrofa.

Tak mówiła wcześnie rano, przy obiedzie i teraz, gdy właśnie ktoś zastukał w drzwi. Przeklęła w myślach Malfoya, który właśnie kończył brać prysznic na górze, a potem wymusiła uśmiech i otworzyła zamki by przywitać gościa.

- A już zastanawiałem się czy w ogóle żyjesz – przywitał ją przesympatycznie Theodore Nott, wpychając do środka z rękami pełnymi reklamówek. Hermiona burknęła coś, patrząc jak mężczyzna zrzuca buty, a potem bez pośpiechu przechodzi do kuchni by odłożyć siatki na stole. – Przyniosłem przekąski, bo Higgs mówi, że załatwi wam wina.

- Super – odparła bez entuzjazmu, pozwalając przyjacielowi wrócić na przedpokój w celu odwieszenia kurtki i szalika, a sama zaczęła wyciągać zakupy. – Jak bliźniaki?

- Już niemalże zdrowe. Jeszcze Lorcan trochę ciągnie nosem, ale Lysander odzyskał wigor – westchnął na wzmiankę o synkach, by w minutę wrócić do kuchni z uśmiechem. – Lunę przywiozą Potterowie, bo podrzuciła ich do nich. Niemalże współczuję Parkinsonom przedszkola do pilnowania.

- Wiesz, że to uwielbiają – parsknęła, nieruchomiejąc, gdy chłodne wciąż od zimnego wiatru palce owinęły się wokół jej nadgarstka. Uniosła wzrok, łapiąc przenikliwe spojrzenie aurora, który uniósł jedną brew. – Sam chcesz powyciągać swoje ulubione nachosy?

- Ufam, że nie ich nie zjesz od razu – stwierdził z lekkim uśmieszkiem, wzruszając ramionami. – Co ukrywasz?

Mierzyli się spojrzeniami, a ona biła się z myślami jak rozpocząć dyskusję na temat jej lokatora. Może najlepiej by było powiedzieć szybko prawdę, a potem uciec do łazienki? Theodore był bardzo opanowaną osobą, co przydawało im się w pracy, gdy Harry tracił rozum przez emocje. Był również bystry oraz znał ją aż nazbyt dobrze, więc kłamstwo nie wchodziło w grę.

- Mnie.

Sytuacja sama się rozwiązała, a Theo w ekspresowym tempie obrócił się i doskoczył do Malfoya by przycisnąć go do ściany, wbić łokieć w krtań mężczyzny, a różdżkę przyłożyć do skroni. Blondyn chrząknął, gdy stracił nagle połowę powietrza z płuc, a jego głowa nieprzyjemnie uderzyła o ścianę. Rozchylił powieki wbijając wściekłe spojrzenie w pochmurnego Notta, który mimo szoku w brązowym wzroku, nie odpuszczał.

- Mówiłam, że tak się to skończy – jęknęła, wracając do wyciągania przyniesionych przekąsek. – Theo, pamiętasz zapewne Draco. Draco, jak widzisz Theodore wciąż bywa pamiętliwym człowiekiem.

- Bardzo zabawne – mruknął auror, puszczając w końcu dawnego współlokatora za czasów Hogwartu, a różdżkę chowając do specjalnej uprzęży na biodrze. Cofnął się o krok, mierząc chłodnym spojrzeniem nowoprzybyłego, który pokasływał rozmasowując z grymasem gardło. – Draco Malfoy, nie spodziewałem się, że się kiedyś spotkamy.

- Theodore Nott, ostatnim razem, gdy się widzieliśmy byłeś bardziej wychowany – sarknął blondyn, marszcząc ze złością brwi. – Czy to nie podchodzi pod napaść?

- Czy nie powinieneś zgłosić się do Ministerstwa na proces, z którego poprzednim razem uciekłeś? – kulturalnie odparł ciemnowłosy, wbijając równie niezadowolone spojrzenie w szare tęczówki. Hermiona oparła łokcie o blat, a o dłonie wsparła brodę z zainteresowaniem śledząc ten bój na zabójcze miny, a kąciki jej ust drżały niekontrolowanie. Nie myliła się w swoich przypuszczeniach, bo w końcu złość ulotniła się, a ich twarze rozświetliły w tej samej chwili promienne uśmiechy pełne nostalgii, gdy objęli się i poklepali po plecach, jak na prawdziwych mężczyzn wypadało.

- Salazarze, nie przypuszczałbym, że zostaniesz aurorem! – wykrzyknął blondyn, szturchając przyjaciela w ramię i śmiejąc głośno. – Nott aurorem! Przecież co chwila wpadałeś w kłopoty!

- Mówiłem ci, że prędzej to ty znajdziesz się za kratkami! Ha! – parsknął Theo, szczerząc radośnie, a jednocześnie wskazując palcem uśmiechniętą dziewczynę. – Skąd ty go wytrzasnęłaś, Mia?

- Uwierzysz jak powiem, że pewnego razu wieczorem otwieram drzwi, a tam stał ten gumochłon? – zażartowała, bo w końcu i z niej napięcie spłynęło. Może to było samolubne, ale najbardziej obawiała się spotkania tej dwójki. Theodore był dla niej jedną z najważniejszych osób w życiu, a Draco… A Draco był Draco.

- Nie mam wyboru – zgodził się Nott, ale jego uwaga z powrotem wróciła do dawnego towarzysza zabaw. Hermiona pozwoliła im zacząć kolejną dyskusję, samej zanosząc miski do salonu, gdzie stało już parę półmisków z przekąskami oraz kubki i soki. Wybrała kolejną płytę winylową, pozwalając gramofonowi dodać miłej atmosfery, a potem zerknęła do kominka. Theo i Draco opadli na sofę wciąż z ożywieniem rozmawiając, a jednocześnie od czasu do czasu pytając czy nie potrzebuje pomocy.

W końcu zegar wybił ósmą, a jak na zawołanie znowu poczuła jak magiczna bariera się ugina, a pod drzwiami zebrały się kolejne osoby. Lżejszym krokiem ruszyła do holu, gdzie otworzyła drzwi dla kolejnych gości, a do środka wpadło chłodne powietrze wraz ze spora grupką ludzi. Rozpoczął się znajomy harmider, gdy każdy coś jej podawał, całował w policzki bądź radośnie informował o nowych ploteczkach. W końcu stanęli przed nią przyjaciele.

Harry, Pansy, Ron, Luna, Terrence, oraz Tino. Potter, Parkinson, Weasley, Lovegood, Higgs, Harper.
Przedziwna mieszanka gryfonów i ślizgonów plus oczywiście jednej krukonki, która właśnie kończyła rozmawiać przez telefon. Hermiona wzięła głęboki wdech, gdy ich głosy w końcu umilkły, a ciekawskie oczy wbiły się w nią intensywnie, pełne niezrozumienia, czemu blokowała przejście.

- Chciałam tylko powiedzieć byście zachowali spokój. Dzisiaj będzie ktoś jeszcze, ale… zachowujmy się racjonalnie, co?

*_*_*

Wpatrywali się w niego.

A on wpatrywał się w nich.

Zmienili się bardziej niż przypuszczał i mniej niż spodziewał.

Przesunął wzrokiem po Harrym, który bez większego zastanowienia opadł na wolny fotel, po Pansy, która ruszyła do kuchni by powyciągać ciastka, które przyniosła. Zerknął na Rona, który uśmiechnął się szeroko z rozbawieniem w oczach, a potem zaczął otwierać piwo.

Pomyluna. Pamiętał dziewczynę przez mgłę, nigdy nie przykuwał do niej większej wagi. Kojarzył długie włosy, dziwne ubrania, zamglone oczy oraz częste wyzwiska innych w jej kierunku. To wspominał z uczelni, ale z czasów wojny poznał Lunę Lovegood, a nie dziwaczkę ze szkoły. Spędzili wspólnie trochę czasu, gdy uratowali ją z jego rodzinnej posiadłości, a on szczerze polubił blondynkę. Luna teraz wyglądała zdecydowanie inaczej. Wciąż miała niemalże srebrzyste włosy, a oczy o niesamowicie srebrnym kolorze. Nie były już ani zamglone, ani smutne, a wesołe i ciepłe. Dziewczyna była szczupła, a jej styl zdecydowanie odbiegał od tego sprzed lat. Miała proste, czarne rurki oraz koronkowy top. Jedynie pstrokaty sweter ukazywał jej dawne fantazyjne stroje.

- Cześć, Draco – powiedziała jako pierwsza, wychodząc mu naprzeciw i obejmując na krótko. – Cieszę się, że wróciłeś!

- Cześć, Luna – szepnął, odrywając w końcu wzrok od doprawdy ślicznej kobiety wzrok oraz śledząc ruchy jasnowłosej, która zajęła miejsce przy Teodorze.

Ren. Według ślizgonów najlepszy szukający dekady, a według niego najbardziej uczciwy wychowanek Snape w historii. Chłopak miał w sobie jeszcze coś z tego szlachetnego nastolatka, który zachwycał ich wężowe koleżanki. Zielone oczy bystro mu się przyglądały, jakby potrafił wychwycić z niego najdrobniejsze szczegóły. Terrence Higgs nie uśmiechał się, nigdy nie robił tego zbyt często, ale jego wargi zacisnęły się w wąską linię.

Tino. Jego czarne loczki, z których kiedyś często żartowali, wciąż dumnie kręciły się przy zdecydowanie zarysowanej szczęce, a brązowe oczy nawet w tym momencie błyszczały figlarnie. Constantine Harper zdawał się nie stracić nic z młodzieńczego poczucia humoru, a chociaż prezentował się teraz dojrzalej, wciąż miał w sobie coś z dziecięcego nicponia.

- No proszę, kogóż moje oczy widzą! – wykrzyknął w końcu radośnie, a usta rozciągnęły się w szelmowskim uśmiechu. – Draco Malfoy, największy dupek w historii powrócił do żywych! Stary, gdzieś ty się podziewał?

- Dużo do gadania, Harper – mruknął w odpowiedzi, przechylając głowę by z zainteresowaniem przyjrzeć się znów całej paczce, a potem zatrzymał wzrok na Tinie. – Tyle? Nie jesteś… wściekły?

- Jasne, że jestem! Jak mógłbym nie być wściekły, że zostawiłeś mnie samego na szlabanie u Filcha, a sam zwiałeś ze swoją szajbniętą ciotką, Snapem i innymi śmierciożercami, jednocześnie wpuszczając ich do Hogwartu, a potem udawałeś martwego przez siedem pieprzonych lat? – zapytał lekko ślizgon, odbierając od Rona piwo, a potem rzucając się na wolne miejsce niedaleko wciąż milczącego Higgsa. – W skali od zera do idiotyzmu Crabbe’a plasujesz się tuż przy granicy zdobycia tytułu najbardziej skretyniałego.

- Powiedzmy sobie szczerze. Malfoy, zwalił po całości, a teraz oczekuje od nas czego? Wybaczenia? Przepraszam bardzo, ale ja się z tego wypisuje! – Terrence warknął, upijając parę łyków z butelki, a potem ze złością wskazując na milczących przyjaciół. – A wy? Na Salazara! Ukrywacie Malfoya?

- To nie do końca tak, Ren – westchnęła Hermiona, szukając wsparcia u szepczących ze sobą Theo i Luny, potem u spokojnego Pottera aż w końcu wbijając wzrok w drzwi do kuchni, gdzie uwijali się Pansy z Ronem, a przy tym na pewno ich podsłuchiwali. Przesunęła spojrzeniem po zdenerwowanym przyjacielu, nieruchomiejąc, gdy jej oczy zetknęły się z brązowymi Harpera.

- Skarbie, nie jesteśmy źli na ciebie – zapewnił ją Tino, podając jednocześnie pozostałym wybrane trunki, a na koniec stukając nawet ze szklaneczką blondyna. – To niezła niespodzianka i atrakcja wieczoru, muszę przyznać umiesz zaskakiwać, ale nasza złość jest tylko przykrywką. Jesteśmy ciut zszokowani.

- Ciut? – burknął Terrence, marszcząc brwi. – Ciut zdenerwowany byłem, gdy prawie zaspaliśmy na SUMY. Ciut zdenerwowany byłem, gdy przywieźliście mi Pottera do zszycia! Ciut zdenerwowany byłem, gdy uciekł nam samolot! Teraz jestem wściekły!

- To niesamowite, że jesteś pediatrą – podsumował Ron, pojawiając w drzwiach z kpiącym uśmieszkiem oraz miską z sałatką w rękach. Terrence zabijał go wzrokiem, gdy rudy przechodził przez salon, a potem kontynuował z tą nonszalancją. – Trzeba przyznać, że to nietypowa sytuacja, ale…

- Ale co? Mamy klasnąć, zapomnieć i paść sobie w ramiona? – burknął Higgs, a na widok spojrzenia Notta, parsknął. – Domyślam się, że tak zareagowałeś, co? Żałosna jest ta twoja lojalność wobec kogoś kto nas porzucił, Theodorze.

- Od kiedy stałeś się tak zawistny? – prychnął Harry, uśmiechając łagodnie do naburmuszonego przyjaciela, który zwykle był najspokojniejszy. – Każdy reaguje inaczej i…

- I może damy w końcu dojść do słowa Draco, hm? – przerwała kolejną dyskusję Luna, a o dziwo wszyscy posłusznie ucichli. Draco usiadł obok blondynki, która posłała mu ciepły uśmiech, a jej dłoń pogłaskała jego ramię w troskliwym geście. – Może zanim wszyscy go zaczniemy oceniać i przekreślać… to damy mu szansę opowiedzieć swoją historię?

- Znamy wszyscy prawdę! Uciekł przed procesem z Greengrass!

- Znacie tylko tą wersję. A nie znacie mojej. Nie znacie całej prawdy – szepnął Draco, przyglądając każdemu z osobna, a czując przypływ pewności na widok lekkiego skinienia Pansy, która zajmowała właśnie miejsce na kolanach małżonka, wygiął usta w zarozumiały uśmiech. – Chcecie poznać prawdziwą historię?
  
Szablon