26 grudnia 2017

11. The worst distance between two people is misunderstanding.

Dzień dobry, kochani!

Święty Mikołaj zostawił coś dla Was na komputerze! ^^ Jak spędzacie święta? Lupi jest wciąż otoczona rodziną, ale jedzenie wszystkie niedogodności i harmider wynagradza! 

Ach, ta zima, co? U Was też jest tak ciepło i ładnie? Gdzie jest śnieg?!

Ściskam mocno w ten kolejny świąteczny dzień, 
Lupi♥















- Ty i Lovegood?

Draco wciąż nie mógł powstrzymać zdziwienia, chociaż ta dwójka całowała się na jego oczach i wymieniała spojrzenia pełne miłości. Tak myślał, że to miłość, bo sam tego nie doświadczył. Teraz Nott stał przy kuchence czekając, aż zagotuje się woda, by przygotować herbatę dla Hermiony, a Ronald siedział przy stole i podjadał ciasteczka z talerza. Draco opierał się biodrem o blat, obserwując przyjaciół z melancholią, podczas gdy tamta dwójka uśmiechała się kpiąco.

- Ja i Luna, tak.  – Theodore wzruszył ramionami, jakby fakt, że on i Lovegood są razem, był normalną sprawą. Cóż, dla nich na pewno nie była to taka rewelacja, jak dla samego blondyna, ale i tak irytowała go ich nonszalancja.

- Jak? – zapytał z czystą ciekawością, rozkładając ramiona, by ukazać swoje niezrozumienie. – Jak ty, Theodore Nott,  ironia sama w sobie, mogłeś zakochać się w Pomylunie? Przyznaję, że wygląda teraz… naprawdę ładnie. Ale… jakim cudem?

- Niezbadane są ścieżki amora – zanucił Theo, a jego usta ułożyły się w kolejnym kąśliwym uśmieszku. – Był to, co prawda powolny proces, bo ta dziewczyna jest nieźle stuknięta, ma mnóstwo spiskowych teorii, a jej marzeniem jest spisanie wszystkich magicznych i nieodkrytych zwierząt w swojej powstającej książce… ale kocham ją.

- To się zaczęło, Draco, od wspólnych lodów, gdy wtedy jeszcze panna Lovegood obrzuciła go swoim deserem, jednocześnie niszcząc ulubiony garnitur pana Notta, który założył na ukończenie kursu aurorskiego i przyjęcie odznaki. Przyznaję, że to widowiskowy sposób na rozpoczęcie romansu, o którym przez rok rozwodziły się gazety – dodał wesołym głosem Ronald, jednocześnie oblizując palce po rozpuszczonej czekoladzie. Uśmiechnął się do zniesmaczonego Malfoy’a i rozbawionego Theodore’a.

- Jeszcze pomyślę, że sam chodziłeś z ploteczkami do gazet – stwierdził w końcu Theo, szukając w szufladzie ulubionej herbaty przyjaciółki. – Ale fakt, tak to się zaczęło. Potem los tak chciał, że Luna była jedną z moich pierwszych misji, jako aurora. Miałem jej pilnować, bo śmierciożercom upodobało się zakończenie linii rodu Lovegood. I chociaż poznaliśmy się lepiej przez ostatni rok Hogwartu, to dopiero tyle czasu sam na sam… sprawiło, że zrozumiałem, że lubię rozmarzone blondynki.

- Jesteś takim romantykiem – westchnął teatralnie rudzielec, wpychając do buzi kolejną muffinkę. 

- Nie powinieneś trzymać się jakiejś diety? – Draco uniósł brew, gdy przyjaciel specjalnie zaczął mlaskać. – Powiedzmy, że wasze małżeństwo jest… szokujące, ale akceptowane.

- Nie potrzebuję twojego błogosławieństwa, Draco, bo nie zrezygnuję z Luny i chłopców. Są najważniejsi. Hermiona też. – Theodore rzucił mu twarde spojrzenie, które zdawało się ukrywać groźbę pod ciepłym, czekoladowym kolorem tęczówek. – Ja też czegoś nie rozumiem. Co cię podkusiło do wyjazdu z Greengrass?

- Miłość – skwitował szybko Malfoy, ale na parsknięcie łasucha wyprostował się nieznacznie. Kiedy już zamierzał opowiedzieć przyjaciołom wszystko, co leżało na jego duszy, przeklęty Potter kazał mu się przymknąć. Cóż, proszę bardzo, Zbawco Świata. – Chcesz coś dodać, Ronaldzie?

- Miłość? Czy ty wiesz w ogóle, czym jest miłość? – powątpiewał z ironią Ronald, który był w wyjątkowo rozrywkowym humorze, a ten jego ciągły uśmieszek coraz bardziej denerwował roztargnionego Draco. – Uciekłeś z laską, której nie widziałeś dwa lata, a to nie jest normalne.

- Nie pouczaj mnie, Weasley, skoro jak widać sam wszystko spierniczyłeś! – warknął wkurzony już Draco, zaciskając pięści i rozluźniając dłonie, by się uspokoić. – Co z Granger, hm?

- Z Hermioną? – Ron zmarszczył brwi, odkładając ciastko na talerz i podniósł się do góry. – No właśnie, Malfoy, ja się pytam, co z Hermioną! Przez te dwa lata byłeś jej cieniem, zgrywałeś bohatera, a potem uciekłeś w chuj! Gdzie ty miałeś rozum?

- Na swoim miejscu! Przecież rozmawialiśmy o tym! – Draco uderzył dłonią o blat, wciągając z sykiem powietrze. – Nie pamiętasz? Sława wyprała ci ostatnie szare komórki? Myślałem, że wszystko ustaliliśmy, ale… schrzaniłeś! Gdybym wiedział…

- Gdybyś wiedział, co? O czym ty u diaska mówisz, Malfoy? – rudzielec uniósł brwi, kręcąc głową gwałtownie. – Też wydawało mi się, że wszystko jasne, a po wojnie dowiaduje się, że jednak stchórzyłeś i… co?   

- Obiecałem przecież, że nikomu nie powiem o twoich uczuciach! Ale widzę, że wystarczył mój wyjazd, byś to ty stchórzył? – krzyknął blondyn, podchodząc bliżej do rudego i złapał go za poły koszuli. – Grałem według zasad. Odpuściłem, bo mówiłeś, że nad wszystkim panujesz. To czemu Granger nie jest już cholerną panią Weasley? Czemu nie macie dzieci? Czemu, Ronaldzie?

- Merlinie, uspokójcie się i… - Theodore mówił coś jeszcze, ale Draco go nie słuchał. Zaciskał mocno dłonie, trzymając nagle zrezygnowanego rudzielca za koszulę i po raz pierwszy czuł zwątpienie na widok szoku i błysku żalu w niebieskich oczach syna Molly. Jego własne serce przyspieszyło, gdy zamiast wściekłości w tym jaskrawym spojrzeniu dostrzegł zrozumienie, a zamiast cieszyć się, że coś dotarło do tego człowieka, poczuł ukłucie zwątpienia.

- Ron. Czemu nie jesteś z Granger? – zapytał cicho, starając się zachować pozory wściekłego, chociaż czuł teraz więcej goryczy, niż złości. Szczególnie, że błękitne oczy rudego błyszczały niebezpiecznie zaskoczeniem i smutkiem.

- Tamta rozmowa… Draco, tamta rozmowa uważasz, że kogo dotyczyła?

Tamta rozmowa.

Tamta rozmowa przypieczętowała jego los. Tamta rozmowa ustaliła zasady. Tamta rozmowa ostatecznie przekreśliła jego plany.







Nie miał dwudziestu lat, a czuł się niczym starzec. Zbyt wiele już wiedział, zbyt wiele już słyszał, zbyt wiele już stracił. Zbyt wielu już stracił. Powinni być mu obojętni, a on sam siebie skazywał na uczucie porażki i opuszczenia, gdy raz za razem odczuwał sympatię do tych ludzi. A potem kopał im doły, jako groby.

- Czemu się mnie nie boisz? – zapytał w pewnym momencie, obracając w kierunku swojego towarzysza niedoli, który kopał ziemię tuż obok niego. Harry otarł pot z czoła, a potem oparł się o łopatę posyłając mu na wpół kpiące, na wpół smutne spojrzenie.             

- Że niby ciebie? – Potter wyglądał koszmarnie, ale Draco nie oceniał, bo sam zapewne lepiej się nie prezentował. Z bólem musiał przyznać, że ostatnie miesiące nauczyły jego wewnętrznego estetę ignorowania ich wyglądu i ubrań. aAczasem nawet zapachu. 

- Tak. W końcu, mogę być zdrajcą – zasugerował z przekąsem, gdyż nonszalancja Wybrańca w tym temacie go irytowała. Niby czemu, był taki pewien jego lojalności? Równie dobrze mógł udawać swoją przyjaźń i spoufalać się z Czarnym Panem za ich plecami! Ale Harry zamiast zacząć rozważać tą opcję, parsknął jedynie śmiechem, wyskakując z jednego z wielu dołów, które wykopali.

- Poważnie, Malfoy? Mam gorsze koszmary, niż twoje zdradzieckie zamiary – oznajmił w końcu Harry, kucając na ziemi w taki sposób, że ich oczy były teraz na tym samym poziomie. I chociaż słowa ciemnowłosego zdawały się ociekać ironią, to w tym stanowczym, hardym spojrzeniu, Draco odnalazł ostrzeżenie. Poznał Złotego Chłopca już na tyle, by zdawać sobie sprawę, że wystarczy cień wątpliwości, by skończył w jednym z takich grobów. I mimo swojego hobby, jakim było drażnienie się z bohaterem, Draco znał granicę. A Harry w tym momencie ewidentnie nie miał nastroju do dyskusji
z nim na temat podłości Malfoyów oraz ich strasznych, zdradzieckich planów. Szkoda.

- Nie zamierzasz mnie tu chyba zostawić samego – zmienił zatem temat, bo Harry właśnie szykował się do tego, by go tu jednak porzucić.

- Nie zostaniesz sam, Draco – zapewnił go Potter, machając przez ramię ręką, a potem umknął do Lupina, który niedawno przybył do wioski. Minutę później do ich grobu wskoczył Ron, łapiąc łopatę ciemnowłosego i rzucił zmęczone spojrzenie blondynowi.

- Czy to ostatni? – spytał ze znużeniem Weasley, niemalże agresywnie wbijając czubek łopaty w ziemię. Draco również wrócił do pracy, przetwarzając jednocześnie to pytanie. Czy to ostatni grób, który kopali? Nie pamiętał, jak wiele ich już wykopali, jak wielu ludzi pochowali, a tym bardziej nie wiedział, jak wiele ich jeszcze czeka. Wiedział, że miał tego dość. Chowania znajomych i nieznajomych. Poczucia straty, które roznosiło się w takich miejscach.

- Tak – skłamał w końcu, o czym obydwaj wiedzieli, ale to słowo przynosiło nadzieję. Ostatni grób, ostatnia ofiara. Ostatnia spalona wioska, ostatnie ciała poturbowanych dzieci, ostatnie zgwałcone kobiety, ostatnie zburzone domy.

- Czasem się zastanawiam, czy on zdawał sobie sprawę, jakie gówno nam zostawi – burknął Ron, spoglądając na niego, gdy wspinał się na trawę, a potem przysiadł na skraju wykopanego dołu. – No wiesz, że cały świat będzie polegał na grupce wyrzutków i czwórce nastolatków.

- Życie jest niezbyt sprawiedliwym kołem fortuny, ale Czarny Pan dobrze wiedział, jak to się skończy. Może liczył na szybsze pozbycie się Wybrańca, jednak musiał mieć plany zapasowe na przejęcie władzy – zauważył spokojnie, przesuwając się ostrożnie, gdy Weasley wdrapał się na miejsce obok niego. – A czym jest dla niego zabijanie? Zabawą.

- Miałem na myśli Dumbledore’a – szepnął Ron, uciekając wzrokiem w bok, gdy blondyn uniósł brwi
z kpiącym uśmieszkiem. – Manipulujący nami drań.

- Mogę umierać spokojnie, gdyż fan wielkiego Albusa w końcu przejrzał na oczy – zawołał teatralnie, szczerząc krzywo zęby. – Fakt, że był draniem, ale sądzę, że naprawdę wierzył, że sobie poradzicie. Chociażby te prezenty z testamentu… już raz pomogły, czyż nie?

- Możesz w końcu odpuścić? Naprawdę słyszałem jej głos – warknął Ron, posyłając mu niechętne spojrzenie. – Hermiona jest…

- Wyjątkowa.

- Dokładnie, wyjątkowa. I ja… po prostu zwątpiłem w naszą misję, nasze cele, nasz sukces. Bo… to skomplikowane. Co czuję – Draco spiął mięśnie, gdy rudy powoli zagłębiał się w dość trudny dla niego samego temat. Odszukał spojrzeniem Hermionę, która z dwadzieścia metrów dalej, siedziała właśnie na przewalonym drzewie i opatrywała jakiegoś aurora. Nie miał ochoty wysłuchiwać wyznań Weasleya, gdyż sam ostatnio zagubił się we własnych uczuciach, a myśl, że tak przyzwoita osoba, jak rudy, również może coś do niej czuć… była krępująca.

- Weasley…

- Nigdy o tym z nikim nie rozmawiałem. Draco, proszę, możesz mi nie przerywać? – błękitne oczy wbiły się w niego z takim błyskiem i siłą, że blondyn odruchowo skinął głową. – Myślę, że od dawna coś czułem. I to rosło, rosło, a ja ukrywałem to wszystko, bo nasza trójka mogłaby się rozpaść, a tego nie chciałem. Nie chcę stracić Harry’ego, ani Hermiony. Dlatego zamknąłem się na takie głupie fantazje, jak… zakochanie się. Ale teraz, gdy śmierć może nas dopaść każdego dnia… ja chyba nie dam rady.

- Weasley…

- Musiałem odejść, bo nie mogłem spojrzeć im w oczy i udawać, że wszystko gra. Nie mogłem, więc uciekłem, a potem tak bardzo chciałem wrócić. I dopiero głos Hermiony… zadziałał na mnie, jak drogowskaz. Hermiona zazwyczaj ma rację i wtedy poczułem, że może to odpowiednia pora? – Draco nie mógł oderwać spojrzenia od żywych oczu Rona, które gorączkowo przesuwały się po polu bitwy przed nimi. – Nie mogę tego zrobić teraz. Nie przy was. Nie, gdy uczucia mogą być przysłonięte zagubieniem… przez wojnę. Ale po wojnie, Draco, po wojnie powiem, co czuję. A może mi się wtedy zmieni?

- Nie wymuszaj zmiany na siłę – przerwał chłopakowi niemalże wbrew swojej woli, ale wizja, że teraz Ron wyzna jej miłość, a potem porzuci, irytowała go niezmiernie. – Najpierw bądź pewien, co czujesz, a potem powiedz to i… zobacz, co się stanie.

- A ty? – Ron spojrzał na niego z niemalże dzikością. – Nie przeszkadza ci to? To dość szokujące, a ty siedzisz obok mnie i doradzasz, jakbyś robił to, na co dzień.

- Wiedziałem, co czujesz. To widać. Po spojrzeniu, po gestach – wzruszył ramionami, odrzucając myśl o przedostatnim wieczorze, gdy zastał tę dwójkę w swoich ramionach. Obejmowali się tak mocno i troskliwie, jakby obawiali się, że ktoś stanie na ich drodze. Na przykład, on.  

- Poważnie? – Ron uniósł brwi, marszcząc swój długi, piegowaty nos w zamyśleniu. – A ty, co zrobisz?

- Nie wiem. Wymyślimy coś – westchnął, wzruszając ramionami i uśmiechnął się ze smutkiem. – Najważniejsze jest jej szczęście.

- Mam nadzieję, że tego nie schrzanisz – rudzielec również spojrzał na Hermionę, która właśnie odnalazła ich wzrokiem, a teraz powoli szła w ich kierunku. – Ona jest dla mnie…

- Wiem – przerwał ostro kolejne zbyt czułe słowa przyjaciela, podrywając się do góry, ku zaskoczeniu piegowatego i rozłożył ramiona. – Jestem po twojej stronie, w porządku?

A potem odszedł, słysząc cichą odpowiedź Weasleya, ruszając do gryfonki, której pobrudzona ziemią, sadzą oraz nosząca plamy krwi twarz, rozjaśniła się delikatnie na jego widok. I mimo, że wyglądała jak po maratonie śmierci, to wciąż uważał, że była… wyjątkowa.

Ale nie jego.  

- Hej, Draco, wszystko dobrze? – spytała cicho, a on poczuł przyjemny dreszcz, gdy odruchowo sięgnęła do jego twarzy, by zobaczyć zdartą skórę na brodzie. Nim jednak jej opuszki zdążyły musnąć rankę, chwycił ją za przegub, powstrzymując ze wszystkich sił chęć, na przyciągnięcie jej do siebie.

- Wszystko dobrze – potwierdził chłodno, odpychając jednocześnie jej dłoń, a potem unikając zranionych oczu, westchnął. – Idź do Rona, musicie w końcu porozmawiać.

- Draco? – nic nie było dobrze. Nic, odkąd obraz Astorii zaczął przy niej blednąć. Odkąd to ona była pierwszą i ostatnią myślą.

- Granger, nie mam na to czasu – rzucił w końcu, tym razem nawet się nie odwracając. Jeżeli ma grać według zasad, to musi przestać szukać sposobu na ogranie przeciwnika. Karty na stół, Ronaldzie Weasley. On pasował. 







Draco pamiętał tę rozmowę. Jakby mógł o niej zapomnieć. To wtedy w końcu Ron powiedział na głos to, co wszyscy wiedzieli. Zakochiwał się w Hermionie Granger, która najprawdopodobniej nawet tego nie zauważyła. A może wręcz przeciwnie? 

Im bardziej udowadniał sobie i dziewczynie, że łączy ich przyjaźń, przyjaźń bez przyszłości, tym częściej napotykał tę dwójkę szepczącą ze sobą po kątach. 

Im bardziej ignorował ich śmiechy, tym większe szpile wbijały się w jego serce

A teraz stał przed nim cholerny Ronald Weasley i wydawał się niemalże obrażony.

- Miałeś tego nie spier…

- O czym rozmawialiśmy? – przerwał mu upierdliwy ryży chłopak, nie przejmując się już drżącymi pięściami blondyna na swoim ubraniu. – O kim?

- O Hermionie, kurna. Miałeś przemyśleć swoje uczucia i jej powiedzieć! – warknął w końcu zirytowany Draco, przysuwając jasnowłosego jeszcze bliżej do siebie. – Miałeś ją uszczęśliwić!

- Chryste… - Theodore upuścił kubek na blat, a wrzątek wylał się na kuchenkę. Draco przesunął wzrok na Rona, który spuścił głowę, a potem znów na ciemnowłosego, starającego się powyrzucać resztki naczynia.

- Draco, nie zrozumiałeś – westchnął rudzielec, wbijając w niego smutne oczy. – Nie mówiłem o Hermionie, a o Harrym.

- Co? – Malfoy wstrzymał oddech, gdy nieprzyjemne myśli zaatakowały jego umysł. 

A potem, rudowłosy przerwał napiętą ciszę. 

Ciszę, którą blondyn w tym momencie kochał i nienawidził. 

Kochał, bo nie potwierdzała straconej szansy na inne, lepsze  życie z osobą. 

A nienawidził, bo chciał wiedzieć. Musiał. Musiał wiedzieć, tak jak i musiał oddychać.

- Jestem gejem, Draco.


.*.*.*.


Ludzki umysł jest najbardziej przerażający. Wydaje się odporny na kłamstwa, a sam oszukuje swoich właścicieli. Manipuluje nimi.

Draco Malfoy siedział na schodkach tarasu, wpatrywał się w rozgwieżdżone niebo i słuchał własnego oddechu. Kiedy w końcu prawda przedarła się przez obronne mury w jego głowie, gdy w końcu rozjaśniła zagadki, które go gnębiły, zrozumiał. Zrozumiał, że jego wrodzona pycha, arogancja oraz egoistyczna natura, odebrały mu szanse na inne życie. Może lepsze. A może nie. Tego się już nigdy nie dowie.

Gdyby tamten głupi, młody Draco zebrał się na odwagę, by porozmawiać bez żadnych ogólników, kłamania, unikania prawdy samej w sobie, może zrozumiałby, że jego towarzysz nie czuje zauroczenia swoją przyjaciółką, a przyjacielem. Może gdyby nie uczucie zagrożenia, zauważyłby wskazówki, które podstawiał mu pod nos Ron. Może zamiast mordować wzrokiem obejmujące dziewczynę ramiona rudzielca, zauważyłby jego tęskne spojrzenia. Może, może, może.

- Draco? W porządku? – Harry wysunął się na zewnątrz, a on poczuł na karku intensywny wzrok przyjaciela. I tym razem zamiast wzruszyć ramionami, skłamać i uniknąć rozmowy, przyznał się do słabości. Nie miał już nic do stracenia.

- Nie.

Jego przyjaciel mruknął coś, a po chwili usiadł obok niego, podając mu butelkę z piwem i posłał lekki uśmiech. Również uniósł głowę, obserwując niesamowicie liczne punkty na niebie.

- I tak byłeś zaręczony z Astorią.

Draco przymknął powieki, gdy poczuł posmak goryczy na języku. 

Astoria. 

Przeklęta Astoria. 

Piękna Astoria. 

Martwa Astoria. 

Fakt. BYŁ zaręczony, ale nie poślubiony. Czy gdyby znał obiekt westchnień Rona… zerwałby zaręczyny? Odważyłby się, aż tak namieszać? Zranić? Zaryzykować?

- Nie mam pojęcia. Nie mam pojęcia, co bym zrobił – przyznał, upijając łyk cierpkiego piwa i wciągnął chłodne powietrze do płuc. Oczywiście, że wiedział. – Nie mogę pogodzić się z tym, że nie… nie zrozumiałem.

- Ja myślałem, że Ron stroi sobie żarty, gdy powiedział mi prawdę – parsknął Harry, śmiejąc się cicho pod nosem. – Pocałowałem go i…

- STOP. Pocałowałeś Ronalda? – Draco obrócił się w stronę przyjaciela, który uśmiechnął się szelmowsko. – O Salazarze, naprawdę.

- Chciałem mu udowodnić, że to jego mrzonki – zielone oczy błyszczały figlarnie, a jednocześnie miały w sobie smutną powagę. – Jeden pocałunek trwający pół sekundy i Ron sam stwierdził, że to dziwne. Że to jego obawa przed reakcją innych zmusiła go do ulokowania uczuć w mojej osobie. Bo ja go nie odrzucę.

- Sugerujesz mi, że pokochałem Astorię, bo by mnie nie odrzuciła ? – Zmarszczył brwi wspominając kobietę, która ostatnimi laty, zrujnowała mu życie. A którą w jakiś tam sposób, darzył uczuciem.

- Sugeruję, że się pospieszyliście  – Potter wzruszył ramionami, gdy szare spojrzenie wbiło się w niego intensywnie. – Ile znałeś Greengrass?

- Całe życie.

- Draco, ile znałeś Greengrass?

- Dwa miesiące – uśmiech Bohatera wystarczył mu za odpowiedź. Ile znał Astorię?
Astorię Greengrass, dziewczynę o pięknym uśmiechu i delikatnym sercu, jak sądził.
Astorię Greengrass, która stała się jego największą wakacyjną miłością. Która go słuchała, akceptowała, nie pragnęła zmieniać. Nie czerpała korzyści z jego pieniędzy, nie szukała rozgłosu, nie zdradzała sekretów. Słodka Astoria, którą wspominał każdego dnia tak często, tak bardzo, z takim skupieniem, że… stop.

- Nie chcę kontynuować tej rozmowy. Nic nie wniesie – zdenerwował się, podnosząc gwałtownie i prawie tym samym wywracając. Harry rzucił mu spojrzenie z ukosa, ale nie skomentował tej reakcji.

- Może powinieneś porozmawiać ze swoją matką?

Draco odszedł.

Uciekł. 

Znów.


.*.*.*.





- Miałem rezerwację na nazwisko Capell.

Hermiona uśmiechnęła się do chłopaka, który stał obok niej i z rozbawieniem obserwował, jak wystukiwała na komórce odpowiedź do przyjaciółki. Pansy oczywiście nie mogła uwierzyć, że ten słodki haker z jej pracy, zaprosił ją na kolację do restauracji w hotelu Ritz. Według Ślizgonki, było to imponujące i niesamowite, według niej miłe, aczkolwiek zbędne.

- Przykro mi, ale niestety nie mogę znaleźć – westchnęła kobieta za ladą, przesuwając ładnym paznokciem po liście kolejny raz. Benjamin zmarszczył nerwowo brwi, pochylając się nad blatem, by również przejrzeć rezerwacje.

Dziewczyna szybko odnalazła w głowie najbliższą pizzerię, gdzie na pewno będą mogli zjeść coś dobrego, ale smutna i zawstydzona mina Capella zmieniła jej nastawienie. Skoro chłopakowi tak zależy, to powinna bardziej się postarać. W końcu nie na darmo kupiła sobie tą ładną sukienkę, prawda? Dobrze wiedziała, jaką minę zrobiłby teraz Draco, z jaką dumą, by się w nią wpatrywał, a od Harry’ego i Rona odbierał zakłady, że stała się w końcu pewną siebie kobietą. Stanowczą. 

„Bierz, co ci się należy, słońce, nie po to teraz cierpisz, by odmawiać sobie przyjemności.”. Malfoy i jego złote rady.

- Hermi, przepraszam, naprawdę rezerwowałem i…

- Poczekaj – poprosiła, chwytając go pod ramię, by pociągnąć go jeszcze raz do recepcji, gdzie miła dziewczyna leciutko skrzywiła się, jakby oczekiwała awantury. – Przepraszam, czy byłaby pani tak miła i sprawdziła jeszcze raz? Tym razem pod nazwiskiem Granger.

- Co planujesz? – Ben szepnął jej do ucha, wywołując tym samym u niej ciarki, chociaż mniejsze niż te nim wspomniała Malfoya. Przeklęty Draco.

- Wywołać zamieszanie – zażartowała, poprawiając poły marynarki mężczyzny, który uniósł z ciekawością brwi. – Wiesz, że zaprosiłeś na kolację nie byle kogo, co?

- Mhm, pani Granger? – dziewczyna wyprostowała się nagle, robiąc duże oczy i zarumieniła się soczyście. – Proszę wybaczyć nieporozumienie. Nie zdawałam sobie sprawy. Już prowadzę państwa do stolika i zapewniam najlepszą obsługę.

Hermiona uśmiechnęła się lekko, chwytając dłoń zaskoczonego Bena i pociągnęła go za sobą. Weszli do przestrzennej sali pełnej przepychu, złota, pomników oraz kolumn. Przesunęła wzrokiem po stołach uginających się od talerzy, potraw i sztućców, po osobach ubranych w najlepsze kreacje oraz po diamentowych żyrandolach. Ritz nie próżnował, a Capell wydawał się być zauroczony tym przepychem.

- Zdradzisz mi swój sekret? – zapytał w końcu Ben, gdy kelner obiecał, że zaraz wróci z wybranym winem, a oni sami zagłębili się w menu. Hermiona uśmiechnęła się z przekąsem, rzucając pobłażliwe spojrzenie chłopakowi, który marszczył brwi w zamyśleniu.

- Nazwisko Harry’ego, Rona i moje robi szum nawet wśród mugoli. Nie jestem pewna, co rząd powiedział społeczeństwu dokładnie, ale jesteśmy traktowani, jak… jak tutaj – przyglądała się lekkiemu zdumieniu w pięknych oczach Bena, które całe szczęście nie okazały zdegustowania. Hermiona nie przepadała za tak jawnym wykorzystywaniem swoich przywilejów, ale jak jej dawny przyjaciel zauważył, przyszła pora na zabawę. Nieśmiała Granger zagubiła się w czasie wojny, a po wygranej pozostała już niezłomna. Przynajmniej tak sądziła.

Tamtego wieczoru nie tylko zjedli pyszną, nieprzyzwoicie drogą kolację.

Tamtego wieczoru, Hermiona dała sobie szanse na miłość.






- Mia?

Hermiona zamrugała, odwracając się od szafki, na której stało oprawione w ramkę, zdjęcie Bena. Benjamin był przeszłością, a przeszłości nie lubiła rozgrzebywać. Chyba, że pukała do jej drzwi i wpraszała się z synem.

- Już idę – zapewniła Harpera, który opierał się o drzwi do jej pokoju. Constantine zerknął na zdjęcie, które odstawiła, a potem skrzywił się nieznacznie.

- Na wspominki ci się zebrało? Liczyłem na radosne upojenie, nie to smutne – stwierdził, przechodząc przez pokój, by opaść na materac obok niej i trącić kolanem jej nogę. – Ben też wolałby widzieć cię radosną.

- Ben nie ma już nic do powiedzenia – zauważyła gorzko, nie protestując, gdy chłopak chwycił ją za brodę, by unieść jej głowę. Ich oczy się zetknęły, a ona od razu poczuła się jak kiedyś, gdy zamiast przyglądania się sobie, spędzali czas na słodkich pocałunkach. Palce Tina przesunęły się po jej policzku, zatoczyły krąg przy skroni, a potem poprawiły niechlujnie opadające na czoło loki.

- Ale ja wciąż mam – szepnął Tino, uśmiechając się do niej radośnie w ten sam sposób, który kiedyś wzbudzał u niej motylki w brzuchu. Dłoń ślizgona przesunęła się na jej ramię, gdzie palce zaczęły wybijać nieznany jej rytm.

- To moja wina. To, co się stało… to była moja wina – westchnęła, spuszczając wzrok na swoje ręce, które nerwowo bawiły się nitką jej swetra. Jej romans z Tinem zaczął się po Hogwarcie i trwał parę miesięcy, które wciąż wspominała z leciutkim uśmiechem. Był to okres wiecznej zabawy, namiętnych chwil oraz podbijania świata. Constantine wydobył z niej starą Hermionę, ale również tą nową, która chciała spróbować wszystkiego. Spędzili ze sobą wspaniały czas, który zakończył się równie miło. Oboje od początku wiedzieli, że nie będzie to poważny związek z przyszłością, a rozrywkowy romans. Dlatego bez problemu zostali na etapie przyjaźni, a w żartach droczyli się pytaniami o swój związek. Żałowała wiele razy, że nie potrafiła się w nim zakochać.

- Nie prawda. Wszyscy wiemy, że również ucierpiałaś, a Gawain…

- Skłamał.

Hermiona uniosła wzrok na zdumioną twarz Tina, która ukazywała teraz szok i niepewność. Harper skinął w końcu głową, akceptując jej wyznanie ze spokojem i opanowaniem. 

Dziewczyna wiedziała, że powiedziała już zbyt wiele. Zdecydowanie. Jednak nie mogła znieść tych współczujących tonów i zapewnień, że to nie jej wina.

To była jej wina.

To jest jej wina.




Siedziała. Leżała. Stała. Siedziała. Leżała. Stała. Siedziała.

- Jest źle.

Parsknęła na to stwierdzenie, które nie było nawet bliskie prawdy. Było tragicznie, a nie zwyczajnie źle. Przesunęła wzrokiem po swoich obdartych knykciach, poranionych ramionach i zabandażowanych nogach. Jej oddech był urywany, bo przy najmniejszym poruszeniu obolałe żebra dawały o sobie znać. Wiedziała, że wyglądała w tym momencie niezbyt profesjonalnie. Zaschnięta krew, liczne siniaki, zdarta skóra, popękane usta oraz drżące ciało, które nie mogło się unormować.

- Możemy jeszcze odwołać akcję i oddać ją komuś innemu, bądź…

- Nie – Hermiona uniosła do góry dłoń, a potem z powrotem wsunęła ją pod udo, bo drgawki nie chciały ustąpić. Pielęgniarki kazały jej leżeć, ale nie mogła się skupić, gdyż organizm domagał się snu. Jeśli w ogóle mogłaby zasnąć. Wciąż wspominała w umyśle każdy ułamek sekundy sprzed godziny. 

Co przeoczyli? Kto ich ubiegł? Czemu ponownie zostali zdradzeni?

- Ma rację – inny mężczyzna przytaknął jej słowom, a ona chociaż starała się przenieść wzrok na postać siedzącą w ciemnym kącie pomieszczenia, nie mogła. Nie miała sił. Nie chciała na nich patrzeć. Widzieć litości. Żalu. Współczucia. Wpatrywała się zatem w leżącą na jej kolanach bluzę, której właściciel już nie odzyska.

- Na pewno? Jest wstrząśnięta, zdenerwowana i…

- Nie. Nie jestem nawet na lekach przeciwbólowych, więc nie ignoruj mnie. Nie ignoruj mnie – Hermiona oblizała usta, czując posmak krwi na języku, a przez myśl przeszło jej, czy to na pewno jest jej krew. – Nie przerywamy misji. Nie możemy.

- Dlaczego nie? Jesteśmy spaleni i…

- Ja jestem spalona – znów mu przerwała, ale zamiast zirytowania czuła zmęczenie. Tyle miesięcy planowania, tygodni przygotowywania, a to wszystko zakończone katastrofą. – Wy możecie dalej działać.

- A co na to inni?

- Wprowadzamy Black Ghost. Granger, będziemy musieli się wyprzeć współpracy z tobą. Masz się odciąć, jasne? – Hermiona skinęła lekko głową, czując mdłości na myśl o zbliżających się wydarzeniach. Widać los nie lubi zsyłać jej szczęścia, za to woli rzucać kłody pod nogi. Nawarzyli Ognistej, teraz muszą ją wypić. A ona nawet chętnie brała na siebie winę. W końcu, nie odbiega to od prawdy. Jest winna. Znów.

- Przeniesiemy cię do tamtego domu i rzucimy odpowiednie zaklęcia. Prasie podaj, co chcesz, byle to łyknęli. Reszta ma potakiwać i wymyślić jakąś wersję, okay? Dobra, teraz niech ktoś sprowadzi doktora Hodge’a.

- Granger? Musisz…

- Oszaleć.

Musi zaufać swojemu własnemu obłąkaniu.

Żegnaj, Genialna Granger, witaj, Grzmotnięta Granger.





- Chcesz mi opowiedzieć, co się wydarzyło?

- Chciałabym móc ci opowiedzieć, Tino – westchnęła, sięgając po jego dłoń i mocniej ją ścisnęła. – Proszę tylko byś nie wątpił w moją winę. To, co się teraz dzieje, to właśnie skutki tamtych decyzji.

- Każdy popełnia błędy. Nie ma co roztrząsać się nad przeszłością, dziewczyno – rzucił lekko Harper, podnosząc się i przeciągając jednocześnie. – Chodź na dół. Tam masz nas, tu swój zbzikowany umysł.

- Draco wrócił? – zapytała, posłusznie podążając za nim do drzwi, a potem wyjrzała na korytarz. 

- Wypytuje Pottera o ich pocałunek – parsknął Constantine, chwytając ją za dłoń i pospiesznie poprowadził do salonu, gdzie rozbrzmiały pierwsze nuty ich ulubionej piosenki. Jak powiedział, tak było, a Malfoy siedział roześmiany obok Pansy, która żywo opowiadała romantyczną chwilę swojego męża i rudzielca, który przewracał na to oczami. Higgs wyciągnął do tańca Lunę, z którą często miał mnóstwo tematów do rozmów. Theo siedział na fotelu, obserwując wszystkich przyjaciół z szerokim uśmiechem i jednocześnie objadał się sałatką pani Potter.  

- Nasz układ – zakomenderowała, gdy rozpoczął się refren piosenki Roda Stewarta. Tino posłusznie zaczął równo z nią wykonywać ich nieskomplikowany taniec, który zwykle kończył się głośnym wybuchem śmiechu. To uwielbiała w Harperze, ten szczery uśmiech zapowiadający zabawę, te teatralne miny oraz świetne poczucie rytmu, gdy raz za razem robili piruety.

Na nowo odzyskała dobry humor, a gwizdy ich widowni zachęcały jej partnera do przyspieszenia tempa. Czuła wkradający się na policzki rumieniec, gdy krew zaszumiała jej w głowie. Obróciła się kolejny raz, zarzucając włosami i uniosła wysoko na palcach, by po chwili schylić się i zakołysać biodrami. Gdy uniosła wzrok, przechwyciła szare spojrzenie, które zaskakująco bardzo jej się spodobało i wywołało u niej ciarki.

- Dziękuję, dziękuję! – Tino ukłonił się na koniec, obejmując ją w pasie i całując w policzek. – Jak nic udamy się do następnej edycji „Zatańcz z Czarodziejem”.

- A potem zgłoś się jeszcze do „Magic Voice’a”, albo „Śpiewających Różdżek” – zawołał Harry, bo jak tańczyć Harper potrafił, tak śpiewał fatalnie. Hermiona parsknęła śmiechem, rzucając się na miejsce obok Luny, czekającej już z kieliszkami wina dla zmachanej tancerki. Chłopcy rozpoczęli dyskusję na ten temat, a reszta z uśmiechem przysłuchiwała się, jak młodzi dorośli przenieśli się na etap dyskusji przedszkolaków.

- Nie powiedziałaś mi – wytknął jej Draco, nachylając się nad oparciem, by dźgnąć ją palcem w ramię. – Nie mogłaś mi powiedzieć sama?

- Szczerze mówiąc, byłam pewna, że wiesz. Ron twierdził, że dowiedziałeś się, jako pierwszy i miło go wspierałeś – westchnęła, chichocząc na krzywy grymas blondyna. – A co „nie musisz być, jak twoi bracia, Ronaldzie, twoja matka i tak cię kocha”?

- Chodziło mi o jego dziecinny nawyk porównywania się do rodzeństwa. Ten kompleks młodszego rodzeństwa. – Przewrócił oczami, bo jego dobre rady sprowadziły na niego samego dużo złego. – Jak teraz o tym myślę, to może jego rozmowy ze mną, nie miały wynagrodzić mi bycia samotnym estetą wśród was, a dotyczyły jego samoakceptacji. Spodziewałem się zatem spotkać panią Weasley, a nie pyskatą i stukniętą Granger.

- Jesteś niemożliwy, Draco – stwierdziła z rozbawieniem, wyciągając rękę z kieliszkiem, gdy Terrence niczym dżentelmen, przyniósł butelkę wina, by uzupełnić trunek kobietom. – Jeżeli wolisz się upewnić, że nie przeżyjesz już takiego szoku, to spokojnie informuję cię, że twój ojciec siedzi w Azkabanie. Snape nie zmartwychwstał, a Harry pojawił się w nowym wydaniu Historii Magii, Historii Hogwartu, Historii Bohaterów oraz na kartach czekoladowych żab.

- Ja też – dodał dumny z siebie Ron, który nie przestał pochłaniać słodyczy nawet, jako sportowiec.

- A ja jestem nauczycielem w Hogwarcie – dorzucił Tino z zadowoleniem unosząc do góry butelkę piwa. – Uczę latania. Jeśli chcecie wiedzieć to niedługo pierwsze rozgrywki Quidditcha. 

- McGonagall zakazała nam chyba zakłócać spokoju – zauważył ironicznie Terrence, przybijając piątkę Theodorowi, który na wspomnienie ich kibicowania uczniom, wybuchał śmiechem.

- Harper uważa, że kiedyś usiądzie na stołku dyrektora – wyjaśnił pobieżnie Harry, klepiąc Malfoya po ramieniu. – Nasz ambitny Tino.

- W sumie to się właśnie obrażam – prychnął młody nauczyciel, głaszcząc po głowie rozleniwionego Diego. – A gdzie Cerberek?

- W kuchni poluje na ciasteczka – poinformowała ich Luna, która właśnie stamtąd przyszła, a Draco kolejny raz zadumał się nad jej przemianą. Nigdy nie wyobraziłby sobie dziewczyny, jako małżonki Notta, kierownika departamentu w Ministerstwie. A tu taka niespodzianka.

Kolejne godziny upłynęły bez zbędnych dramatów, bez odkrywania kolejnych szokujących informacji. Malfoy w końcu poczuł się, jak kiedyś, otoczony przyjaciółmi, otoczony bliskimi. Wpatrywał się w chichoczące dziewczyny, w dyskutujących z ożywieniem chłopaków, w ich leniwe docinki, żarty oraz troskliwe pytania. 

Oni tworzyli rodzinę. A on poczuł się, jak jej członek.


.*.*.*.


- Na pewno dasz sobie radę?

- Nie jestem już dzieckiem, Granger, wypad z samochodu.

Draco uśmiechnął się szeroko na jej spojrzenie. Posłusznie wysiadła przed domem Potterów, a potem uniosła dłoń na pożegnanie. Zatrąbił lekko w odpowiedzi, wciskając pedał gazu i ruszył dalej. Hermiona pozostała w tyle. Tak jak uzgodnili, a on odbierze ich wracając i zjedzą gdzieś wspólnie obiad. Dzisiaj był dzień, w którym Draco obiecał sobie być dużym chłopcem i sprostać nowym wyzwaniom. Stawić czoła bolesnym wspomnieniom przeszłości.

Przestać uciekać.

Spotkać się z Narcissą Malfoy.





Wyjechał z kolejnego miasta, przyspieszając, a jednocześnie układał w głowie jakiś plan. Wiedział, że jego matka jest nieprzewidywalna. Mogła się na niego wściec, mogła go przekląć, mogła rzucić nieprzyjemny urok albo zaparzyć herbatę i podać szarlotkę.

Jednak w nocy, może przez upojenie, bądź chwilowy przypływ brawury obiecał sobie, że się z nią spotka. Skoro już tyle osób go widziało, a szef Biura Aurorów odliczał czas, to musiał przywitać się chociaż ze swoją rodzicielką. Nie zniósłby myśli, że dowiaduje się o nim z gazet.

- To nienajlepszy czas na opowiadanie mi, jaką laskę wczoraj zaliczyłeś – zaczął na wstępie, gdy odebrał połączenie, a w odpowiedzi usłyszał znajomy śmiech. – Jestem poważny, Dan, właśnie prowadzę samochód i wymyślam plan.

- Plan na powrót do Stanów? Chętnie ci pomogę, bo może cię zaskoczy ta informacja, ale jesteś bezrobotny – równie sympatycznie przywitał go przyjaciel z Nowego Yorku, a Draco nie powstrzymał uśmiechu na ten przewrotny ton kolegi. – Mieszkanie też sprzedajesz?

- Niestety, kolega policjant uważa, że może się przydać – wspomniał słowa Harry’ego, który wybił mu ten zamiar z głowy. – A jak tam twoje sieciówki?

- Chryste, nie pamiętam czemu cię tak lubiłem, wiesz? Obrażasz mój rodzinny dorobek, moje dziedzictwo, moje dzieci! – Daniel przeklął, ale obaj wiedzieli, że bardziej na pokaz. – Niedługo otwieram kolejny hotel. Zaprosiłbym cię, ale nie jestem pewien, czy dotrzesz, więc udajmy, że listonosz zapodział wejściówki. A nie, czekaj, i tak nie wiem, jaki adres wpisać!

- Jadę spotkać się z matką – przerwał kolejną dyskusję z przyjacielem, a ten uciszył się momentalnie. Przejechał dobre pięć kilometrów, a Daniel wciąż milczał, chociaż dobrze słyszał jego oddech. – Dan?

- Masz matkę – stwierdził w końcu Sharman, a w jego głosie pojawiła się dziwna nuta zaniepokojenia.

- A myślałeś, że mnie sowa przyniosła? Oczywiście, że mam matkę – parsknął, wyprzedzając srebrne audi, które wlokło się niemiłosiernie. – Daniel, to chyba nie zmieniło twojego świata, co?

- Po prostu zawsze myślałem, że ona nie żyje. Jak twój tata – burknął Amerykanin, mrucząc pod nosem przekleństwa. – Właśnie zauważyłem, jak mało wiem o twojej przeszłości, wiesz?

- Wiem, bo mój ojciec żyje. Siedzi w więzieniu – przyznał w końcu, bo wyrzuty sumienia zaatakowały go zbyt gwałtownie, by oparł się pokusie, powiedzenia chłopakowi czegoś prawdziwego. – Nigdy nie chciałem o tym mówić.

- Daj spokój, to ona nie chciała o tym mówić. Zawsze przypominała królową lodu i…

- Mówisz o mojej zmarłej żonie, kretynie  – Draco jednak uśmiechnął się pod nosem, bo określenie Królowa Lodu, jak nic pasowało do Astorii Greengrass. Mimo, że przypominała raczej boginię miłości.

- Zmarła, czy niezmarła, żona czy nie żona,  nie zmienia to faktu, że nie znoszę jej do tej pory – Daniel często przypominał mu Harpera z tą swoją dziecięcą dumą i uporem. – Jak mój ulubieniec?

- Zachwycony wszystkim. – Scorpius faktycznie ostatnimi tygodniami zmienił się w niesamowity sposób. A Draco czuł ogromną radość, gdy jego dziecko powoli odnajdywało na świecie swoje miejsce.

- A jak twoja dziewczyna? – mężczyzna spojrzał z irytacją na swoją komórkę, która mogłaby się skurczyć pod tym wzrokiem, gdyby tylko mogła. – Zdobyłeś już to, czego chciałeś?

- Mówiłem, że przyjechałem tu ze względu na A… moją żo…

- Bullshit. Gdyby to ta jędza była przyczyną twojego rychłego wyjazdu, nie byłoby cię tu od trzech lat, matole. Bo twoja MARTWA już żona zabiła się trzy lata temu, pamiętasz? – Draco zacisnął mocniej dłonie na kierownicy i ignorując przepisy, dodał więcej gazu. – Ach, a pamiętasz jakie piekło urządzała w czasie ciąży? Jak prawie połknęła prochy, by zabić ci dziecko? Jak chciała go utopić? A może przypomnieć ci jej podejście do Piusa, co? Ej, stary, a pamiętasz, gdy raz wróciłeś, a mały płakał, jakby go torturowali, bo był głodny, a twoja małżonka nie raczyła ruszyć dupy, gdyż lakier jej nie wysechł?

- DOŚĆ.

- Chciałem ci tylko uświadomić, że Katherina nie była taka doskonała, jak ci się wydaje – Daniel westchnął ze znużeniem, jakby przeprowadzali takie rozmowy codziennie. – Nie wiem, czym zawiniła ta angielska dziewczyna z twojej przeszłości, że wybrałeś Kat, ale może zasługuje na drugą szansę?

- Nie zawiniła, Dan, problem w tym, że to raczej moja wina – szepnął, zjeżdżając na pobocze, bo emocje przeszkadzały mu w skupieniu się na drodze. Spojrzał na swoje ręce, a potem na telefon, z którego dobiegł go kolejny smutny chichot przyjaciela. – To bardzo długa historia.

- Wiesz, że chętnie cię wysłucham, ale sądzę, że to nie u mnie poszukujesz porady, co?

- Możliwe.

- Nic tak nie rozjaśnia w głowie, jak rozmowa z matką, stary. Napisz do mnie potem, co? I wyściskaj młodego, bo naprawdę się stęskniłem za tym potworem.

- Danielu? Obiecuję, że w końcu wszystko ci opowiem.

- Wiem.



***


Malfoy Manor.

Chluba jego rodu. Rodzinna posiadłość. Jeden z najpiękniejszych budynków w Anglii. 

Nic dziwnego, że sam Voldemort wybrał akurat ich dom na swoją siedzibę. Nie przesadziłby ze stwierdzeniem, że pałacyku zazdrościła im cała arystokracja.

Draco podjechał samochodem do głównej bramy, machając różdżką, a magiczne zabezpieczenie gładko ustąpiło, wyczuwając aurę dziedzica. Zwolnił, przyglądając się ogrodzeniu, które w bardzo elegancki sposób porastał bluszcz, a potem uśmiechnął się, wyczuwając kolejną magiczną barierę. Znów bez problemu dostał się na drugą stronę czując, jak magia poznaje jego magię, a czary przepuszczają jego samochód bez problemu. Podjechał pod drzwi prowadzące do głównego wejścia, uśmiechając się na widok fontanny, wciąż tak pięknej, jak ją zapamiętał. Kilka pawi jego ojca przechadzało się po dziedzińcu, dumnie strosząc swoje pióra.

Przesunął wzrok z powrotem na swoją rodzinną posiadłość, która na pewno zachwyciłaby i upoiła swoim wdziękiem przypadkową osobę. Główny budynek liczył sobie trzy piętra, a od góry przypominał literę „U”. Masa równomiernych, strzelistych okien, dodawała surowości pierwotnej siedzibie, ale gdy spoglądało się na wieże oraz ozdobne filary, dom na nowo zdawał się przyjazną posiadłością, zamożnej rodziny.

Draco darował sobie stukanie kołatką, popchnął drzwi i wszedł do przestrzennego holu, który jednak nie przypominał tego, który widział ostatnio. Zamiast kurzu, ciemności oraz zapachu krwi, przywitała go lśniąca marmurowa podłoga, której wzory znów cieszyły oczy, a do nozdrzy dotarł zapach kwiatów, rosnących w doniczkach. Przesunął spojrzeniem po rodzinnym gobelinie, który przedstawiał ich herb. Lekko oszołomiony przeszedł bezmyślnie dalej, przechodząc przez kolejne i kolejne drzwi, a każdy pokój witał go z identyczną schludnością, lśniącą posadzką oraz świeżo odmalowanymi ścianami. Ich obrazy znów odzyskały kolory, każdy kąt był oświetlony, a w kominkach trzaskał ogień. Nawet jako chłopiec nie pamiętał, by w domu panowało takie ciepło i jasność.

Wyjrzał przez okno ostatniego saloniku herbacianego, przyglądając się ogrodom matki, a jego serce stanęło, gdy dostrzegł kobiecą sylwetkę przy jednym z drzew. Mniej pewnym krokiem wyszedł na korytarz, a potem wymknął się na zewnątrz, wychodząc na taras, który również został odnowiony. Matka klęczała na ziemi, pracując nad czymś w połowie drogi do ulubionej przez Draco altanki.

Ogród pachniał. Nie śmiercią i trwogą, a różami i innymi kwiatami, które jego matka tak uwielbiała. Teraz większość z nich ukryła swe piękno, tęskniąc zapewne za letnią pogodą, ale dzięki paru zaklęciom i innym sztuczkom pani Malfoy, niektóre wciąż kusiły wzrok. Nie zatrzymywał się jednak, przechodząc alejką między drzewami o kwiatach równie czerwonych, co krople krwi.

Narcissa zajęta była pielęgnacją jednej ze swoich najnowszych zdobyczy, a jej dłonie okrywały rękawiczki. I tak wiedział, że gdy je ściągnie, palce będą brudne, co jednak nie przeszkadzało blondynce. Jasne włosy miała spięte w luźnego koka na czubku głowy, jednak parę kosmyków uwolniło się i zwijało delikatnie na karku i ramionach. Sylwetka matki była równie drobna, jak ją zapamiętał, a odsłonięty kark blady, jak jego własna cera.

- Czy to już pora obiadu? – zapytała tym słodko-gorzkim głosem, który nawiedzał go w snach. Z jednej strony można było się rozpłynąć przez melodyjność tonu, a z drugiej nie umiała wciąż ukryć goryczy rozbrzmiewającej gdzieś cicho w tle. – Och.

Błękitne, lodowate oczy, spojrzały na niego ze znanym mu błyskiem. Matka umiała ukrywać uczucia lepiej od ojca, czy niego, więc niewiele umiał odczytać z zimnego wzroku, którym go obdarzyła. Draco wyprostował się, jak wtedy gdy był mały i coś przeskrobał, a rodzicielka oceniała go karcąco. Poczuł się znów, jak ten chłopczyk, kiedy stanęła na nogi i otrzepała swoje ręce, wsuwając rękawiczki do kieszeni spodni. Była od niego niższa o głowę. Może nawet więcej, a on poczuł się przy niej malutki, więc jednak silny charakter nie zmienił się zbytnio.

Kiedyś zaśmiałby się, że w tych pobrudzonych spodniach, których nogawki podwinęła do pół łydki, kaloszach i swetrze z literą „N” na przodzie, przypomina bardziej nastolatkę, niż poważaną damę, ale teraz jedynie przełknął z trudem ślinę. Bo nawet w takim ubraniu Narcissa go onieśmielała.

- Czekałam na ciebie – powiedziała w końcu, a jej oczy zamigotały w końcu ciepłem i radością, gdy wyciągnęła ku niemu ramiona. – Chodź do mnie, synku.

I Draco bez protestu rzucił się w objęcia kobiety, którą tak pragnął zobaczyć przez te wszystkie lata. Żona Lucjusza przytuliła go, a palcami złapała za podbródek. Przysunęła sobie jego głowę, oglądając jego twarz uważnie, a potem mocno pocałowała czoło blondyna.

- Mamo…

- Mój mały chłopiec wyrósł na przystojnego mężczyznę – stwierdziła łamiącym się głosem, kręcąc głową i cicho się śmiejąc. – Och, Draco, ty to umiesz doprowadzić człowieka do szaleństwa.

Parsknął śmiechem, mocniej obejmując ją w talii i wtuliwszy twarz w szyję blondynki zrobił to, co tak długo wstrzymywał. Zaczął płakać. Jak małe dziecko, jak mały Draco, który szukał pocieszenia i siły w tych samych ramionach, co teraz. Pociągnął kobietę na ziemię, a ona nie zaprotestowała, mocno go przytulając i kołysząc, jak niemowlaka, a pod nosem nuciła jedną z wielu francuskich kołysanek.

Draco płakał tak długo, aż skończyły mu się łzy, a policzki powoli wyschły, smagane chłodnym wiatrem. Nie czuł jednak zimna, a ciepło, bo matka nie puściła go ani na moment. Obejmowała go, nie pozwalając wyślizgnąć się na trawę, a z boku zapewne przypominała posąg.

- Przepraszam – szepnął, gdy niebo przysłoniły ciemniejsze chmury, a jego usta na nowo odzyskały zdolność mówienia. – Przepraszam, mamo. 

- Czekałam długo, ale teraz możemy zjeść w końcu wspólnie obiad – zauważyła lekko, chwytając go za rękę i troskliwie ściskając. Posłusznie podniósł się na nogi, a potem pozwolił poprowadzić się z powrotem do posiadłości. Matka dała mu chwilę, by poszedł do łazienki, pozbierać się znów w całość, a gdy wyszedł, oczekiwała go w jadalni.

Tu również się zmieniło, jednak on nie mógł skupić się na wystroju, a jedynie na siedzącej u szczytu stołu kobiecie. Narcissa wyglądała na zrelaksowaną, gdy jedzenie pojawiło się przed nimi, a kieliszki napełniły winem.

- Jestem samochodem – powiedział, gdy uniosła brwi na jego wciąż pełne naczynie, kiedy kończyli zaspokajać pierwszy głód. Dziwnie było odzywać się w tym pomieszczeniu, gdzie jak dobrze pamiętał, podczas posiłku panowała obowiązkowa cisza.

- Możesz przecież spędzić noc w swoim domu, prawda? – posłała mu zaciekawione spojrzenie, gdy znów zmuszony był zaprzeczyć. – U kogo się zatrzymałeś w takim razie?

- U Hermiony Granger – przyznał, odkładając sztućce na bok i sięgnął po czekającą już na niego, szklankę z kompotem. – To przyja…

- Wiem, kim jest Hermiona Granger, Draco – przerwała mu blondynka, unosząc kąciki ust ku górze. – Ona, Harry i Ron bardzo mi pomogli po wojnie. Mogłam się domyślić, że to u nich poszukasz schronienia.

- Nie jestem sam – dodał cicho, przesuwając wzrok na matkę, która wydawała się wciąż cierpliwa
i troskliwa, jak kiedyś. Nie zmieniła się ani o jotę. – Mam dużo do opowiedzenia, mamo.


*_*_*


- Będę jednak później… - Draco przyglądał się swojej matce, która siedziała na fotelu w błękitnym salonie, a nogi wyciągnęła w stronę kominka. Jasne włosy opadały jej teraz na ramiona, dodając uroku nastolatki, który wciąż w sobie miała. Mimo wieku, przypominała raczej jego rówieśniczkę, niż mającą pięćdziesiąt lat czarownicę. Jak to mówią, dobre geny, jak i plusy z magii. W końcu starość dopadała ich później.

- Dziękuję, Mia – rozłączył się, wsuwając telefon do kieszeni spodni i odsunął myśli o dziewczynie i Piusie, którzy wciąż urzędowali u Potterów. Według Hermiony wszystko był dobrze, a jego synek bawił się z Jamesem zbyt dobrze, by przejmować się długą nieobecnością ojca.

- Nie patrz tak na mnie. Nie żyjemy w średniowieczu, a chociaż w Malfoy Manor silnie oddziałuje magia, to z pomocą Arthura udało nam się podłączyć i MagicNet, i inne techniczne wynalazki – prychnęła, bo widok telewizora w pokoju wieczorowym, przez który przechodzili, naprawdę go zaskoczył. – Opłacało się ratować ci życie, bo chociaż mam teraz naprawdę dobre znajomości z najważniejszymi jednostkami naszego społeczeństwa. Nie każdy może się pochwalić posiadaniem numeru samego Wybrańca! Czy spędzaniem środowych obiadów z Molly i Arthurem Weasley!

Draco uśmiechnął się krzywo, bo takie informację o nowych przyjaciołach matki, były dla niego bardziej szokujące, niż gdyby oznajmiła mu teraz, że Voldemort jednak żyje. Jednak zauważył jej szczerą radość z tych prostych rzeczy, które jak widać, były dla niej naprawdę znaczące. Opadł na sofę obok fotela i spojrzał z tęsknotą na szklaneczkę z whisky, którą popijała sobie jego rodzicielka.

- Zatem już opowiedzieli ci o naszych przygodach, hm? – blondynka przytaknęła, bo jak mu wyjaśniła, była jedną z niewielu osób, które znały tożsamość czwartego towarzysza grupy Wybrańca.
Czy, jak ochrzciła ich jedna z gazet, „drużyny bohaterów”. Cóż za ironia, że jednym z członków tak zacnej ekipy był śmierciożerca-uciekinier.

- To chyba nie jest zaskakujące. Dobrze wiesz, jak honorowi są gryfoni, a szczególnie Harry – westchnęła, bębniąc opuszkami palców o oparcie fotela. – Masz jego zdjęcie?

- Proszę – wyciągnął z portfela złożone na pół zdjęcie Piusa, który szczerzył do aparatu swoje szczerbate zęby. Narcissa przyglądała się fotografii z niemym zachwytem i tym razem nawet ona nie ukryła wzruszenia.

- W niczym nie przypomina Astorii. Cały ty! – stwierdziła w końcu z zadowoleniem, uśmiechając się
z dumą, jakby to była jej zasługa, jakie cechy wyglądu odziedziczył wnuk. – Scorpius Hyperion Malfoy. Mój wnuk.

Draco przymknął powieki, gdyż nawet jemu spodobały się słowa matki. Wnuk. Pius zyska babcię, której inni mogą mu pozazdrościć. Przy pani Malfoy na pewno nie poczuje braku dziadka śmierciożercy, odsiadującego dożywocie w Azkabanie. Dziadek Lucjusz brzmiało kiczowato przy babci Cissy. Matka wysłuchała jego historii ze spokojem, chłodną postawą i wyrozumiałymi spojrzeniami. Nie przerywała mu, pozwalając czasem milczeć, gdy sam szukał odpowiednich słów do opisania sytuacji, czy uczuć. Pierwszy raz mógł wyrzucić z siebie wszystkie kłamstwa, pragnienia i utracone marzenia. Mógł poskarżyć się na okrutny los, na głupotę świata i własne życie. Nie musiał obawiać się, gdy duszone przez tyle lat emocje, w końcu znalazły ujście.

A teraz czuł się zdumiewająco lekki, uwolniony od przeszłości i może nawet gotowy na przyszłość.

- Nic więcej nie powiesz? – zapytał, gdy znów uśmiechnęła się pod nosem i zawiesiła na nim  smutne spojrzenie. Wiedział już, że odgadła, co przypieczętowało jego los, ale specjalnie milczała. 

Zapewne miał do tego dojść sam, bo to wzmocni jego charakter. Matki i ich wymysły.

- A co byś chciał usłyszeć? Jak mi przykro? Że współczuję? – ukazała białe zęby w kolejnym uśmiechu, ale błękitne oczy pozostały poważne i zamyślone. – Dobrze wiesz, że sam zgotowałeś sobie takie życie.

- Co miałem zrobić? Astoria czekała na mnie i…

- Nie kochałeś jej. Draco, powiedz to w końcu głośno i wyraźnie. Nie kochałeś jej – przerwała mu w pewnym momencie, cmokając z niezadowoleniem. – Wiedziałam, że Greengrassówna to same kłopoty, odkąd ją tylko zobaczyłam!

- Czyli jako niemowlaka? – kpiąco wtrącił swoje trzy knuty, jednak blondynka machnęła na niego ręką. – Wydawało mi się, że nasze zaręczyny was ucieszyły!

- Nas. Ja i Lucjusz nigdy się w niczym nie zgadzaliśmy. Wybacz, może ze dwa razy. Kiedy się urodziłeś i wybieraliśmy ci imię, a potem kiedy trzeba było ratować twoje życie – zmarszczyła nos w grymasie pełnym niezadowolenia na wspomnienie małżonka. – Oczywiście, że na tamten moment Lucy uważał, że połączenie naszych rodzin, to fenomenalny pomysł!

- Teraz nie ma już nic do powiedzenia, co? – Narcissa jedynie odwróciła wzrok w stronę płonącego ognia w kominku, a niewielka zmarszczka między brwiami, ukazała, że ta uwaga lekko ją uraziła. – Wybacz, mamo, nie chciałem, by tak to zabrzmiało.

- Boleję nad tym, że z ojcem nie skupiliśmy się w wychowaniu na emocjonalnej stronie, a jedynie wykształceniu – westchnęła z niezadowoleniem, sięgając znów po swoją szklaneczkę z trunkiem. – Możesz wierzyć, bądź nie, ale Lucjusz i ja kochaliśmy się. Szczerze, mocno i prawdziwie.

- Przecież wiem – Draco skrzywił się, bo naprawdę widział nie raz i nie dwa oddanie swoich rodziców. Ich małżeństwo było klasycznym przykładem udanego, zaaranżowanego małżeństwa, którego celem było połączenie dużych i wpływowych rodzin. Całe szczęście, młodzi małżonkowie naprawdę się w sobie zakochali, a owocem tej miłości był Draco. Draco, dziedzic fortuny Malfoyów, przywilejów oraz spadkobierca posiadłości, którego zadaniem było, wyszukanie sobie partnerki równie uprzywilejowanej, co on sam. Pal licho, ale od małego zdawał sobie sprawę, że Daphne Greengrass spełniała wszelkie wymagania. Nie miał nic do zarzucenia swojej koleżance, która była i piękną dziewczyną, i szlachetnie urodzoną, i zapewne wykształconą. Lord Greengrass zachwalał, że jego córeczka jest uczynną panną, która zachwyci nie jednego swoim delikatnym śpiewem. 

Czego pragnąć więcej?

- Biedna Daphne – rzekła cierpko matka, jakby wiedząc o czym myśli. Biedna Daphne? Bynajmniej.
 
Na pewno poczuła się urażona, że uwagę Draco przyciągnęła jej młodsza siostra, która ze swoim uśmiechem i czarem łatwo go zaintrygowała. Nie minął tydzień wakacji, a on już smakował miękkie usta młodszej siostry, delektował się ciepłem jej ciała i słodkim głosem, gdy snuła plany na przyszłość. Astoria Greengrass miała w sobie ten rzadki talent do bycia równie charyzmatyczną, co młody Tom Riddle, jakby to teraz określił. Nawet nie zwrócił uwagi, że plany nastolatki stały się i jego planami, jej słowa oddania zmieniły się w jego żarliwe, a lepkie sidła uczucia spełniania i zrozumienia, porwały go w całości. Astoria Greengrass była istnym aniołem z mroczną duszą, jak się okazało wiele lat później. 

- Jak się miewają Greengrassowie? – zapytał ze szczerym zaciekawieniem, opierając łokieć o oparcie, a o dłoń brodę, by przypatrzeć się zrelaksowanej matce.

- Rozalie nie opuszcza Fiołkowego Dworu, więc doprawdy rzadko się z nią widuję. A Octavian zajmuje sąsiednią celę obok twojego ojca. Azkaban jest bardzo popularny wśród naszych starych przyjaciół, kochanie – pani Malfoy niemalże delektowała się whisky, a jej uśmiech był na wpół kpiący, na wpół smutny. – Harry pomógł Rozalie uniknąć losu męża.

- Harry? – zmarszczył brwi, bo ciemnowłosy nigdy o tym nie wspominał, a Draco naprawdę nie rozumiał, czemu miałaby służyć ta przysługa.

- Och, tak, pan Potter ostatnio jest ulubieńcem nie tylko ludu, ale i szlachty – parsknęła jego matka, unosząc szklankę do góry w niemym toaście. – Każdy chciałby zamienić z nim chociaż słówko, a Harry mający u boku Pansy do tej pory wywołuje sensacje. Tyle kobiet liczyło, a i wciąż na pewno zaklina, by ta dwójka przestała się kochać.

- Wyglądają, póki co, na pewnych swoich uczuć – stwierdził ironicznie, ale uśmiech zniknął z jego ust na wymowne spojrzenie kobiety. – Tak?

- Nie wzięli ślubu po dwóch miesiącach znajomości, wiesz? Najpierw się poznali, ochłonęli po wojnie, a dopiero potem zaczęli budować swoje życie – ciągnęła dalej swój wywód cichym głosem, w którym pojawiła się nutka goryczy. – Umiesz mi powiedzieć, co najbardziej kochałeś w Astorii?

Blondyn poderwał się na nogi, a w chwili bezsensownego uniesienia emocjami, opuścił pokój i zostawił matkę za sobą. Przeszedł cały korytarz, ignorując kamerdynera, który coś mu zaproponował. Musiał opuścić to miejsce. Malfoy Manor może i przestało przypominać zamczysko z horroru, ale wciąż sączyło jad. Albo wolał taką wersję niż prawdę, która powoli wymykała się spod kłamstw, którymi starał się ją tuszować.   

Wsiadł do samochodu i ruszając z piskiem opon, zignorował samotnie stojącą sylwetkę w oknie.




*_*_*



- Wyglądasz, jakby goniła cię kostucha.

- Zapomniałem, że marzyłeś o karierze komika. 

- Uch, dawno nie przypominałeś naburmuszonej królewny – Harry uniósł brwi, dalej zbierając porozrzucane zabawki z ogródka, ale jego zielone oczy po raz kolejny zmieniły się w lasery, gdy  uważnie skanował go wzrokiem. – Chcesz o czymś pogadać?

- Nie. – Draco oparł się dłońmi o furtkę, zaciskając mocno palce na zimnych prętach i wciągnął głęboko chłodne, wieczorne powietrze. Musiał się uspokoić.

- Pewna mądra osoba powiedziała mi kiedyś, że im dłużej coś w sobie powstrzymujesz, tym głośniej potem wybuchasz. Uczucia są silną bronią – odwrócił się w końcu w stronę przyjaciela, który wrzucił ostatnie zabawki do pudła, a teraz ze znudzeniem podbijał nogą piłkę. Z czupryną czarnych włosów, lekkim zarostem, powyciąganą bluzą i zdartymi spodniami, nie przypominał chodzącej legendy. 

- Zmówiłeś się z moją matką? Nagle wszyscy chcecie gadać o uczuciach? – warknął, a Harry jedynie uśmiechnął się przekornie w ten idiotyczny sposób, który go zawsze rozśmieszał. – A co do matek, chcesz mi o czymś powiedzieć?

- Nie wydaje mi się, ale po twojej minie sądzę, że tak? – Potter kopnął piłkę w jego stronę, ale blondyn pozwolił jej polecieć dalej i odbić od bramy. Zielonooki przewrócił oczami, wyciągając rękę i zwykłym skinięciem palca przywołał piłkę z powrotem do siebie. W niewerbalnej był niemalże wybitny, sam Draco nie spotkał nikogo w swoim życiu, kto z taką łatwością umiałby posługiwać się otaczającą ich magią. A Harry? Pieprzony Wybraniec. – Nie ma to nic wspólnego z moimi bohaterskimi wyczynami. No co? – wzruszył ramionami, a zielone oczy błysnęły z rozbawieniem. – Nie czytałem ci w myślach. Miałeś ten grymas zazdrości.

- Nie rozumiem, jak to robisz – westchnął, drapiąc się po ramieniu, bo nawet nie chciał wracać do tego tematu. Harry wiele razy starał się mu pokazać „jak on to widzi i robi”, ale kończyło się na wyczerpaniu jego cierpliwości i prychnięciach ciemnowłosego. W ich duecie on był lepszym nauczycielem. – Nieważne, powiedz mi lepiej o Rozalie.

- O Rozalie? Masz na myśli Greengrass, tak? – Potter rzucił mu krótkie, uważne spojrzenie, nim znów zaczął kopać piłkę. Draco obserwował jego dziecinne wygłupy, a potem zatrzymał piłkę, która potoczyła się w jego stronę. – Poprosiłem o złagodzenie kary. Z tego co wiem, to miewa się dobrze?

- Ale czemu? – drążył dalej, turlając piłkę między swoimi nogami. – Czemu to miało służyć?

- Astoria mnie poprosiła – Harry wytrzymał jego chłodne spojrzenie, którego nie umiał powstrzymać. – Zadzwoniła do mnie z twojego telefonu, parę lat temu z błaganiem o uratowanie swojej rodziny. Zrobiłem co mogłem, ale Octavian musiał w trafić do więzienia. Oszczędziłem los jej matki i Daphne, więc nie rozumiem z czym masz problem, bo…

- Nie powiedziała mi o tym.

Draco zobaczył cień zdumienia i zrozumienia w intensywnie zielonych oczach Pottera. Obaj wiedzieli, jakie zasady wymyśliła Astoria, a teraz jeden z nich dowiadywał się, że tylko on ich przestrzegał. Westchnął, opierając się plecami o furtkę i starał pozbyć się niechcianych myśli. Jego była żona złamała ich zasady. On trwał tyle lat w przekonaniu, że oboje tęsknią za swoimi rodzinami, mają siebie, chronią się nawzajem, a ona… ich zdradziła.

- Harry, kochanie, co ty tam wyprawiasz? – Pansy pojawiła się w drzwiach, a gdy jej wzrok przesunął się na przyjaciela, wyszła na zewnątrz. Malfoy przyjrzał się pani Potter, która powoli kroczyła ku niemu z zaniepokojonym wyrazem twarzy i w tym momencie widział jej młodszą o dziesięć lat wersję, gdy równie zatroskana, biegła ku niemu. Zielonooki wycofał się do domu zostawiając ich samych, kiedy jego małżonka machnęła na niego ręką.

- Chyba zrozumiałem – przyznał w końcu cicho, zaciskając powieki i wyczuwając ciepło ciała przyjaciółki, która zatrzymała się tuż przed nim. – Pansy, to prawda. Kochałem Astorię.

- W porządku, Draco, ja…

- Kochałem Astorię, którą stworzył mój umysł – dokończył, spoglądając na smutną twarz dziewczyny, która zdawała się rozumieć, co chciał przekazać. – Poślubiłem wytwór wyobraźni.

Draco Malfoy poczuł, jak żal po stracie Astorii powoli z niego spływa. Znał młodą Greengrass dwa miesiące, nim wybuchła wojna. Znał ją dwa miesiące, nim został zmuszony do zostania śmierciożercą, a potem rozpoczął swoją kryminalną działalność. Następne dwa lata spędził w towarzystwie początkowo obcych mu osób, a jego umysł szukał sposobu na przetrwanie. Zaczął zatem idealizować swoje plany, swoje cele, swoje skarby, o które musiał walczyć. Zaczął idealizować młodą czarownicę, zapominać o wadach, skupiać na zaletach. Zaczął idealizować ich poglądy, rozmowy, spotkania, a zapominać o rzeczywistości.

Ludzki umysł jest niebezpieczny. Ludzie idealizują zmarłych, tych których utracili. W czasie tych dwóch lat nie miał styczności z dziewczyną, ale jego wizja jej wystarczyła, by pozwolił im na ucieczkę. Wszystko zaczęło się psuć, gdy Hermiona przestała być nieznośną przyjaciółką Pottera i jego towarzyszką, ale kiedy postanowił odpuścić… postanowił poświęcić się, by mogła zaznać szczęścia u boku Weasleya, wizja Astorii stanowiła ukojenie.

A teraz. Teraz, kiedy w końcu wyrzucił z domu jej rzeczy, kiedy pozbył się jej śladów, kiedy zrozumiał swoje uczucia, poczuł się lekki. Daniel tyle razy krzywił się na widok nie ruszonego pokoju jego żony, a Draco ignorował te spojrzenia. Dzięki temu czuł, że Astoria jest z nimi. 

Że ktoś jest z nim. Że nie został sam z małym dzieckiem, że świat nie odebrał mu kolejnej osoby.

Draco nie trwał w żałobie za swoją żoną, a cierpiał z powodu nieustannej samotności. Wyobcowania.
I może wydawać się to trywialne, może wydawać się, że jego własny umysł zrobił sobie z niego żarty albo że stchórzył, jednak to właśnie wybrał. A teraz będzie ponosić tego konsekwencje. Może jednak właśnie te wybory, te decyzje dały mu siłę, by teraz wrócić. By wychować Scorpiusa.

By stanąć twarzą w twarz z Hermioną.

- Każdy popełnia błędy, które nas niszczą, ale musimy znaleźć w sobie siłę i żyć dalej – powiedziała
w końcu Pansy, wsuwając dłoń w jego rękę i ściskając ją, by dodać mu otuchy. – Ale wiesz? Złe decyzje mogą stworzyć dobre historie.

- Chyba będę musiał przeprosić matkę – westchnął, pozwalając poprowadzić się do domu, gdzie czekała na niego jego rodzina. Rodzina.

- Najważniejsze, że jak zwykle postawiła cię do pionu – stwierdziła z rozbawieniem, a tuż przed drzwiami przystanęła i spojrzała mu prosto w oczy. – Przykro mi, że tak się to potoczyło.

- To nasza wina, Pansy. Naszej dumy, pychy i braku szczerości, jak widać – mruknął, układając jednak usta w szczerym uśmiechu. – Życie daje czasem dość surowe lekcje.

- Mnie to mówisz? 


*_*_*


Hermiona przyglądała się swoim palcom, które nawet po licznych próbach pozbycia się farby, wciąż były kolorowe. Chłopcy pięknie ją dziś urządzili, bo nawet sweter i spodnie miała w plamach. Nie wspominając już o salonie Potterów, który przypominał teraz tęczową kryjówkę jednorożców.

- Dobrze się bawiliście?

- Tak – przytaknęła, zerkając na prowadzącego Draco. Jechali już pół godziny, a ich mały artysta zdążył usnąć. Oczywiście po streszczeniu ojcu wszystkich najważniejszych wydarzeń. Teraz chłopczyk pochrapywał w foteliku z zadowolonym uśmieszkiem.

- Dziękuję, że się nim zajęłaś.

- To żaden problem, przecież wiesz, że go uwielbiam – parsknęła, opierając policzek o zagłówek i przyjrzała się uważniej starszemu Malfoyowi. Od kiedy tylko wrócił widziała, że coś się zmieniło.
 
Nie potrafiła stwierdzić, co dokładnie, ale na pierwszy rzut oka wyglądał na… pewniejszego siebie. Delikatnie wracał do swojej starej kondycji, aż nazbyt zarozumiałego Draco, ale nie przeszkadzało jej to. Umiała ujarzmić charakternego spadkobiercę, więc wizja rozkapryszonego ślizgona w wersji dorosłej, nie przerażała jej. Przerażała ją natomiast ta cierpliwość i spokój. Malfoy nigdy nie był impulsywny, ale jednak miał w sobie pewną dzikość. Nieujarzmioną siłę, której nie stracił, a dobrze ukrywał. Widziała to w jego szarych oczach za każdym razem, gdy zbyt długo się w nie wpatrywała.

- Rozpraszasz mnie – mruknął, odrywając spojrzenie od drogi i wbił w nią rozbawiony wzrok. – Możesz przestać się tak patrzeć? To straszne.

- Przecież uwielbiasz być w centrum uwagi – zażartowała, ale posłusznie odwróciła głowę i wyjrzała przez okno. Ciemność otaczała ich z każdej strony. Mogła poczuć się niemalże, jak kiedyś. 

Gdy w głowie przewodziła myśl o ucieczce. Czy ona kiedyś przestanie uciekać?

- Nie spytasz mnie, co u mojej matki? – zapytał, gdy cisza przestała się mu podobać. Czyli po około pięciu minutach. – Gdzie twoja ciekawska natura?

- Pogrzebana wraz z twoim rozumem – nie mogła jednak powstrzymać się przed zerknięciem na niego. Draco w tym samym momencie spojrzał wprost na nią, a jej serce odrobinę przyspieszyło. Znów to widziała. Siłę? Ciemność? A może właśnie przeraźliwą jasność? Oczy mogą być takie szare?

- Muszę…

- Zatrzymaj samochód. – Kiedy wciąż patrzył na nią z niezrozumieniem, sięgnęła do hamulca ręcznego, jednak lodowata dłoń złapała ją za nadgarstek. – Zatrzymaj. Samochód. Teraz.

- Oszalałaś? Zabiłabyś nas – warknął, jednak zwolnił, ale uścisk wciąż miał żelazny. – Merlinie, kobieto, nigdy nie…

- Zatrzymaj się, dobrze? – szarpnęła się, wyrywając swoją rękę, a gdy auto ledwo stanęło, wyskoczyła na zewnątrz. Wciągnęła lodowate powietrze do płuc, mając nadzieję, że pomoże jej się to ocucić. 

W samochodzie było zbyt ciepło, zbyt ciasno, by mogła myśleć racjonalnie, a nie skupiać się na pieprzonej szarości. Pragnęła mroku, nie światła. 

- Idziesz siku? – zapytał idiotycznie blondyn, wyłażąc na ulicę i zamknął drzwi tak, by nie zbudzić wciąż śpiącego syna. – Mogłem podjechać na stację albo…

- Wiedziałam – Hermiona odeszła kolejne parę metrów, przyglądając się z chorą fascynacją swojemu cieniowi w reflektorach samochodu. – Wiedziałam, że Ron mnie nie kocha w ten sposób.

- Nie sądziłem, że umiałaś, aż tak kłamać – powiedział w końcu, opierając się o maskę mercedesa i wsunął dłonie do kieszeni spodni. – To chyba bardziej szokujące niż orientacja Weasleya.

- Przestań w końcu! Przestań być tak… wyrozumiały i cierpliwy! Salazarze! Malfoy, okłamałam cię! – krzyknęła w końcu, zaciskając mocno dłonie w pięści, starając się ukryć ich drżenie. – Spytałeś mnie wtedy… czy ja coś do niego czuję, pamiętasz?






- Ty i Weasley wyglądacie na…

- Na co? – Hermiona nie odwróciła wzroku od książki, którą przeglądała z zainteresowaniem, a jej bose stopy znów się skrzyżowały. Draco spoglądał na nią znad swojego tomiku poezji, nie mogąc powstrzymać się od patrzenia. Wyglądała idiotycznie w żółtym swetrze, spodniach od piżamy i grubych skarpetach, które podciągnęła najwyżej jak mogła. Brązowe pukle splotła niechlujnie w warkocza, którego końcówkę przygryzała bezwiednie. Hermiona leżała na brzuchu na swoim łóżku, zwrócona bokiem do ślizgona, okupującego poduszki.

- Szczęśliwych – dokończył, tym samym sprawiając, że brązowe oczy skupiły się tym razem na nim. – Nie znasz definicji, czy po prostu się na mnie zagapiłaś?

- Zdecydowanie zaczynam podejrzewać, że ktoś jednak rzucił na ciebie nieprzyjemną klątwę – mruknęła, strzelając palcami i zmrużyła powieki. – Najpierw mnie unikasz, potem kłócisz się z Harrym o to, że źle przygotował kolację, nie chcesz wypić z Ronem whisky, a zamiast tego czytasz od godziny jedną stronę książki, plus pytasz mnie o to, czy jestem szczęśliwa?

- Nie wyglądasz na mądrzejszą z tym wyrazem twarzy – poinformował ją łaskawie, zerkając na trzymany tomik i z zaskoczeniem stwierdzając, że faktycznie zapomniał przewinąć strony. – Chciałem jedynie zagadać o wasze relacje. Czy wszystko między wami w porządku?

- Czemu miałoby nie być? – zapytała, podnosząc się do siadu, a potem wstała z łóżka i podeszła do kufra, w którym trzymała ubrania. – Jesteśmy szczęśliwi, jeżeli można tak powiedzieć w czasie wojny.

- On się w tobie zakochał – powiedział w końcu, samemu zamierając, gdy te pięć słów wymsknęło mu się. Ale nie mógł wytrzymać. Musiał zobaczyć jej reakcję. Zrozumieć, czy… czy jest szczęśliwa. Czy zaprzeczy, wybuchnie śmiechem, speszy się, a potem powie, że to kłamstwo. Lub, że nie czuje tego samego.

- Rozmawiał o tym… z tobą? – Uniosła brew, ale jej oczy pozostały zamyślone, a ruchy wciąż energiczne, gdy szukała czegoś wśród ubrań. – Nie podejrzewałam was o takie pogaduchy od serca.

- Rozmawiał o tym ze mną, bo stwierdził, że coś podpowiem skoro mam narzeczoną – sucho odpowiedział, chcąc wzbudzić tym samym w końcu jakąś reakcję. Zazdrość. Złość. Smutek. Ale ona jedynie uśmiechnęła się szeroko, wyciągnęła koszulkę od piżamy, chwyciła kosmetyczkę i ruszyła do wyjścia. – I? Nic nie powiesz?

- Tak, Malfoy, jesteśmy szczęśliwi.

Był na nią wściekły. Kiedy wróciła i dalej czytała. Kiedy położyła się obok niego i zgasiła światło. Kiedy czuł jej ciepło i słyszał oddech. Kiedy cierpiał, bo chciał ją przytulić, a nie wiedział, czy może.

- Śpisz? – szepnął, a gdy mruknęła coś w odpowiedzi, westchnął. Zapomniał o złości, przyciągając ją do siebie na tyle blisko, by oparła się plecami o jego tors, a potem wsunął twarz między loki. – Czujesz coś do niego, słońce?

- Tak – Hermiona odpowiedziała szybko, może za szybko, ale nie zastanawiał się nad tym. Liczyło się, że Weasley zakochiwał się w niej, a ona była z nim szczęśliwa. 

Mogła być szczęśliwa. Po wojnie bezpieczna. 

Ufał Ronowi, wierzył w niego, a Hermiona zasługiwała na coś więcej, niż śmierciożercę, którym był. 

Niż na wyrzutka, jakim się stanie.

Tej nocy przestał czuć.

Bez emocji. Bez bólu.




- A ty, tak po prostu, w to uwierzyłeś… - Hermiona pokręciła głową, śmiejąc się ciut histerycznie. – Malfoy, czy… zawsze wszystko chciałeś znać w detalach, musiałeś wiedzieć wszystko, zadawałeś pytania, a tej nocy… zaakceptowałeś to. 

- A co miałem, według ciebie, zrobić? – wzruszył ramionami, uśmiechając się krzywo i z goryczą spuścił wzrok. – Myślałem, że on cię kocha. Że ty będziesz z nim bezpieczna! Mogłaś powiedzieć prawdę!

- Ach, tak! Powiedzieć prawdę, chociaż wiedziałam, jak bardzo kochałeś Astorię? Nie zniosłabym tego wtedy! Powiedziałeś, że rozmawiał z tobą, bo masz narzeczoną! Podkreśliłeś to dosadnie! Na tyle bym zrozumiała, że… nie dorównuję pieprzonej perfekcji Greengrass! – wykrzyknęła kolejne bolesne słowa, kopiąc jakiś kamyk i klnąc na wszystkich po kolei. – Wciąż o niej opowiadałeś.

- To TY, wciąż chciałaś coś słyszeć o Astorii! Tak bardzo pragnęłaś odnajdywać światełko w otaczającym nas mroku, że miłosne schadzki były miłym oderwaniem! Czemu mi nie wygarnęłaś, że wszystko przerysowuje? – zezłościł się w końcu, piorunując ją spojrzeniem szarawych oczu. – Wszystko zawsze krytykowałaś, ale tego już nie mogłaś?! Czemu, Granger, do jasnej cholery, pozwoliłaś mi odejść!?

- A ty, czemu się nie pożegnałeś!? – wygarnęła mu, zaciskając powieki, bo łzy niebezpiecznie zgromadziły się w jej oczach. – Zostawiłeś mnie z niczym! Z głupim „idź po Bohatera”! Gdybym wiedziała, że to będzie nasza ostatnia rozmowa… nie poszłabym po bohatera, Malfoy, bo Harry miał świetną opiekę, tylko…

- Tylko co, Granger, hm? Co byś takiego zrobiła? – parsknął, rozkładając ramiona i ironicznie zachichotał. – Zgubiło nas to, że ani ty, ani ja nic z tym nie zro…

Hermiona przestała go słuchać w momencie, gdy szare tęczówki wezbrały znów na sile. Szarość. Wydawała się niczym, przy tak wielu intensywnych kolorach. Zieleń, czerwień, ale szarość? 

Mieszanka czarnego i białego, zawsze umyka w tle. Ludzie zapominają o szarym, ale jeżeli ktokolwiek zobaczyłby teraz ten kolor, nie umiałby go przeoczyć. Jak wzburzone morze? Albo niebo tuż przed burzą?

Wiedziała jednak, że szarego nie da się zdefiniować. Nie da się opisać. Jest nieskończenie wiele odcieni szarego, a ona pragnęła ujrzeć każdy z nich. Przybliżyła się do chłopaka, bo te oczy przyciągały ją równie mocno, co kiedyś lodowatym błyskiem odpychały. Brakowało jej tego, tej dzikości i życia w nich, od kiedy zastukał do jej drzwi.

Nie zdążył skończyć swojego kolejnego nic nie znaczącego zdania. Nie wytrzymała i w najprostszy możliwy sposób zamknęła mu usta. Widziała błysk zdziwienia, gdy nagle słowa przestały uciekać z jego buzi. Nie pamiętała, by był, aż tak gadatliwy. 

- Zamknij się – poprosiła z rozbawieniem, krzywiąc się, gdy ugryzł ją mocniej, niż potrzeba w dłoń, którą zakrywała jego usta.

- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale właśnie się na ciebie wściekam – syknął ze zirytowaniem, które mieniło się w jego oczach, jak płomyki. – Mówię, że to moja wina, ale i twoja, więc…

Pocałowała go.

W jednej chwili zaciskała pięści, a w drugiej położyła je na jego policzkach i przyciągnęła bliżej siebie. Malfoy zdumiony opadł całkowicie na maskę samochodu, ale jego ciało zareagowało od razu. Odpowiedział równie żarliwym pocałunkiem, wbijając palce w jej biodra i przyciągając bliżej. 

Wargi Draco były zaskakująco ciepłe, w porównaniu z jej zmarzniętymi, a smakowały, jak ciastka czekoladowe Pansy, które jedli w czasie drogi. Kiedy poczuła, jak jego dłoń napiera na nią mocniej, pozwoliła ich ciałom zderzyć się ze sobą, a własnym palcom wplątać w jasne kosmyki. Ten pocałunek zaczął się gwałtownie i nie przestawał taki być, jakby emocje ukrywane przez tyle lat znalazły właśnie ujście. Dawne pragnienia odżyły, nowe podsyciły a myśli zostały zagłuszone.

Dopiero po minucie, a może po nieskończenie wielu minutach, Hermiona odsunęła się, by złapać oddech. Rozgrzane wargi blondyna zadrżały, musnęły kącik jej ust, a potem rozciągnęły w perfidnie zadowolonym uśmiechu.

- Pocałowałaś mnie – zauważył z irytującą arogancją, unosząc jej głowę wskazującym palcem, którym zahaczył o jej brodę. Hermiona znów spojrzała w szare oczy, które naprawdę mogłyby człowieka pochłonąć. Ją pogrążyły kiedyś. I teraz. – Pocałowałaś!

- Naprawdę straciłeś na spostrzegawczości przez te lata – mruknęła, odsuwając się i wróciła do samochodu, gdzie dalej drzemał sobie chłopiec. Wsiadła na swoje miejsce, wbijając wzrok przed siebie, gdy niemalże nucący pod nosem blondyn zajął siedzenie kierowcy.

- Nie takiego zakończenia dnia się spodziewałem – powiedział, kiedy byli już pod domem, a Hermiona otwierała drzwi i zerkała na śpiącego w objęciach ojca, Scorpiusa. Weszli do domu, wpuszczając jednocześnie do środka powiew chłodnego powietrza i psy. Bez zbędnych ceregieli zrzucili buty, a potem po schodach powędrowali na górę. Hermiona pochyliła się nad śpiącym chłopcem, którego Malfoy ułożył na łóżku, ściągając z niego ostrożnie kurtkę i ubrania. Kiedy młody został utulony przez ojca, a lampka została zapalona, wyślizgnęli się na korytarz.

- Chciałabym tylko…

- Nie, nie rzucimy tego w zapomnienie – przerwał jej, marszcząc brwi i podszedł bliżej. Hermiona cofnęła się, jednak korytarz nie ciągnął się w nieskończoność, a jej plecy zderzyły się ze ścianą. Draco stanął tuż przed nią, a jego oczy błysnęły kapryśnie. – Czy to moja kolej na pocałowanie ciebie?

- Nie – odepchnęła go od siebie, idąc do swojego pokoju i przystając w przejściu, by rzucić mu pełen wyższości uśmieszek. – Twoja kolej na zaproszenie mnie na randkę.


Szablon