13 listopada 2017

09. Peace begins with a smile

Obiecałam? Obiecałam!

Zapraszam na kolejny rozdział, a w następnym zapewniam będzie niezły rollercoaster z powrotem wielu wyczekiwanych postaci! Kto jest ciekawy co się dzieje z Ronem? Z Ginny? A może ktoś czeka na pojawienie się Luny bądź ślizgonów? 

Już wkrótce. 

A dzisiaj trochę spokojniej. 

Pozdrawiam ciepło i kolorowych snów, kochani!

Lupi♥










Draco śnił.

To było pewne i to było niesamowite. Kiedy otworzył powieki, wciąż czując wokół siebie mgliste wspomnienie snu, żałował jedynie, że nie pamiętał, co konkretnie wytworzył jego umysł. Niestety, to nie on został obdarzony darem zapamiętywania swoich nocnych przygód. Często z zazdrością słuchał opowiadań syna, który żywo opisywał swoje sny. Ze wszystkich znanych mu osób, oprócz Scorpiusa, to Hermiona  była jedyną osobą, posiadającą tak ciekawą umiejętność.

Gdy i tym razem obrazy uciekły mu z głowy, westchnął odwracając głowę, by zobaczyć tak utęskniony widok. Hermiona oddychała głęboko, a jej klatka piersiowa regularnie się podnosiła. Loki splątały się wokół jej głowy, a na policzku widniał ślad od poszewki. Miała leciutko zarumienione policzki, a usta drżały jej od czasu do czasu. Jedną rękę zarzuciła nad głowę, a drugą trzymała na brzuchu.
Czuł na udzie ciężar jej nogi, którą  musiała tam położyć podczas snu. Wpatrywał się w nią z czułością i ciekawością, o którą sam by się nie posądził. Zwykle bawiły go teksty o obserwowaniu śpiącej osoby, która coś dla ciebie znaczy, uważając to za przesadę. Teraz jednak sam nie umiał zmusić się do odwrócenia wzroku. Tak bardzo chciał upewnić się przez te lata, że dobrze ją zapamiętał. Tak często odtwarzał w myślach chwilę, gdy jak teraz dzielili łóżko i przypominał sobie ciepło ich ciał.  

Nieraz budził się w nocy pewien, że gdy się odwróci, poczuje znajomy zapach cynamonu, ale za każdym razem dziwił się, wyczuwając ten bardziej kwiecisty. Dziwił się, gdy zamiast miękkiego ciała Hermiony, napotykał dłonią dłuższą i węższą sylwetkę Astorii.

Do ostatniej nocy z Astorią zwalał winę na stres pourazowy. Albo coś podobnego. W końcu Astorii nie mógł nic zarzucić. Była perfekcją kobiecego piękna. Czystym idealizmem. Ale czy w życiu nie chodzi właśnie o łamanie kanonów? O bycie nieperfekcyjnym? O bycie doskonałym w każdym calu, tylko dla jednej osoby?

- Szlag – westchnął, gdy Hermiona poruszyła się przez sen, mimochodem zahaczając nogą o jego erekcję. Draco nie był zboczeńcem, był tylko zdrowym i sprawnym mężczyzną, a dzielenie łóżka z hermionowatym kobiecym ciepłem na pewno dodawało mu sił. Przewrócił oczami na własną słabość, która uwidaczniała się poniżej jego pasa, a jego usta wykrzywił złośliwy uśmiech na wspomnienie sprzed wielu lat.



Draco od paru tygodni nie umiał zasnąć. Gdy zamykał powieki, widział nieruszające się ciała, słyszał krzyki cierpiących ludzi. Obserwował żniwa wojny. Wystarczająco dużo musiał oglądać będąc przytomnym, więc doprawdy nie widział dobrych powodów do zaśnięcia. Kiedy tylko mógł, brał warty, ale Harry i tak w końcu kazał mu odpocząć. Teraz również leżał na swoim posłaniu składającym się z lekko skrzypiącego, zużytego materaca oraz licznych koców. Denerwowała go cisza, denerwowała go szorstkość materiału, a najbardziej denerwowała go jego bezsenność.

- Najwyżej mnie przeklnie – mruknął, podnosząc się w końcu, a potem najciszej jak mógł, wymknął się z sypialni, którą dzielił z chłopakami i ruszył do zamkniętego pomieszczenia naprzeciwko, zajmowanego przez Gryfonkę. Wślizgnął się do środka, unosząc brwi, gdy zamiast śpiącej dziewczyny, zastał ją leżącą na brzuchu z nosem wetkniętym w książkę.

- Coś się stało? – zapytała niepewnie, podnosząc się od razu do siadu i zrobiła zaniepokojoną minę. Draco skrzywił się, kręcąc jednak głową, by częściowo ją uspokoić.

- Ja… nie mogę spać – przyznał w końcu, przyglądając się z zainteresowaniem jej bosym stopom, niezwykle drobnym i bladym. A jednocześnie wciąż ciemniejszym, niż jego własne.

- Chyba żadne z nas do końca nie może znów spać – odpowiedziała łagodnie, przesuwając się i  klepiąc miejsce obok siebie. Draco od razu z tego skorzystał, naciągając jednocześnie na siebie kołdrę i opadł na poduszki. Hermiona przesunęła się tak, by plecami oprzeć się o jego tors, a jednocześnie móc dalej czytać swoją książkę.

- Nie jesteś już za duża na bajki? – parsknął, opierając brodę o czubek jej rozczochranej głowy i zaśmiał się cicho, gdy wbiła mu palec w żebra. – Jeśli chcesz, mogę ci opowiedzieć inną bajkę.

- Nie umiesz opowiadać żartów, a chcesz opowiadać bajki?  – mruknęła, a potem posłała mu uważne spojrzenie. – Ale możesz mi poczytać.

- Nie będę czytać o Czarodzieju i skaczącym garnku. To nudna opowiastka dla dzieci – burknął, odrzucając jej książkę na podłogę, a potem wzdychając ciężko, ułożył ją na poduszce, a siebie umieścił tuż obok. Wetknął nos w burzę loków, czując jak uśmiech pojawia się na jej pełnych ustach.

- To co? Jeżeli chcesz ze mną spać, musisz coś opowiedzieć – wytknęła mu, wywołując  u chłopaka kolejny chochli chichot.

- Przecież myślę – bronił się, a potem chrząknął i zaczął recytować znany na pamięć wiersz.

Wiedział, że zamknie jej tym usta, bo z niezrozumiałych dla niego powodów, Hermiona uwielbiała język francuski. Wykorzystując zatem wieloletnie nauki kwiecistej mowy żabojadów, zaczął szeptać do jej ucha kolejne wersy Voltaire’a. Nie był pewien, czy to ona pierwsza usnęła, zasłuchana w jego głos, czy jednak to on, zasnął ze słowami na ustach, wciągając w płuca zapach cynamonu i lasu.

Obudził go jednak głośny gruchot, gdy Hermiona wyrwała się z jego objęć, upadając nieprzyjemnie na ziemię. Usiadł szybko, zdumiony jej zachowaniem i brakiem ciepła, które wtulał w siebie całą noc. Hermiona siedziała w rozkroku na podłodze, z buszem na głowie, zaspanymi oczami i czystym zaskoczeniem na zarumienionej buzi. Czerwone plamy na policzkach powiększyły się, gdy ich spojrzenia skrzyżowały się.

- Powiesz mi, co ty robisz, czy to twoja normalna metoda zrywania się z łóżka? – zapytał zniecierpliwiony, gdy wciąż siedziała jak kretynka, wlepiając w niego niepewne spojrzenie brązowych oczu. Czekolada, kawa, bursztyn, czy jednak whisky? Chyba wykluczyłby kawowy.

- Przestraszyłam się, bo nie spodziewałam się… hm… no wiesz. – Machnęła ręką, zagryzając wargę, gdy uniósł brwi.

- Mnie? Zapewniam, że wczoraj sama mnie zapraszałaś. – Przewrócił oczami, ale gdy się nie uśmiechnęła się, spoważniał.

- Nie, nie. Znaczy pamiętam, że się kładłeś, po prostu… nie spodziewałam się… tej części ciebie – chrząknęła, spuszczając głowę, a potem zerwała się na nogi, szybko chwytając ubrania.

Draco zamrugał, kierując wzrok za jej ręką, która znów dziwnie wykrzywiła się pomiędzy jej nogami. Potem zerknął na poranny, codzienny widok w dolnej części jego ciała, a jego śmiech wypełnił cały namiot.

- Przestraszyłaś się mojej erekcji? – wychrypiał, zwijając się na boku i wbił w nią zaintrygowany wzrok. – To chyba normalne, wiesz? Nie  twoja reakcja, tylko ta mojego ciała.

- Malfoy. Zamknij. Się. – Wydusiła z siebie, rzucając mu gniewny wzrok i naciągnęła przez głowę bluzę. – Po prostu… nie zdarzyło mi się jeszcze. Harry i Ron jakoś nie… nie mieli tego… nie mieli problemu śpiąc ze mną!

- Sęk w tym, że nie jestem ani Potterem, ani Weasleyem – parsknął, opierając się na łokciach i uśmiechnął się  z zadowoleniem. – A ty powinnaś być spokojna. I przyzwyczajać się.

- Przyzwyczajać?

- Oczywiście. Już dawno tak dobrze nie spałem! – Opuścił głowę na poduszkę i znów parsknął śmiechem. –  A wierz mi, teraz będę cię nawiedzać.

- Jesteś niereformowalnym imbecylem – burknęła, wychodząc z pomieszczenia. Draco przymknął powieki, naciągając na siebie kołdrę i wciągnął do płuc słodki zapach dziewczyny. Nie zamierzał teraz wstawać z nagrzanego materaca. Śniadanie poczeka. I prychająca na niego lwica również.



Wciąż miał ochotę wybuchnąć śmiechem na to wspomnienie. Jak powiedział, tak się stało, a Hermiona zamiast budzić go swoim upadkiem na ziemię, zaczęła rzucać kąśliwymi uwagami na temat owego problemu. Było to zaskakująco normalne i łatwe do zaakceptowania, gdy ona stawała się coraz pewniejsza i bardziej rozluźniona w jego towarzystwie, a on pragnął nauczyć ją brać z życia jak najwięcej. Bo zasługiwała na wszystko, co najlepsze.

W końcu niechętnie, ale ostrożnie wysunął się z łóżka, otulając ją szczelnie kołdrą, a potem wymknął się do przylegającej do pokoju łazienki, by poradzić sobie z potrzebami własnego ciała. Starał się jednocześnie wyprzeć z głowy kpiące spojrzenie jednego z pchlarzy Hermiony, który przebudził się podczas tej krótkiej wędrówki. Merlinie, te psy miały jakiś talent do wpatrywania się w niego z pogardą. Nawet nie zauważył wieczorem, że Diego i Cerber mieli tu swoje posłania przy biurku. Wszedł od razu pod prysznic i oparł czoło o kafelki, wyrzucając z głowy głupie myśli. Przecież teraz nic nie powstrzymywało go przed pokazaniem Hermionie, jak niewiele kryło się prawdy w słowie mały problem. Prysznic okazał się krótszy niż sobie wymarzył, bo w kieszeni spodni od dresu, w którym spał, zawibrował telefon. Kolejny raz mrucząc przekleństwa, wyciągnął komórkę i wcisnął zieloną słuchawkę.

- Czego ty chcesz, Sharman?

- A co, jeśli to nie ja bym dzwonił? A na przykład jakaś gorąca laska? A sorry, zapomniałem, że żyjesz w celibacie. Ale odmówiłbyś każdej? Takiej, no nie wiem, Adriana Lima? Mam jej numer jeśli należałaby do jakiejś wyjątkowej listy kobiet, dla których złamałbyś te śmieszne śluby, mnichu – Draco westchnął, gdy słowa Amerykanina atakowały go z zawrotną prędkością. – Pomijając jednak twoje dziwne fetysze, to do jasnej cholery, możesz mi powiedzieć, gdzie ty się podziewasz?

- To pokrzepiające, że potrzebowałeś niemalże miesiąca, by zauważyć moją nieobecność, przyjacielu – prychnął, zmniejszając strumień wody i podrapał się po policzku. – Wyjechałem.

- Zauważyłem, wierz mi. I nie bądź okrutny w swej ocenie. Dobrze wiesz, że sam byłem nieobecny dwa tygodnie, a po powrocie uznałem, że znów masz jakąś fazę izolowania się w swojej depresji. Wyobraź sobie mój szok, gdy dowiedziałem się w twojej idiotycznej firmie, że wziąłeś wolne, a twoje mieszkanie zastałem puste. Żeby tego było mało, większość waszych ubrań, zabawek Piusa i innych pierdów, leżało na swoim miejscu. A was nie było! – Daniel dalej zachowywał żartobliwy ton,
ale Draco znał go na tyle, by wyczuć dobrze ukrywaną wściekłość. Zmiął w ustach przekleństwo, wypominając sobie brak oleju w głowie. Co by to było, gdyby Sherman wezwał policję! – Dlatego, mój popieprzony przyjacielu, może mi wyjaśnisz, GDZIE wyjechałeś?

- Jestem w Anglii, Dan – przyznał w końcu, stwierdzając, że chociaż tyle może mu wyznać.
Daniel umilkł na dobrą minutę, dopiero po chwili odzyskując rezon. 

- W Anglii? Znaczy wiesz… London Eye, królowa i ta przyszła seksowna księżniczka?

- Kate Middleton nie jest księżniczką i nią nie będzie. Co najwyżej księżną, ale to niepewne,
bo niedawno rozstała się z Williamem – poprawił go odruchowo, wyłączając wodę i wyszedł na ciepłe kafelki. – I tak. W tej właśnie Anglii. Ale jak znasz jeszcze inną Wielką Brytanię, to możesz mnie tam  poszukać.

- Czyli co, jest wolna? Poważnie? – Daniel skomentował coś jeszcze, ale Draco akurat wycierał włosy, więc nie żałując,  pominął ten fragment. – Kiedy wracasz?

- Scorpius wydaje się być zachwycony Anglią – zignorował pytanie, spoglądając na swoje odbicie
w lustrze. – Ja sam nie wiem. Dużo się zmieniło. A jednak tak wiele zostało tak samo. Więcej, niż się spodziewałem.

- Spotkałeś ją – stwierdził Daniel, a Draco usłyszał, jak mężczyzna mówi coś do kogoś w tle. Zapewne wracał do domu z którejś z imrez, bądź dopiero się na jakąś wybierał.

- Kogo?

- Darren… - Draco zmarszczył brwi na dźwięk tego imienia.

- Danielu?

- Wciąż jesteś irytująco uparty – burknął Sharman, a Draco usłyszał trzask zamykanych drzwi. – Idę się napić. Może mi się poszczęści i znajdę sobie lepszego przyjaciela.

- Pozdrów ode mnie Nowy York – poprosił, uśmiechając się na potaknięcie przyjaciela. – I błagam, nie wydzwaniaj do mnie o tak wczesnej porze. U mnie, imbecylu, jest przed ósmą.

- A skąd, u diabła, miałem wiedzieć, że postanowiłeś urządzić sobie wycieczkę na inny kontynent? – zapytał kąśliwie mężczyzna, ale sekundę później spoważniał. – Kiedy wracasz?

- Mam nadzieję, że nigdy – odparł, naciskając czerwoną słuchawkę. Przywołał prostym zaklęciem świeże ubrania, które założył, a potem ostatni raz spojrzał na swoje odbicie. – Nigdy.

Już nigdy tam nie wróci.

Gdyby tylko wiedział, jak krótko będzie trwało owe nigdy.


***


- Nie pamiętam, byś był takim rannym ptaszkiem.

Draco odwrócił się, zerkając na stojącą w przejściu Pansy. Jego słodka przyjaciółka zdążyła się już przebrać z piżamy w wygodne dżinsy i gruby sweter, a włosy miała rozpuszczone i wilgotne po kąpieli. Trzymała na rękach młodszego syna, który machał bosymi stopami i uśmiechał się uroczo.

- Pierwszy raz od dawien dawna się wyspałem  – wzruszył ramionami, przybijając piątkę dziecku, które pani Potter posadziła obok niego na sofie. Sama Pansy podeszła do kominka, do którego dorzuciła drewna, a potem przeciągnęła się rozkosznie.

- Mnie obudził, ten o to, pan – wskazała brodą Regulusa, który położył głowę na ozdobnej poduszce,
a jego powieki powoli zaczęły opadać. – Jak zwykle musiał wcisnąć się nam do łóżka tylko po to, by samemu znów usnąć. Jak ja mu zazdroszczę tej umiejętności spania w każdym miejscu.

- Nie oszukuj Pans, na pewno nie odziedziczył tego talentu po Harrym – parsknął, ale uśmiech zamarł mu na ustach, gdy jej oczy przestały błyszczeć rozbawieniem. – Co się stało?

- Wciąż dziwnie słyszeć jego imię, wypowiadane przez ciebie z takim… spokojem – szepnęła, podciągając kolana pod brodę i oplotła je ramionami. – Od razu się zaprzyjaźniliście?

- Nie. To chyba byłoby niemożliwe – zaśmiał się, przewracając oczami. – Byli tak ostrożni i nieufni wobec mnie, jak dzikie zwierzęta.

- Ale potem Draco się przed nami otworzył, a my ujrzeliśmy piękno jego wnętrza i wszyscy obdarzyliśmy się dozgonną miłością – Harry wszedł do środka, zupełnie nie przejmując się przyłapaniem na podsłuchiwaniu, ani swoim strojem. W piżamie, z roztrzepanymi włosami, zaspanymi oczami oraz lekkim zarostem na policzkach, wyglądał zabawnie w pięknym, gustownie urządzonym wnętrzu. A jednocześnie tak pewnie, jakby dobrze wiedział, że to wszystko i tak należy do niego, więc po co ma się do tego stroić?

- Pięknie powiedziane – stwierdził, wyciągając przed siebie nogi i przyjrzał się, jak zielonooki muska odruchowo ustami czoło małżonki, a potem narzuca na śpiącego synka jakiś koc.

- Wcześnie wstaliście – zauważył Harry, ziewając przeciągle.

- Ty również – odparła Pansy, mrużąc powieki. – Nie powinieneś dziś spać do jedenastej? Odespać cały tydzień pracy?

- Powinienem, ale zadzwonił telefon… - Harry uniósł dłoń, nim była ślizgonka zdążyła się odezwać. – Spokojnie, fiołku, wyłączyłem go. I nie odebrałem wcześniej.

Draco zerknął na przyjaciółkę, która uśmiechnęła się w dziwny sposób. Nigdy wcześniej nie widział
w jej wykonaniu, tak ciepłego oraz wdzięcznego wygięcia ust w uśmiechu. Jej oczy błysnęły zabawnie, gdy Harry wykrzywił swoją twarz w podobny sposób.

- Co powiecie na spacer po śniadaniu? – zaproponowała Pansy, bawiąc się końcówką swoich włosów. – Przejdziemy się po plaży?


***


- Hemina, wstawaj!

Hermiona jęknęła, gdy jej ciało zostało pozbawione przyjemnej, ciepłej kołdry. Zadrżała, kiedy kilka małych paluchów zaczęło ją szturchać, a głosy chłopców pospiesznie wyciągały ją ze słodkich snów.

- Ciocia, wstawaj! Idziemy na spacer! No! Ciocia! – James usiadł na niej okrakiem, chwytając ją za policzki. – Cioooocia, budzimy się!

- Przecież Hemina już nie śpi! Hemina zawsze wstaje pierwsza! – Scorpius pociągnął ją delikatnie za loczek i chuchnął jej we włosy. – Nie śpisz, prawda? Hemina, wiemy, że nie śpisz!

- Kiedy prosiłam was o obudzenie cioci, nie miałam na myśli barbarzyńskiego ataku w jej własnym łóżku! – na ratunek przybyła jej Pansy, ale ulga trwała jedynie chwilę. Zdradziecka żmija. – Hermiono, raz, dwa! Idziemy na spacer!

- Och, do złamanej różdżki! Już wstaję! – westchnęła niczym męczennica, uniosła powieki i napotkała nad sobą dwie głowy chłopców. James wciąż miał wargi upaćkane w kakao, a Pius palce lepkie od masła orzechowego. Obaj byli ubrani, a ich oczy tryskały radością.

- No nareszcie! – ucieszył się Jamie, zeskakując na podłogę i zaczął tańczyć swój taniec zwycięstwa. – Idziemy na spacer! Idziemy na spacer!

- Idziemy na spacer! – Scorpius dołączył do James’a, a po sekundzie obaj zniknęli za drzwiami, przekrzykując się, że trzeba szybko założyć buty i na wyjść na dwór. Hermiona posłała Pansy rozbawione spojrzenie, a potem ignorując znaczący wzrok pani Potter, który spoczął na piżamie Draco wiszącej na fotelu, podniosła się i przeciągnęła.

- Na spacer? Jest zimno, i brzydko, i mglisto, i chłodno i nie lepiej zostać w łóżku? – wymamrotała, wyglądając przez duże okno, a potem zajęczała, gdy Pansy bez zawahania wskoczyła na nią z rozbiegu. Hermiona zaklinała w tym momencie, że swojego ADHD James nie odziedziczył w genach Potterów, a tej o to primadonny, która objęła ją za szyję i przyciągnęła do siebie.

- A co powiesz na soczystego buziaka w rekompensacie? – zaproponowała uwodzicielsko, przybliżając swoją twarz do twarzy Hermiony.

- O na Merlina, to ja już wolę wstać, niż mieć styczność z ustami, które nie wiadomo co robią z moim przyjacielem! – pisnęła, wyplątując się z kołdry i odskoczyła od rechoczącej Pansy, która przybrała pozę modelki i wygięła brew ku górze. – Wyglądasz jak zmokły hipogryf, panno kusząca.

- Nie powiem, kogo ty mi przypominasz z tą czupryną – parsknęła Pansy, cmokając z udawanym oburzeniem. – Zaczyna się na „Ha”, a kończy na –„grid”.

- Wara od moich włosów, gadzino – syknęła teatralnie Hermiona, wyciągając z szafy świeże spodnie oraz gruby sweter. Skoro Pansy zdecydowała się na sweter zamiast bluzy, a rzecz wszystkim znana, że nie przeszkadza jej zimny wiatr, to oznaczało, że na dworze jest chłodniej niż przypuszczała.

- Czekamy na dole, Nia! - usłyszała nim zamknęła za sobą drzwi.





Trzydzieści minut później, Hermiona żałowała wyboru przyjaciół. Czemu nie mogła zaprzyjaźnić się jednak z Cho Chang, która na pewno nie cieszyłaby się jak głupia z lodowatych powiewów wiatru, głośnego szumu fal i zapadającego się pod stopami piasku. Nie, ona musiała zdecydować się na chłopaka z kompleksem bohatera, dziewczynę czerpiącą radochę z zimna oraz blondyna wyglądającego zdecydowanie za dobrze, nawet w czapce i kapturze.

- Możesz przestać tak robić? – zapytała niezrównoważoną psychicznie małżonkę przyjaciela, która właśnie dreptała obok niej.

- Ale jak? – Pansy uniosła brwi, wciąż szczerząc się radośnie i obserwowała swoich synów, którzy ganiali ze Scorpiusem.

-Tak. Z twarzą – wskazała jej usta, zbyt różowe, zbyt pełne, zbyt radosne. – To irytujące.

- To, skarbie, jest uśmiech – sarknęła ciemnowłosa, przewracając oczami. – I nie udawaj już takiej naburmuszonej.

Hermiona ugryzła kolejny kęs pączka, którego Delaney litościwie podała jej przed wyjściem. Postanowiła zignorować towarzyszkę, która rzecz jasna miała rację. Wciągnęła do płuc rześkie, słone powietrze, a potem zerknęła na szare fale. Uderzały o piach niesystematycznie, raz mocniej, raz lżej, dając jednocześnie dzieciakom zabawę w uciekanie przed wodą. Diego i Cerber biegali wesoło za maluchami, goniąc ich radośnie. Obróciła się za siebie, by dojrzeć zrelaksowanego Pottera, który w paru krokach ich dogonił, a potem zaczął się przepychać z roześmianą żoną. Parę metrów za nimi kroczył samotnie Draco, wpatrując się w horyzont z tym dobrze jej znanym, grymasem zamyślenia. Pogratulowała sobie głupoty, gdy przecząc własnym obietnicom zatrzymała się, by na niego poczekać. To nie tak, że dawna niechęć do Malfoy’a wróciła. Ona zapewne już dawno umarła śmiercią naturalną podczas wojny. Teraz jedynie obawiała się swoich zdradzieckich reakcji na jego ponowną bliskość, do której on dążył. Może nie tak postępuje rasowy Gryfon, ale ona naprawdę wolała nie łamać sobie kolejny raz serca.

- Czuj się swobodna w podziwianiu mnie – pożałowała swojego czynu od razu, gdy tylko otworzył usta.

- O głupoto, bądź pozdrowiona! – przełknęła ostatni kęs słodkiego pączka, wzdychając z zadowoleniem. – Co zaprząta tą twoją pustą główkę, Malfoy?

- Jak łatwo mi wyobrazić sobie, że ostatnia dekada nie miała miejsca – mruknął cicho, wyciągając rękę i musnął kciukiem kącik jej ust. Wstrzymała oddech, powstrzymując chęć zbliżenia się do niego
i jedynie wpatrywała się z uwagą w jego ruchy. Draco przytrzymał rękę zdecydowanie zbyt długo, przesuwając palcem po jej dolnej wardze, a potem z dziwnym głodem zerknął głęboko w oczy Hermiony.

- Wydaje mi się niemożliwe, by wrócić do tych czasów – westchnęła, uśmiechając się lekko i zrobiła krok w tył, a potem ruszyła powoli za idącymi już daleko na przedzie przyjaciółmi. – No wiesz, masz syna, Pansy i Harry są małżeństwem, życie toczy się dalej.

- Mogłoby zwolnić – jęknął, posłusznie dostosowując swój krok do jej, a potem kopnął jakiś kamyk. – Granger, znam tę minę.

- Jaką minę? – obruszyła się, wciskając ręce do kieszeni i wzdrygnęła się, gdy chłodniejszy podmuch wdarł się przez szalik.

- Tę, kiedy zastanawiasz się, czy możesz zadać mi pytanie – parsknął, posyłając jej bezczelny, zadowolony uśmiech. – Możesz.

- Ludzki pan się znalazł – bąknęła, ale uśmiech dość szybko zniknął jej z ust. – Po prostu… zastanawiam się, czy… okay. Malfoy, ani razu nie spytałeś o swoich rodziców, o Greengrassów,
o Rona, o ślizgonów. Czemu?

- Bo jestem tchórzem – Draco przyglądał się jej z dziwnym rozbawieniem w szarych, zmęczonych oczach. – Bo teraz, mój powrót jest słodkim snem. A kiedy w końcu spotkam ich wszystkich… to się skończy. Powrócą demony przeszłości. Póki mam tylko was, czuję… spokój.

- W porządku – nie musiała dodawać, że to w końcu się stanie. Świat dowie się o powrocie Dracona Malfoy’a. Syna śmierciożercy, zdrajcy, poplecznika Czarnego Pana, który uciekł z kraju wraz ze swoją narzeczoną, tuż po wojnie. Czekała go ciężka walka z przeszłością. – Nie jesteś tchórzem, Malfoy.

- Jestem, Mia. Inaczej nasza teraźniejszość, wyglądałaby zupełnie inaczej – westchnął, rzucając wzrokiem na idące przed nimi małżeństwo. – Gdybym był odważniejszy, nie uciekłbym przed samym sobą.

- Ale tak widocznie musiało się wydarzyć, Draco. Podjąłeś decyzje, które wydawały się wtedy słuszne, bądź konieczne, a teraz przyjdzie ci za nie zapłacić. Ale to nic, naprawdę. Ważne, że nie jesteś sam. – Hermiona szturchnęła go ramieniem, posyłając mu krzepiący uśmiech. – Jesteśmy drużyną, pamiętasz?

- Pamiętam – Draco poczuł, jak supeł w jego brzuchu się rozluźnia, gdy brązowe tęczówki zamigotały ciepłem. Chwilę później, zrównali krok z państwem Potter, którzy dyskutowali o czymś radośnie. Hermiona zapomniała o tym, jak brutalnie wyciągnięto ją z ciepłego łóżka, zapomniała o chłodnym wietrze i pochmurnej pogodzie. Bo idąc z tymi ludźmi, trzymając Pansy pod rękę, obserwując chłopców szukających muszelek, widząc droczących się mężczyzn, mogła zapomnieć. O wszystkim.

Mogła poczuć dawno zapomniane uczucie.

Bezpieczeństwo.


***


Niestety. Życie, Los, Karma, Bóg, czy inna złośliwość panująca nad Wszechświatem, lubiła dokuczać Hermionie. Kiedy więc jedli obiad, zaśmiewając z anegdotek Edwarda, a jednocześnie prosząc o dokładki pieczonych ziemniaków, bo spacer wyczerpał ich zapasy energii, nie zwrócili zbytnio uwagi na dzwonek do drzwi. Hermiona nie zdążyła odstawić kieliszka, gdy w przejściu stanął skołowany kamerdyner państwa Parkinson, a ojciec Pansy uniósł brwi z pytaniem.

- Kto nas nawiedził? – zapytał wciąż rozluźniony mężczyzna, odsuwając krzesło, by stanąć na nogi.

- Cóż, tak na prawdę, to do panicza Pottera – odpowiedział Arthur, rzucając spojrzenie zaskoczonemu Harry’emu. Zielonooki podniósł się powoli, przepraszając ich i wyszedł z pokoju. Pansy westchnęła ciężko, krzywiąc się i ruszyła za mężem. Hermiona skrzyżowała spojrzenia z blondynem, a po sekundzie również oni wyszli z jadalni, pozostawiając rozgadane dzieciaki z dziadkami.

Hermiona bez zastanowienia ruszyła do najbliższego salonu od głównych drzwi, bo tam zwykle przyjmowano pospiesznie gości. Nie zaskoczyło ją zatem, że to tam, kamerdyner skierował owego gościa, który zakłócił im słodki wypoczynek. Jednak sama osoba stojąca przy oknie, z teczką pod pachą, była niemałym mankamentem.

- O ile obecność panny Granger mnie nie zdumiewa, tak pana Malfoy’a nie spodziewałem się tu spotkać – Gawain Robards uniósł brwi, wsuwając kciuki do kieszeni wytartych spodni i kiwnął im głową na powitanie. – Wybaczcie, że przerwałem wam rodzinne spotkanie.

- Obecność Draco jest ściśle tajna, Gawain, więc prosiłbym o dyskrecję – bardziej stwierdził, niż poprosił Harry, a Hermiona mogła w tym momencie zobaczyć, jak z ich dobrotliwego przyjaciela przemienia się w diabelsko świetnego w swoim fachu aurora. Nikt nie zaprotestowałby teraz awansowaniu go na Szefa Biura Aurorów, mimo młodego wieku. Nie dziwił jej zatem zamiar uczynienia go nim przez Robardsa.

- Co jest takie ważne, że aurorzy koniecznie potrzebują do tego mojego męża? – zapytała Pansy, opierając dłonie na biodrach. – Mam nadzieję, że to sprawa państwowa, bo inaczej proszę mi wierzyć,  wyrzucę pana za drzwi.

- Nie nazwałbym tego sprawą państwową  – uniósł do góry ręce, gdy Pansy już przygotowywała swoją tyradę. – Ale dla was raczej ważną. Chodzi o naszego Poetę.

- Poetę? – Draco przerwał ciszę, która zapadła po ostatniej wypowiedzi Robardsa. Spojrzał na Harry’ego, który nagle wyprostował się niczym struna, a jego dłonie zacisnęły się w pięści. Stojąca za nim Pansy, zamarła, a jej oczy rozszerzyły się zaskoczone. Ale najbardziej zaintrygowała go reakcja Hermiony. Granger wydawałaby się nieporuszona, gdyby nie nagła bladość oraz delikatne drżenie jej dłoni. Widział, jak wytarła palce o spodnie, starając się zająć czymś ręce.

- Domyślam się, że przybył pan niedawno i nie zdążył dowiedzieć się o naszych ostatnich problemach z przestępczością. Swoją drogą prosiłbym was o nieukrywanie w przyszłości tak istotnych szczegółów, jakim jest między innymi, powrót byłego śmierciożercy do Londynu – bąknął, rzucając twarde spojrzenie Potterowi, który nic sobie z tego nie robiąc, podszedł do barku i wyciągnął szklaneczkę i butelkę whisky. – Hermiono, czy moglibyśmy…

- Nie. – Harry przerwał swojemu przełożonemu, któremu opadły ramiona, ale nie skrytykował ostrego tonu Wybrańca. Zamiast tego skinął głową obserwując, jak zielonooki podchodzi z pełną szklanką do przyjaciółki i wciska ją w jej drżące dłonie. – Do dna.

- Więc? – Draco przestąpił z nogi na nogę, gdy zdołał powstrzymać komentarz na temat szybkiego opróżnienia szklaneczki przez Hermionę. – Kim jest Poeta?

- Harry ci to wyjaśni. Nia, chodź. Może wrócimy do pokoju, co? – Pansy przysunęła się do przyjaciółki, opiekuńczo obejmując ją ramieniem.

- Nie, jest w porządku – Hermiona westchnęła, odsuwając się od byłej ślizgonki, a potem zmęczonymi oczami spojrzała wprost na blondyna. – Poeta jest mordercą. Brutalnym, niebezpiecznym, obsesyjnym mordercą. Pierwszy raz pojawił się trzy lata temu i wciąż udaje mu się uciec, chociaż robiliśmy, co mogliśmy, by go złapać.

- Ale dlaczego Poeta? – drążył, dobrze wiedząc, że miny przyjaciół ukrywają więcej niż chcieli powiedzieć.

- Ponieważ każde morderstwo zostaje ukończone ustawieniem ofiar w pewnych scenach. Mieliśmy już Romeo i Julię, Orfeusza i Eurydykę, a nawet Psyche oraz Erosa. Oraz kilka więcej  – Gawain zginał po kolei palce, pochmurniejąc. – Zabójca jest zagadką. Pieprzoną zagadką, którą staramy się rozwiązać od ponad trzech lat i gówno nam wychodzi. A każde jego dzieło, jest dedykowane ukochanej Poety.

- Mi – Hermiona przekrzywiła lekko głowę, obserwując jego reakcję. Draco powstrzymywał się ze wszystkich sił, by nie zachować się zbyt gwałtownie, ale nie mógł utrzymać pokerowej twarzy. Wbił szare tęczówki w przestraszoną, smętną sylwetkę Gryfonki, która zerknęła do pustej szklaneczki z utęsknieniem. Sam napiłby się w tym momencie.

- Czyli jakiś psychol, zamiast przysyłać ci kwiatki, zostawia trupy? – podsumował, opierając się biodrem o fotel i skrzyżował ramiona na torsie. Kąciki ust Hermiony zadrżały, gdy przytaknęła. – Kurwa.

- Ładne podsumowanie – skwitował Harry, machnięciem dłoni przywołując do pokoju buty oraz płaszcz. Pansy skrzywiła się kolejny raz, piorunując wzrokiem Robardsa, który poprawił poły własnej kurtki, a potem zerknął na zegarek. Draco całkowicie inaczej wyobrażał sobie tego mężczyznę i chociaż widział go wcześniej w telewizji, to wciąż spodziewał się czegoś innego. Gawain miał reputację świetnego szefa, który jest szorstki, twardy oraz dokładny. Wiedział, że wzbudza w Anglii duży respekt, a inni dyrektorzy w Ministerstwie nie śmieli mu się zbytnio przeciwstawiać. 

Dlatego w jego myślach wykreował się wizerunek mężczyzny w starszym wieku, z posiwiałymi włosami oraz o pomarszczonej, doświadczonej twarzy. Jakże się zawiódł. Przed nim stał mężczyzna przed pięćdziesiątką, o ogorzałej słońcem twarzy z dwudniowym zarostem oraz gęstymi, ciemnymi włosami. Ubrany w idealnie skrojony garnitur, elegancki płaszcz oraz trzymając pod pachą parasol, przypominał brytyjskiego dżentelmena dawnych lat. Kwadratowa szczęka zdradzała zdecydowany charakter, lekko przekrzywiony nos świadczył o częstych złamaniach, a bystre oczy o wciąż świetnie analizującym umyśle. Draco przesunął wzrok na Harry’ego, który zdążył założyć już swoje ciężkie buty, a na ramiona zarzucił długi, wysłużony płaszcz. Stojąc obok siebie, eksponowali kontrast między sobą, a z drugiej strony, blondyn widział ich zażyłość. To, jak Gawain obrzucił towarzysza wzrokiem, a potem poklepał po ramieniu. Nawet Pansy – wciąż bocząca się – przysunęła się do nich bliżej, by poprawić kołnierzyk męża.

- Hermiono, gdybyś zechciała…

- Nie  – Harry znów mu przerwał, co starszy skwitował cichym prychnięciem, ale posłusznie zacisnął usta w cienką linię. – Hermiony w to nie mieszaj.

- Ciężko mnie w to nie mieszać, skoro to wszystko przeze mnie – zauważyła chłodno Gryfonka, uśmiechając się krzywo do zirytowanego już nieposłuszeństwem młodszego aurora, mężczyzny. – Jestem do twojej dyspozycji. Wiesz, gdzie mnie szukać.

- Dziękuję – mruknął Gawain, prostując się i rzucając protekcjonalne spojrzenie towarzyszowi. – Idziemy? Pansy, wybacz to wtargnięcie. Obiecałbym, że to ostatni raz, ale…

- Masz mi go zwrócić w jednym kawałku, Robards, albo inaczej porozmawiamy – rzuciła pani Potter, całując zielonookiego w policzek. – A ty pamiętaj, że masz żonę i dwójkę dzieci, więc nie zgrywaj bohatera.

Draco jeszcze raz pożegnał się z Szefem Biura Aurorów oraz jego przyszłym następcą, a potem długo wpatrywał się w drzwi za którymi zniknęli. Pansy bąknęła kilka słów, nim zostawiła ich w salonie, a z tego co zrozumiał, postanowiła zająć się chłopcami. Blondyn przesunął wzrok na Hermionę, która podeszła do barku, by dolać sobie alkoholu i teraz sączyła go powoli.

- Granger, musimy chyba poważnie porozmawiać – wpatrywał się w nią, kiedy powolnym ruchem przesuwała ręką ze szklanką, wzbudzając znajdującą się w środku ciecz w ruch.

- Malfoy  – jednym ruchem przechyliła szklaneczkę, a złota zawartość zniknęła w jej ustach. Odstawiła kryształ z cichym stuknięciem na blat, jednocześnie unosząc głowę do góry, by ich spojrzenia się skrzyżowały. – Chyba jednak nie.

- Czyli co? Udajemy, że ostatnie piętnaście minut, to wytwór mojej wyobraźni? – przewrócił oczami, marszcząc brwi. – Nie. Zauważ, że delikatnie cię do tej rozmowy zmuszam.

- A ty zauważ, że delikatnie staram się jej uniknąć – parsknęła, ale sekundę później skinęła powoli głową. – Dobrze. Porozmawiajmy.


***


- Nie sądziłem, że się odważysz.

- W sumie, ja też, ale gdzie mogłam uciec? – Hermiona odwróciła wzrok od ognia, w który wpatrywała się przez ostatnią godzinę. Kiedy Draco poszedł położyć synka do łóżka, ona wykorzystała chwilę na prysznic, a potem ukradkiem poszła do ulubionego pokoju w posiadłości Parkinsonów.
Do biblioteki. Nie zaskoczył ją ogień w kominku, ani stojąca już tam herbata. Skrzaty Parkinsonów znały ją lepiej, niż przypuszczała, ale bez marudzenia z chęcią sięgnęła po napar. Skulona na jednym
z trzech foteli, sączyła gorącą herbatę i zastanawiała się, jak najlepiej poprowadzić zbliżającą się rozmowę. Przyglądała się jednocześnie Cerberowi, wylegującemu się bezczelnie przed kominkiem, jakby to on miał pomóc jej z tym problemem.

- Domyślam się, że twoja ładna główka już wymyśliła tysiąc alternatyw, jak zgrabnie udaremnić naszą pogawędkę – westchnął, opadając na fotel stojący najbliżej niej i wyciągnął przed siebie nogi. Hermiona zauważyła, że i on sam zdążył się przebrać. Teraz miał na sobie pogniecioną koszulkę
 oraz luźne spodnie dresowe. – Czy nie możemy po prostu, pobawić się w szczerość, jak za dawnych czasów?

- Sęk w tym, że teraz nie zakończymy znajomości w najbliższym czasie, tak jak mogliśmy wtedy.
Ani nie umrzemy, ani nie wyjedziemy… prawdopodobnie. Dlatego trudniej jest w to grać – zauważyła, opierając skroń o oparcie i odwróciła się bardziej w jego stronę. – Niech będzie. Powiem ci tyle, ile uważam, że wymaga sytuacja. I liczę, że będzie to działać w obie strony.

- Lubię to, jak bardzo wierzysz w swoje umiejętności do targowania się – prychnął, ale przytaknął. – W porównaniu z tobą, jestem jak otwarta księga.

- Role się odwróciły, co? – uśmiechnęła się gorzko, splatając dłonie, a potem westchnęła. – Co chcesz wiedzieć?

- Wszystko – odparł od razu, unosząc kąciki ust do góry. – Zacznijmy od początku.

- Po wojnie wróciłam do Hogwartu. Nie wiem, co mi przyszło do głowy, ale w tamtym momencie byłam pewna, że robię dobrze. Wróciłam do szkoły, którą w wakacje pomagałam odbudować – Hermiona oblizała usta, podciągając kolana pod brodę. – W czasie tamtego roku, zaprzyjaźniłam się
z Pansy i resztą. Przez cały tamten rok, nie mogłam znaleźć pomysłu na to, co chciałabym robić później. Harry i Ron dostali się do szkoły aurorskiej, w której osiągali zaskakująco dobre wyniki. Cóż, poszłam za głosem rozumu i dołączyłam do nich po roku. Nie trwało to długo, gdy ukończyliśmy pierwsze etapy z niezłymi sukcesami. Wtedy właśnie skontaktowało się z nami FBA.

- Federalne Biuro Aurorskie? No proszę, co zrobiliście?

- Ha! Też myśleliśmy, że przyszło nam zapłacić za wojenne zbrodnie. Te jednak, od razu zostały wybaczone, a my dostaliśmy ofertę szkolenia oraz dołączenia do nich – Draco zagwizdał, kiedy dziewczyna poruszyła zabawnie brwiami. – Takich ofert się nie odrzuca. Szczerze, wciąż jestem w szoku, ale udało się nam zaliczyć testy. Z bólem przyznaję, że to Harry przebił nas wszystkich. Problem w tym, że wciąż nie znalazłam niczego, co zainteresowałoby mnie na dłużej. Aż pewnego dnia… - przerwała na chwilę, jakby odlatując gdzieś myślami, nim powróciła do niego. – Dostaliśmy zadanie jakich wiele, ale dodatkowo dołączył do nas zwerbowany haker. Facet, trzeba przyznać, miał dar do łamania wszystkich zabezpieczeń. I tak zaczęła się moja nowa zabawa z komputerami, systemami i analizami. W końcu znalazłam coś, co było niemałym wyzwaniem i sprawiało mi radość. Capell szybko stał się nam bliski. Po tym zadaniu przydzielili go gdzie indziej, ale pozostaliśmy w kontakcie. Wszystko zaczęło się układać sielankowo. Ślub Pansy i Harry’ego zbliżał się wielkimi krokami, zaczynaliśmy żyć na nowo. I wtedy pojawił się Poeta. Małe morderstwa zmieniły się w spektakularne sceny, najpiękniejszych dzieł literackich  – parsknęła szorstkim, krótkim śmiechem. – W każdej z nich, obowiązkowo umieszcza brązowowłosą dziewczynę, w miarę podobną do mnie. Czasem zostawiał pisane krwią wierszyki, czasem obsypywał zwłoki kwiatami. Dla  mnie.

- Co było dalej? – zapytał, kiedy znów uciekła od niego myślami. Brązowe spojrzenie odzyskało na chwilę ostrość, gdy wyrwał ją z własnych rozmyślań.

- Zaczęłam być paranoikiem. Miałam wrażenie, że ktoś wciąż mnie śledzi, każda mijana osoba wydawała mi się mordercą  – przekrzywiła głowę, wystukując palcami nieznany mu rytm. – Zaczęłam widzieć Kaptur. Był wszędzie. Kiedy patrzyłam przez okno – stał tam. W deszczu, w burzy, w słońcu. Zawsze tam stał. Kiedy szłam ulicą, widziałam go parę metrów za sobą. Kaptur zaczął mnie prześladować. Wiele razy wzywałam aurorów, gdy wydawało mi się, że tym razem zaatakuje, ale… nie było po nim śladów. Wracałam do domu i wiedziałam, że ktoś tam był przede mną. Ale nie było dowodów. Prasa dowiedziała się o moich częstych wezwaniach. Capell postanowił pomóc mi dokończyć ostatnie sprawy, bym mogła wziąć wolne. Ale pojawił się nowy problem. Trafiliśmy na niezły przełom… znaczy on. To… duża sprawa, nie mogę ci teraz zdradzić za dużo. Ale byliśmy tak blisko… jak nigdy. Ostatnie tygodnie i mielibyśmy go na haczyku  – pokręciła głową, opuszczając rękę, którą sekundę wcześniej pokazywała, jak niewiele dzieliło ich od zakończenia. – Ktoś sypnął. Nie wiem nawet, kto. Wracaliśmy z Capellem… kiedy… musieliśmy przerwać misję. Zostaliśmy spaleni. Sprzedałam dom rodziców i uciekłam z Londynu. Miejsce mojego domu do tej pory, zna tylko krąg wybranych osób.

- A Poeta?

- Nie odzywał się przez ostatnie cztery miesiące? – wzruszyła ramionami, masując palcami skroń. – Złapaliśmy wtedy takiego człowieka, który uważał się za Poetę. Widać, jak przypuszczaliśmy, człowiek więcej się chwalił, niż działał.

- Czemu wrócił akurat teraz? – drążył, zerkając do jej pustego kubka i westchnął z rozczarowaniem.

- Może to spóźniony prezent urodzinowy? – zaproponowała lekko, znowu uciekając gdzieś myślami. – Nie wiem. Nie umiem pojąć funkcjonowania jego zepsutego umysłu. To frustrujące. A teraz dodatkowo i mnie mają za wariatkę.

- Ja tam oszalałbym, na twoim miejscu – stwierdził szczerze, przeciągając się i podrapał się po karku. – Poznam tego całego Capell’a?

- Nie wydaje mi się, byś miał sposobność – westchnęła, spoglądając w ogień i spochmurniała. – Ben odszedł.

- Ben? Benjamin Capell – powtórzył, przypominając sobie, że już kiedyś słyszał to połączenie. Harry pokazywał mu przecież zdjęcie Hermiony oraz tego mężczyzny. Blondyna z brązowymi oczami, który siedział zdecydowanie zbyt blisko Gryfonki. – Coś obiło mi się o uszy.

- A to akurat ciekawe, bo nasi przyjaciele ochrzcili ten temat jako tabu – wykrzywiła usta w uśmiechu, nakręcając na palec swobodnie opadający pukiel. – Podobno mi odbija, gdy o niego chodzi.

- Odbija?

- Miałam jakiś czas temu mały incydent. Załamanie nerwowe. Stres pourazowy. Podobno mój umysł nie wytrzymał i rozpadł się na kawałki, a wraz z nim moja stabilność emocjonalna – wzruszyła ramionami, jakby wzmianka o problemie z depresją była popularnym tematem przyjacielskich rozmów. – Wiesz, jakie to uczucie postradać rozum?

- Coś tam wiem – odpowiedział, uśmiechając się ciepło, gdy znów zerknęła na niego z ukosa. – Czy jest coś jeszcze, o  czym powinienem wiedzieć?

- Mnóstwo. Ale to nie teraz – machnęła ręką, przeciągając się ziewnęła głośno. Prychnął, gdy z opóźnieniem zasłoniła usta, a jej oczy zamigotały wesoło. – Wystarczy na dziś ciężkich tematów, co?

- Nie podasz mi serum prawdy, by wszystkiego się dowiedzieć? No, proszę, dorosłaś? – prychnął, pochylając się do przodu, ale po chwili odchylił się, gdy dziewczyna niespodziewanie stanęła tuż przy jego fotelu. Oparła się kolanami o jego uda, a dłonie umieściła na zagłówku. Ich twarze dzieliło
z dziesięć centymetrów, gdy przeciągłym spojrzeniem, przesunęła po jego sylwetce.

- Draco Malfoy, to niesamowicie satysfakcjonujące uczucie, wiedzieć, że nie masz pojęcia, co się wokół ciebie dzieje – szepnęła, uderzając lekko czubkiem swojego nosa o jego własny i znieruchomiała. – Bądź grzeczny, a pomogę ci wszystko odkryć.

- Myślałem, że wolisz niegrzecznych chłopców – mruknął, wciągając do płuc jej kuszący zapach. Z trudem utrzymał ręce na oparciu, chociaż, aż świerzbiły go palce, by przyciągnąć ją jeszcze bliżej. Słodki oddech dziewczyny drażnił jego usta, gdy wciąż nie odsuwając się, wbijała uporczywy wzrok
w jego oczy. – Granger, przestań.

- Malfoy, Malfoy, Malfoy… - zaśmiała się, przechyliła głowę i odsuwając się powoli,  wskazującym palcem przesunęła po jego mostku i zatrzymała się tuż nad jego sercem. – Sam zacząłeś tę grę, więc sam musisz ją zakończyć.

Nim zdążył zapytać, co dokładnie miała na myśli, dziewczyna z gracją poderwała się do góry, odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem wyszła z biblioteki. Draco syknął, czując jak jego serce wciąż gwałtownie bije. 

Szlag.

A Cerber obrzucił go niemalże pobłażliwym, psim spojrzeniem.


***


- Cześć.

Hermiona podniosła głowę, kierując wzrok na stojącego przed jej stolikiem chłopaka. Przesunęła wzrokiem po całej szczupłej, męskiej sylwetce, zawieszając spojrzenie z powrotem na jego twarzy. Poderwała się do góry, bo od razu zdenerwowało ją, jak wysoko musiała zadzierać głowę. Mimo, że do najniższych się nie zaliczała, to chłopak wciąż górował nad nią parę centymetrów. Niespodziewany gość miał zaczesane do tyłu, jasne włosy, opaloną cerę i białe, równe żeby. Brązowe oczy wpatrywały się w nią, równie oceniająco, co jej w niego.

- Cześć – odpowiedziała w końcu, unosząc pytająco brwi.

- Szukam aurora Pottera, podobno powinien siedzieć tutaj.  – Machnął ręką dookoła biurowej czytelni, w której przeglądała właśnie ostatnie akta ich sprawy. Zaintrygowana wzmianką o Harry’m, zamknęła teczkę, którą wrzuciła do swojej torby. – Ewentualnie, powiedzmy, Granger. Wiesz może, gdzie mógłbym ich znaleźć?

- Pottera bądź Granger? – Uśmiechnęła się krzywo, chwytając torbę i prostym zaklęciem odesłała niepotrzebne kartony z papierami. Zostawiła jeden, największy, w którym znajdywały się ważne dla ich zadania, dokumenty. – Mogę cię zaprowadzić.

- Dzięki – odetchnął z ulgą, a potem chwycił karton, ubiegając ją tym samym. – Widzisz, przydam ci się od razu. Sekretarka mówiła, że mogę ich znaleźć tu, ale widzę, że nawet asystenci nie są nieomylni.

- Collins nie powinna tak szastać informacjami o obecności aurora Pottera – mruknęła, popychając drzwi i wyprowadziła go na korytarz. Lubiła biuro Federalnej Agencji Aurorskiej, która wyglądem przypominała te wszystkie filmowe, ważne biura. Pomieszczenia były przestrzenne, sterylne oraz w większości gustownie urządzone. Jej czarne szpilki uderzały głośno o marmurową posadzkę, gdy prowadziła ich do szklanej windy.

- Znasz go? – zapytał z zaciekawieniem, stawiając karton na podłodze, gdy weszli do windy. 

Hermiona uśmiechnęła się, bo uwielbiała widok z tego miejsca. Winda miała przeszklone ściany, dzięki czemu można było rozejrzeć się po trzynastopiętrowym budynku. Przyjrzała się wielu ludziom krążącym na dole, jak i po korytarzach, które były stąd widoczne. Budynek był zaprojektowany nowocześnie, tak, że miał w środku wycięty walec. Tam znalazło się miejsce dla szesnastu wind, w tym tej, którą właśnie wjeżdżali na dziesiąte piętro.

- A kto nie zna naszych bohaterów? – wzruszyła ramionami, spoglądając na swoją sukienkę, kończącą się w połowie ud, która opinała jej biust oraz biodra, a w innych częściach spływała swobodnie. Na ramionach miała skórzaną kurtkę, w której zrobiło się jej teraz zdecydowanie za ciepło. Postukiwała dziesięciocentymetrowym obcasem, który miała ochotę jedynie zrzucić na sam dół, ale obiecała przyjaciółce, że wytrzyma w nich do północy. Nie dziwiła się, że ten blondyn nie poznał w niej Hermiony Granger. Nie, kiedy  była mocno umalowana, włosy miała proste, a ubrania zdecydowanie nie przeznaczone do jej pracy.

- Jakieś porady? – stanęli przed drzwiami z wielkim napisem „detektyw Nott”, a ona przewróciła oczami, jednocześnie pociągając za klamkę. W środku siedziała Sarah, jak zwykle przeglądając jakieś kolorowe magazyny i popijała kawę ze Starbucks’a. Uniosła wzrok, gdy wchodzili, ale w tym momencie zadzwonił telefon, więc jedynie uniosła kciuk i wskazała kolejne dębowe drzwi.

- Postaraj się nie dać wciągnąć w kłopoty – zasugerowała, naciskając na kolejną klamkę i wpuściła ich do środka. Westchnęła, czując charakterystyczny zapach cytrusów i cynamonu, który zwykle panował w gabinecie Theo. Nie zaskoczył ją widok ciemnowłosego Ślizgona, siedzącego na swoim bujanym fotelu z założonymi nogami, papierosem za uchem oraz z  doskonale ułożoną, niechlujną  fryzurą. Ciemne oczy przesunęły się na chwilę na nią, a kąciki ust wygięły w krzywym uśmiechu. Oprócz właściciela gabinetu, w pomieszczeniu znajdowały się jeszcze dwie osoby. Gawain Robards, z kubkiem parującej kawy i grymasem niezadowolenia na twarzy oraz Harry. Potter stał przed jedną ze ścian, na której poprzyczepiane były zdjęcia, mapy oraz różne arkusze, które znaczyły coś dla śledztwa. Hermiona oparła się o zamknięte już drzwi plecami, przyglądając się spod przymrużonych powiek mężczyźnie, który wbijał wściekło-zielone spojrzenie w zdjęcie ich podejrzanego.

- Kto to? – Theodore lekceważąco wskazał brodą blondyna, który zmarszczył brwi, ale nie przestał się uśmiechać.

- Benjamin Capell – przedstawił się chłopak, a Hermiona dopiero zauważyła, że do tej pory sama nie zwróciła zbytnio uwagi na tak trywialną rzecz, jaką była tożsamość nieznajomego. Uniosła brew, wymieniając z Theo znaczące spojrzenia.

- Ten, który ma nam niby pomóc? – Harry odwrócił się na pięcie, wbijając wzrok w nowo poznanego  i przekrzywił głowę. – Najlepszy haker w Anglii? Wyobrażałem sobie ciebie troszkę inaczej.

- Matko, Potter, ty to jesteś subtelny, jak betoniarka – parsknął Theo, podnosząc się z fotela, by wyciągnąć dłoń do lekko zdenerwowanego Benjamina. – Nott. Theodore Nott.

- Napis mówi sam za siebie, czyż nie? – Ben uścisnął jego rękę, przewracając jednak oczami, a potem znów wrócił spojrzeniem do Wybrańca. – Ty na zdjęciach też, wyglądasz inaczej.

- Każda mi to mówi – odparł kpiąco Harry, ściskając jego dłoń i westchnął. – Mam nadzieję, że będziesz naszym przełomowym krokiem, Capell, bo powoli dostaję świra. Nie mówiąc o Gawainie. Biedaczek, osiwiał.

- Jeżeli nie masz nic mądrego do powiedzenia, Potter, to po prostu pozostań cicho – prychnął Robards, mrużąc powieki, gdy nowy podszedł do niego. – Dziękuję, że tak szybko przybyłeś.

- Nie żebym miał zbytni wybór, nie? – prychnął jasnowłosy, wsuwając kciuki do kieszeni i spojrzał na ich ścianę śledztwa. – Niezła sprawa.

- Niezła sukienka – Potter uśmiechnął się szelmowsko do Hermiony, która ostentacyjnie postukała obcasem o podłogę. – Nie tak to zaplanowaliśmy, ale już wychodzimy.

Dziewczyna znowu westchnęła, nawijając pasemko na palec i przeszła dalej, by usiąść na biurku Theodore’a. Złączyła nogi w kostkach, unosząc wzrok, by skrzyżować go z wpatrującym się w nią Benem. Zastanawiała się, czy zastanawiał się teraz, czy była jakąś tanią dziewuchą, czy głupiutką pracownicą, która poleciała na podryw znanych person. Bawiła ją niewiedza chłopaka, który zdecydowanie zbyt długo mierzył ją wzrokiem, by było to kulturalne.

- Och, tak, wybaczcie – odezwał się w końcu Gawain i przeciągnął się, ziewając. – Szliście uczcić urodziny znajomego, prawda? Musiałem jednak poinformować was o nowych szczegółach. Możecie iść.

- Na pewno? – Hermiona uśmiechnęła się leniwie, poprawiając mankiety kurtki. – Dobrze wiesz, że możemy zostać i…

- Wystarczająco dużo masz już nadgodzin, dziewczyno – przerwał jej Robards, machając ręką z lekceważeniem. – Idźcie cieszyć się młodością. Niech świat zobaczy, że bohaterowie potrafią się bawić.

- Ale…

- Potter, Granger, bez dyskusji. – Hermiona zeskoczyła z biurka, parskając śmiechem na ten surowy ton. – Nott, weź im przypomnij, na czym polega picie Ognistej.

- Jak szef każe – prychnął ciemnowłosy, wstając i sięgając po wiszącą na wieszaku kurtkę. – Czyli jutro mamy wolne?

- Do czego to dochodzi, byście musieli prosić  o wolny weekend? – Gawain przewrócił oczami, klepiąc po ramieniu, wciąż zdumionego Benjamina. – Ja wprowadzę w tym czasie nowego.

- Powodzenia, Ben – Hermiona uśmiechnęła się łobuzersko do nowego, wsuwając dłoń pod ramię czekającego już przy drzwiach Notta.

- Dzięki, Hermiono.



***



- Hermiono?

- Hmm? – dziewczyna odwróciła powoli głowę, spoglądając na siadającego właśnie w fotelu obok, Edwarda. Mężczyzna przesunął po stoliku kubek z gorącym kakao dla niej, a swój własny przytrzymał w rękach. Była Gryfonka zerknęła znów na ojca Pansy, który w jakimś stopniu stał się dla niej zastępczym rodzicem. Po pierwszych świętach, urodzinach, Sylwestrze, każdych kolejnych dniach wolnych, które spędzała z rodziną Parkinsonów, stawała się coraz bardziej im bliska. Lubiła to uczucie ciepła oraz bezpieczeństwa, gdy dorosły czarodziej traktował ją, jak własne dziecko, jak dbał, by czuła się pewniej w nowym świecie.

- Złudny, przemijający? Dwie pierwsze to „EF” – Hermiona uniosła kąciki warg, słysząc szelest Proroka Codziennego, gdy Edward od razu otworzył przedostatnią stronicę z krzyżówkami. – Ef…

- Efemeryczny – podpowiedziała, sunąc opuszkiem palca po krawędzi kubka. Parkinson mruknął z zadowoleniem, zapisując odpowiednie słowo, a potem znów zmarszczył nos. Tak właśnie się to zaczęło, można by rzec. Od ich porannego rozwiązywania krzyżówek. Kiedy spała u Pansy, napotykała w salonie codziennie o poranku Edwarda, który jak ona, uwielbiał podziwiać wschody słońca. 

Kiedy na początku nie wiedzieli, jak ze sobą rozmawiać, Edward zaczął rozwiązywać krzyżówki, szukając jej pomocy. Tak powoli zaczęły się ich pogawędki, zmieniające się w z zażarte dyskusje, długie rozmowy o rzeczach istotnych, jak i o tych mniej. Parkinson umiał jej wysłuchać, nie oceniać, ale również zrugać, gdy popełniała błędy.

Traktował ją, jak córkę. Dzięki czemu, na prawdę poczuła się znów dzieckiem. A tego jej brakowało.
- Och, to ci się spodoba, kochana. Imię bohatera I Wojny Magicznej, ojca Wybrańca? – zachichotał ciemnowłosy, cmokając z zadowoleniem. – Tata zięcia nie pasuje. Ani wnuk. Mógłbym ich za to pozwać – westchnął, ale widziała dobrze, że wpisał od razu poprawne imię, a potem uniósł rozbawiony wzrok, krzyżując go z nią. – Jak się spało?

- Takie hasło? – przewróciła oczami, opierając łokieć na oparciu, a na dłoni brodę. – Dobrze?

- Mówiłem już wiele razy, co myślę na odpowiadanie na pytania pytaniem, Hermiono – westchnął, unosząc do góry brew w bardzo władczy sposób. W takich sytuacjach, przypominał jej bardziej tego arystokratycznego bufona, jakiego znało Ministerstwo. – Jak się spało, kochana? Szczerze i brutalnie.

- Dobrze – powtórzyła, uśmiechając się do niego z rozbawieniem. – Na prawdę, w ten weekend się wyspałam. Aż niepoprawnie.

- To świetnie, bo przyjechałaś z takimi szarymi oczami, że aż się wystraszyłem – stwierdził, rozluźniając się na fotelu i wrócił do krzyżówki. – Pij, bo wystygnie.

- Tak jest, sir – odpowiedziała i grzecznie napiła się ciepłego kakao. Westchnęła z zadowoleniem, oblizując wargi. – Zatem, jak ty się czujesz?

- Wybornie, rzecz jasna –  odparł zbyt szybko, a wiedząc, że już go przejrzała, uniósł zmęczoną głowę i obrzucił ją wesoło-smutnym spojrzeniem. – Draco nie jest moim rodzonym synem, ale nie zmienia to faktu, że nim jest. Każdego dnia męczyłem się z myślą, gdzie się podział, a teraz dowiaduje się, że ułożył sobie całkiem znośne życie. Nie wiem, czy jesteś sobie w stanie wyobrazić moc radości i goryczy, jaka mnie ogarnia, gdy patrzę na niego.

- Myślę, że jestem – burknęła, spuszczając wzrok na swoje dłonie w udawanej nonszalancji. – Nie tak wyobrażałam sobie, jego powrót. W ogóle go sobie nie wyobrażałam.

- A jednak wrócił. Myślę, że nie tylko z oczywistego powodu pomocy, jakiej potrzebuje od Harry’ego. Myślę, że przyciąga go tu więcej, niż sądzimy – brązowe tęczówki błysnęły, gdy mężczyzna znów uniósł brew. Mierzyli się przez chwilę spojrzeniami, aż w końcu Edward wrócił myślami do krzyżówki. – Wybierasz się dziś do Gawaina?

- Zabronił mi – zauważyła oschlej niż zamierzała, zaciskając dłonie w pięści. Po sekundzie je rozluźniła i ułożyła płasko na stole. – Chociaż Pansy przyjęła Harry’ego do domu z powrotem.

- Moja córka ma trudny charakter, więc im dłużej Potter z nią wytrzymuje, tym dłużej ja mam spokój
i niech będą dzięki Merlinowi. Wystarczy mi jedna teatralna czarownica – prychnął, mając na myśl jaki chaos potrafią urządzić Delaney i Pansy w duecie. – Zapłacę Harry’emu i w złocie, by ją znosił.

- Sądzę, że to nie będzie potrzebne – parsknęła śmiechem, odkładając pusty kubek, a potem przeciągnęła się i wstała. – Śniadanie o dziewiątej?

- Mhm, ale w lodówce jest jeszcze kawałek tiramisu z wczoraj. Zostaw mi tylko połowę! – poprosił, machając ręką na jej jednoznaczny pomruk. – Hermiono?

- Tak? – zatrzymała się na progu, odwracając się, by zobaczyć, jak zmęczone, zatroskane oczy arystokraty prześlizgują się po jej twarzy.

- Uważaj na siebie, kochanie – powiedział cicho, poważniejąc w jej towarzystwie, pierwszy raz od dawna. – Nawet lodem można się sparzyć.

Zostawiła go bez słowa. Z głową pełną nowych myśli.



***


Tym razem, Hermiona była przygotowana na chłodny wiatr, który porwał jej włosy do dzikiego tańca, gdy stanęła tylko krok od drzwi. Zmrużyła powieki, czując w płucach lodowate powietrze, a jej wargi zadrżały w uśmiechu. Uniosła głowę, wbijając wzrok w szare niebo, które pochmurniało z minuty na minutę, coraz bardziej.

- Zadzwońcie, jak tylko dojedziecie – powtórzyła setny raz Pansy, która nie przejmując się wzbierającą wichurą, stanęła na środku chodnika i wsparła dłonie na biodrach. – Jedźcie ostrożnie, dobrze? James, zostaw brata!

- I nie zapomnijcie, by wsadzić kaczkę do lodówki. Hermiono, pamiętaj o tym! Draco, a jak zabraknie, to zafiukaj – Delaney stała przy bagażniku ich samochodu, upewniając się, że w dwóch dużych torbach, które im wcisnęła, na pewno jest wystarczająco dużo jedzenia. Zdaniem Hermiony wykarmiliby tymi małymi pudełkami pół wojska, ale widocznie pani Parkinson miała inną skalę małych oraz dużych pudełek. – Edwardzie, może dorzućmy im drewna?

- Drewna? – Draco uniósł brwi, wrzucając bagaż syna na tylne siedzenie i z konsternacją wpatrzył się w starszą czarownicę. – A po co nam drewno?

- No jak to po co, głuptasie? Na opał! – Delaney rozłożyła ramiona, burcząc coś o młodzieży i ich braku wyobraźni.

- Del, zapewniam cię, że mam bardzo dużo drewna – Hermiona zaśmiała się, przytulając kobietę i cmoknęła ją w policzek. – Po ostatniej waszej dostawie, starczy mi go na dwadzieścia lat!

- Drewna nigdy dość, ale niech będzie. Następnym razem – uległa kobieta, tarmosząc ją po lokach, a potem spojrzała w bok, gdzie James, Scorpius i Regulus skakali po kamieniach tak, by nie wpaść do kałuży. – Ale przyjedziecie na następny weekend, prawda? Przygotuję szarlotkę, Piusowi na pewno posmakuje!

- Przyjedziemy – odparł tym razem Draco, a Hermiona drgnęła, zerkając na niego z ukosa. To proste stwierdzenie wywołało u niej dziwną burzę emocji, bo nie dość, że użył liczby mnogiej, to składał obietnice, które widocznie zamierzał pokryć. Nie ucieknie tym razem? W „my”, ma na myśli tylko synka i siebie?

- James! Spróbuj mi tylko zamoczyć ubranie, a koniec z lataniem z ojcem, słyszysz? – Pansy pokiwała palcem na starszego synka, a potem odwróciła w stronę gotowej do wyjazdu dwójki. – Wpadnę do was jakoś w tygodniu, co? Regulus, nawet nie próbuj pchać brata! James! Nie szturchaj go, bo przyrzekam, że oddam cię bazyliszkowi na pożarcie! – warknęła, a potem znów łagodnie się uśmiechnęła - Pogadamy o tych dokumentach, które mam wypełnić i w ogóle.

- I w ogóle – odpowiedziała z uśmiechem Hermiona, domyślając się, że w tym ogóle mieści się dużo pytań do blondyna. Chwilę później usłyszeli głośne CHLUP, a potem nagłą ciszę. Pansy zacisnęła powieki, masując skronie, podczas, gdy James z niewinnym uśmieszkiem podbiegł do nich wraz z towarzyszami. Scorpius uśmiechał się tak szeroko, że Hermiona podziwiała mięśnie jego policzków, które musiały go przecież od tego boleć. Regulus z dużymi oczami wpatrywał się w brata, który z błotem na ubraniach i we włosach, stanął przed mamą. Jedynie obaj jej czworonożni przyjaciele, zdawali się pozostać w radosnym humorze.

- Jamesie Syriuszu Potterze – wycedziła Pansy, otwierając oczy i wbijając lodowate spojrzenie we wciąż szczerzącego się radośnie, syna. – Co masz na swoją obronę?

- Hmm, no, chciałem sprawdzić, czy jest głęboko, by Reg się nie utopił? – zaproponował wesoło, bujając się na piętach i przechylając lekko głowę na bok. – I wiesz co, mamuś? No, mamuś! Mam supe wiadomość, bo nie! Nie utopi się!

Hermiona parsknęła śmiechem, gdy jej kochany chrześniak z anielskimi oczami uśmiechnął się znów do Pansy, która jedynie uniosła brew w odpowiedzi. Edward zakasłał, by ukryć własny chichot, a Delaney tylko machnęła ręką, znów zerkając do ich bagażnika. Draco wykrzywił usta w rozbawionym grymasie, natomiast najmłodsze łobuzy ochoczo pokiwały głowami, by dodać od siebie, jak dobrze według nich postąpił James.

- James…

- No, mamuś! Przytulić cię? – James przerwał rodzicielce, unosząc do góry ręce i z błyskiem w oczach poruszał brudnymi palcami, powoli zbliżając się, do coraz bardziej rozbawionej Pansy. – Przytulę cię! I będzie fajnie, co? Też będziesz brudna i urządzimy bitwę na błoto! Mamuś!

- Och, Salazarze, niech ci będzie – westchnęła Pansy, odpychając od siebie małe ramiona synka. – Zamknę oczy, a ty uciekniesz, ale najpierw się pożegnaj. I nikogo nie przytulaj!

James błysnął małymi zębami, przybijając piątkę Scorpiusowi i przypomniał mu, że blondyn jest jego
i tylko jego, przyjacielem. Pobieżnie i Regulusa, ale głównie jego. Potem pozwolił potarmosić się  Draco, a na koniec zatrzymał się przed swoją matką chrzestną. Hermiona pocałowała zarumienione policzki i nos łobuza, który pomarudził trochę, ale nie odsunął się od pieszczot. Potem, po jednym spojrzeniu na twarz matki, uciekł, a zaraz za nim Regulus, który jedynie przytulił ciocię, by zaraz potem krzyczeć za bratem. Hermiona zaśmiała się, ściskając wesołą już Pansy, a jednocześnie obserwowała, jak Draco żegna się z państwem Parkinson. Sama została wycałowana przez Delaney, wyściskana przez Edwarda, a na koniec znów Pans zmiażdżyła jej żebra. Gdy każde z nich wymieniło się wieloma pożegnaniami, wsiedli do samochodu. Scorpius z tyłu, na foteliku i ze swoim pluszakiem i Cerberem oraz Diego, a Draco na miejscu kierowcy. Hermiona mimo początkowych oporów, pozwoliła mu w końcu odebrać sobie kluczyki. Teraz niczym na łzawym filmie familijnym, wyjeżdżali machając przez okna do goniących jeszcze samochód chłopców oraz stojących na podjedzie przyjaciół. Rodziny.

- Ale było fajnie, co nie? – Scorpius pochylił się do przodu, a Hermiona zerknęła przez ramię, by posłać mu promienny uśmiech. – James, to mój przyjaciel! Tato, mam już przyjaciela! Ale super! A James powiedział, że następnym razem to pójdziemy do jego prawdziwego domu i tam ma jeszcze więcej zabawek! A i magicznych, wiesz, tato? I powiedział, że on to już umie czarować, wiesz, tato? Bo wiesz, tato, że on jest magikiem?

- Czarodziejem, Pius, i tak, wiem – westchnął Draco, który miał już za sobą, ciężką rozmowę z synem na temat ich dziedzictwa, tożsamości oraz magicznych zdolności. Scorpius pokiwał energicznie głową, a po chwili w samochodzie dało się słyszeć kolejną aprobującą go historię o tym, co on i jego przyjaciel robili, gdy oni nie patrzyli. Hermiona rozluźniła się przy jego dziecięcych anegdotkach, opierając bokiem o oparcie, by móc jednocześnie patrzeć na rozradowanego chłopca. Wpatrywała się w niego tak długo, aż zmęczony i znużony własnym gadulstwem, zaczął przysypiać. Przyglądała się, jak powieki chłopczyka stają się coraz cięższe i cięższe, a głowa powoli opada mu na bok. Scorpius usnął, przerywając tym samym niesamowitą opowieść o ich przygodzie i ocalałej wazie Edwarda.

- Usnął – szepnęła, stwierdzając tym samym oczywistość, bo rzecz jasna Draco zdawał sobie sprawę, że jedyne, co może zamknąć buzię jego syna, to sen. Jednak blondyn i tak zerknął w lusterko, uśmiechając się pod nosem, a potem znów wpatrzył się w jezdnię.

- Nie widziałem go tak wykończonego, od dłuższego czasu – mruknął, przyspieszając na prostej drodze. – Kto by pomyślał, że Malfoy zaprzyjaźni się z Potterem, co?

- Gdyby historia wyglądała ciut inaczej, sądzę, że byłoby to nawet możliwe w twoim i Harry’ego przypadku. Mam na myśli szkolną przyjaźń, nie… potem – odparła, rzucając okiem na chmury, z których zaczęło kropić. Niedługo później rozpadało się na dobre i blondyn zwolnił odrobinę.

- No pięknie, leje jak z Aquamenti – burknął, mrużąc ze skupieniem oczy. Teraz nie widzieli nawet klifu, co przy normalnej pogodzie, było bardzo proste. – Przemyślałaś to już?

- Miałam coś przemyśleć? – zmarszczyła brwi, odwracając głowę w jego stronę, by przyjrzeć się mężczyźnie. Wbiła paznokcie w dłonie, starając się wyrzucić z głowy głupie myśli. Bo przecież jej ślepe oczy musiały zauważyć, jak dobrze dziś wyglądał, prawda? Jak blada cera współgrała z jasnymi kosmykami, roztrzepanymi przez wiatr. Jak krótki zarost pokrywał jego policzki, dodając lekko niechlujnego uroku, a długie rzęsy rzucały cień na policzki. Musiała zauważyć szare, lodowate oczy, które raz za razem nabierały lekkiego błękitnego prześwitu, gdy rzucał na nią okiem. Zsunęła wzrok na jasnobrązowy sweter, którego rękawy podwinął do łokci, dzięki czemu widziała ładny zarys mięśni przedramion. Zatrzymała wzrok na dłużej, na przybladłym tatuażu śmierciożercy, a potem przesunęła go na długie, zwinne palce, trzymające swobodnie kierownicę.

- Nas  – a potem czar prysł, bo nawet wygląd Malfoy’a tracił, gdy ten tylko otwierał usta.

- Jakich nas, Malfoy? – parsknęła, rozluźniając dłonie i bębniąc opuszkami o udo. – Mówiłam już, co o tym sądzę.

- A ja mówiłem, że mnie to nie obchodzi. Przemawia przez ciebie złośliwy upór, dlatego postanowiłem to zignorować – sarknął, skręcając w lewo i jednocześnie obrzucając ją protekcjonalnym spojrzeniem. – Postaraj się przez chwilę być genialna, a nie głupia.

- Obrażanie mnie, to świetny sposób na rozpoczęcie rozmowy o nas, prawda? – przewróciła oczami, wydymając dolną wargę. – Jestem wystarczająco empatyczna, by wybaczyć ci to zniknięcie, ale nie na tyle głupia, by znów od razu ci zaufać.

- Chcesz wrócić do etapu ciągłego użerania się ze sobą? Bo myślałem, że wyrośliśmy z tego – wytknął jej, przyspieszając i wyprzedzając  samochód. – Ale skoro to, jest według ciebie odpowiednie, to proszę bardzo.

- Nie wciskaj mi kitu, że będziemy robić coś po mojemu, bo nigdy nie mogłeś się przemóc, by mnie posłuchać! – warknęła, starając się nie podnosić głosu, by nie zbudzić chłopca.

- Nawet nie wiesz, ile razy łamałem własne zasady, by robić coś po twojemu, Granger – syknął, spoglądając na nią z irytacją oraz złością. – Rozmowy z tobą, przypominają zabawę z tykającą bombą.

 - A z tobą w ogóle nie da się normalnie porozmawiać – skomentowała ostro, wbijając wzrok za okno
i odwracając od niego głowę. – Przestań przepraszać za coś, czego nie zmienisz.

- Myślałem, że zwykle za takie rzeczy się przeprasza. O co ty się właściwie wściekasz? Dobrze wiedziałaś, że po wojnie wyjadę! A odkąd wróciłem, mruczysz coś o rzuceniu wszystkiego i ucieczce! – Draco wymamrotał przekleństwo, gdy wyjechali z jakiegoś małego miasteczka na kolejną pustą drogę. – Co znów zrobiłem źle, Granger? Poważnie. Nie wiem już, za co mam przepraszać.

- Co zrobiłeś źle? Malfoy, do cholery! Uciekłeś nocą niczym zbieg! Jak pieprzony zdrajca! Zostawiłeś Rona, zostawiłeś Harry’ego! Tak bez pożegnania! Nawet wzmianki o tym, czy wszystko na pewno się udało, czy wiesz, co robisz… zostawiłeś pieprzony rozwalony świat bez krótkiego pożegnania – wymieniała szybko, każde słowo cedząc z wściekłością, żalem oraz bólem, który czuła na myśl o tym, a potem wbiła wzrok w swoje drżące dłonie i westchnęła. – Zostawiłeś mnie.

Bo to zabolało ją najbardziej. Gdy wieczorem siedziała okryta kocem, wpatrując się to w zegar, to w drzwi i czekała całą noc na ciche kroki. Wiedziała, że wyjedzie. Może nie była na to tak gotowa, jak to sobie i innym wmawiała, ale wiedziała, że ten rozdział jest zakończony. Czekała zatem na ten koniec, liczyła minuty, godziny, piła herbatę, a potem wino. Aż nastał świt, a on nie przyszedł. 

W pierwszej chwili stwierdziła, że zmienił zdanie. Został. Może nawet nie dla nich, nie dla niej, a dla matki, czy z innego błahego powodu. Była przygotowana na udawanie rozluźnionej, radosnej, gdy go zobaczy. Na ukrywanie, jak bardzo ucieszyła ją zmiana decyzji i jak bardzo nie ma nic przeciwko, że ujrzy go w objęciach Astorii.

Niedoczekanie. Głupia, naiwna Hermiona.

- Granger… - dopiero po paru minutach, Malfoy przerwał ciszę. Uniosła powoli wzrok, zauważając,  że zatrzymał się na środku drogi, a deszcz coraz mocniej uderzał o samochód. – Nie mogłem się z tobą pożegnać. Przed innymi mogłem udawać, że to nic takiego. Wszystko zgodnie z planem, ale nie mogłem się z tobą pożegnać.

- Dlaczego?

- Bo to oznaczałoby koniec, a ja nie byłem… nie jestem, na to gotowy. I chyba nigdy nie będę, bo w momencie, w którym odszedłem, złamałem sam sobie serce. – Hermiona wolno przesunęła spojrzenie na Draco, który zaciskał mocno dłonie na kierownicy, a głowę odchylił na oparciu do tyłu
i zaciskał powieki. – Im mocniej się zatracałem w tym… uczuciu, tym bardziej zdawałem sobie sprawę z tego, w jak beznadziejnej sytuacji jesteśmy. A mimo wszystko, nie umiałem stanąć przed tobą i powiedzieć cholernego „żegnaj”. Kurwa, Granger, zniszczyłaś mnie w chwili, gdy mnie uratowaliście.

- Musisz nad tym popracować – wydusiła w końcu z siebie, skubiąc skórki paznokci. – Nie do końca tak brzmią przeprosiny, Malfoy. Ale przyjmuję je, bo wiem, jak rzadko to robisz.

- Mam pytanie, na które masz odpowiedzieć bez większego zastanowienia. Pytanie – odpowiedź, jak kiedyś – zaproponował, bądź raczej uprzedził ją, również na nią spoglądając. Brąz i szarość skrzyżowały się, spojrzenia na pierwszy rzut obojętne, ale tak naprawdę kryjące więcej, niż się wydaje. – Jest szansa, że między nami będzie, jak kiedyś?

- Nie. Oczywiście, że nie, Malfoy – parsknęła, wyciągając rękę i sięgnęła po jego dłoń, by spleść ich palce. – Tamto się skończyło. Ale historia trwa, więc… może być inaczej.

- Często najlepsze rzeczy jakie mogą nam się przydarzyć, wydają się niemożliwe do momentu, w którym się nie zdarzą – szepnął, ściskając mocniej jej dłoń i układając ją na jej kolanach. – Po prostu… niech się dzieje co chce, dobrze?

- Dobrze – odpowiedziała równie cicho, przesuwając kciukiem po jego kłykciach. – Nie będzie łatwo, wiesz?

- Wiem. Ale wiem też, że będzie to warte wszystkiego – uśmiechnęła się do niego, a Draco poczuł, jak jego serce niezdrowo gubi rytm. Bo o to stało się to, na co czekał. Nie tracił nadziei, nie tracił cierpliwości i teraz powoli widział sukces. Bo tym razem nie tylko usta dziewczyny wygięły się łagodnie, ale błysnęły i oczy, a on od razu rozpoznał w nich, to samo życie. Kiedyś Hermiona wspomniała mu, że im częściej będzie się z kimś śmiać, tym bardziej będzie się w nim zakochiwać. 

Ale on wiedział, że to nie do końca prawda. Bo to on czuł tą dziwną emocję za każdym razem, gdy się tak uśmiechała. A teraz był gotów. Dojrzał do tego. Jego umysł wiedział od wielu lat o tym, ale serce potrzebowało czasu, by zaakceptować ten prosty fakt.

- Wciąż cię nienawidzę, Malfoy – zaśmiała się, ale tym starym, beztroskim śmiechem, który go pogrążył.

- Och, wiem to bardzo dobrze  – uśmiechnął się szeroko, wciskając gaz i ruszył do przodu. Nie puścił jednak jej ręki, a ona jej nie odepchnęła. – Też cię nienawidzę, Granger. 

I pierwszy raz Hermiona miała wrażenie, że wszystko w końcu się ułoży.

Szablon